Przyznam, że premiera monodramu „Tata wiesza się w lesie” w reżyserii Moniki Rejtner (debiutującej w tej roli teatrolożki) odbywająca się w ramach 14. OPMW, jest jednym z najbardziej oczekiwanych przeze mnie wydarzeń tegorocznego przeglądu. Nagrodzony w Ogólnopolskim Konkursie na Kameralną Sztukę Współczesną Słowo/Aktor/Spotkanie tekst Przemysława Pilarskiego intryguje, a zwracający uwagę tytuł zachęca widzów do rezerwacji biletów – na pokazie premierowym scena Malarnia teatru Studio wypełniona jest po brzegi.

Gdy publiczność zajmuje miejsca na widowni, spektakl już trwa. Z głośników wydobywa się spokojna, relaksacyjna muzyka, kobiecy głos instruuje jakie czynności wykonać, by się zrelaksować, a niebieskie światło bijące ze sceny sprzyja odprężeniu. Bohaterowi spektaklu (Piotr Żurawski) wypocząć się jednak nie udaje. Jakby istniała w nim jakaś silna blokada, utrudniająca realizację pragnienia. Wywołująca złość i frustrację, pchająca go w odmęty natrętnych myśli, psychodelicznej imaginacji, której wizualizacje (Hanna Maciąg) wyświetlane są na ścianach scenografii. Osacza go i przytłacza, a jej intensywność sprawia, że bohater przestaje być na scenie dominujący. Rozmywa się w tej przedziwnej mieszaninie jawy i imaginacji. Odgrodzony od świata. Zamknięty w białym kubie, bezpiecznej, pustej, niewielkiej przestrzeni, przywodzącej na myśl salę szpitala psychiatrycznego, której wyposażenie ogranicza się jedynie do szarego siedziska i nawilżacza powietrza ułatwiającego oddychanie w chwilach ataku paniki.

„Tata wiesz się w lesie” jest opowieścią o Dorosłym Dziecku Alkoholika, które niejako na taki los skazane zostało – urodziło się na wsi, gdzie wszyscy pili, bo jak można było nie pić? Ojciec powtarzał wzorce zachowania przejęte, od swojego niewydolnego wychowawczo ojca. Pił i bił, bo tak było przyjęte? inaczej nie potrafił? nie było psychologów, terapeutów, specjalistów, którzy by zareagowali, wsparli, pomogli? Dorosły syn w traumatycznej przeszłości się zamyka. Nie potrafi się od niej uwolnić. Jak bumerang wracają wspomnienia – gdy ze wstydem holował pijanego ojca do domu, słuchał wygłaszanych w alkoholowym upojeniu moralizatorskich wywodów rodziciela, gdy śnił o jego śmierci, by się wreszcie od kata uwolnić. O ojcowskiej miłości mówi niewiele, to jedynie miłe chwile – duma ojca, gdy syn dostaje się na studia. Te przebłyski normalności nie rekompensują dziecku doznanych krzywd. Brak ciepła emocjonalnego i sprowadzenie go do roli „dziecka odpowiedzialnego” (przejmującego ster, opiekującego się bezradnymi rodzicami), kładzie się cieniem na jego dorosłym życiu. On właściwie nigdy nie dorasta, zakotwiczony w roli zagubionego dziecka (kuca w kącie z tubką skondensowanego mleka) łaknie pochwał i aprobaty. Marzy o czułości i bliskości, ale nie potrafi zbudować prawidłowych relacji interpersonalnych, by otrzymać chociaż namiastkę tego, czego tak bardzo potrzebuje, zatraca się w e-relacjach. Jego wirtualna znajoma (Karolina Staniec) przez cały czas jest e-obecna, wmontowana w świat z wizualizowanych wewnętrznych stanów emocjonalnych bohatera. Jej twarz widzimy w ogromnym zbliżeniu, mimika, emocje są bardzo wyraźne, wyolbrzymione, niemal przerysowane co sprawia, że przestaje być postrzegana jako rzeczywista osoba, jest jak Sylwia z „Sali samobójców” Jana Komasy czy Samantha z „Her” Spikea Jonzena. Przyjaciółka? Terapeutka? Fantazja? Osoba, z którą bohater czuje się bezpiecznie, bowiem po raz pierwszy w życiu ma pełną kontrolę nad relacją, nad drugim człowiekiem, w każdej chwili może się wycofać, gdy np. padnie zbyt trudne pytanie, gdy przyjaciółka będzie oczekiwała intymnych zwierzeń, gdy będzie próbowała pomóc w uporaniu się z traumami przeszłości, terapeutyzować, może po prostu ją „wyłączyć”. I zatracić się, w fantasmagorii… wewnętrznym bezpiecznym świecie…

„Tata wiesza się w lesie” w reżyserii Moniki Rejtner jest przedziwnym multimedialnym tworem, od którego nie mogłam oderwać oczu. Intryguje, wciąga, hipnotyzuje. Osacza widza ilością i intensywnością wizualnych bodźców, co niestety przytłacza aktora i momentami zaciera wyrazistość tekstu. A szkoda, bo tekst Przemysława Pilarskiego jest bardzo dobry, a Piotr Żurawski gra najlepszą scenę gdy wyeksponowany w monologu ojca (wygłasza go bowiem z boku sceny, gdzie nie sięgają „optyczne smaczki”) może pochwalić się swoją techniką aktorską.

Plakat źródło: http://www.przegladmonodramu.pl

Ocena: