Marta Żelazowska: Występujesz w Teatrze Polskim we Wrocławiu, w Warszawie możemy Cię oglądać w “Makabreskach” w Teatrze Syrena i najnowszym spektaklu Teatru Powszechnego -„Lilli Wenedzie”. Jak się pracuje w Warszawie?

Bartosz Porczyk: Pracuje się tak, jak pracuje się w innych miejscach. Jeżeli skupiasz się na tym co masz do zrobienia, to nie ma znaczenia czy to będzie Wałbrzych, Kraków, Warszawa czy Wrocław. Spektakl musi powstać, a ty chcesz zrobić jak najlepszą pracę. Oczywiście zmieniają się okoliczności. W Teatrze Polskim mam wokół siebie znajomych aktorów, zespół teatru, który bardzo dobrze znam, więc czuję się jak w domu – bezpiecznie i komfortowo. Tu jest nowy zespół, który ma swoje przyzwyczajenia, układy – poznajemy się. Jest ciekawie i świetnie się pracuje. We Wrocławiu, po próbie, czeka na mnie rodzina i dom, tutaj pokój hotelowy. Ale mam czas na czytanie.

M.Ż: Czy warszawska publiczność różni się od publiczności wrocławskiej? Czy aktor występujący na scenie czuje jakąś inną energię?

B.P. Myślę, że jeszcze za mało spektakli zagrałem w Warszawie, by powiedzieć coś na ten temat. Szczerze mówiąc jestem tak skupiony na zadaniu, że nie mam czasu myśleć o porównywaniu publiczności. Spektakl to nie sam występ aktora, ale dialog z publicznością. Staram się jak najlepiej nawiązać tą rozmowę z widzem.

M.Ż: Publiczność to też energia?

B.P: Dialog. Jeżeli widzowi wydaje się, że kupił bilet i bezpiecznie może siedzieć w krześle i myśleć „no pokażcie mi, co potraficie” to się myli. To jak pójdzie spektakl, jak go zagram zależy od tego, co dostanę z drugiej strony, od rodzaju koncentracji, słuchania, skupienia, podążania za mną, za moim słowem, za moją postacią. Jesteśmy od siebie zależni.

M.Ż: W „Lilli Wenedzie” grasz Ślaza. Ślaz ma paskudny charakter – złodziej, konformista. Gdy przynosi Wenedom fałszywą informację o śmierci króla, ma się ochotę go zamordować, a jednak grasz Ślaza w taki sposób, że się go lubi. Kim dla Ciebie jest Ślaz?

B.P: Tuż przed premierą uświadomiłem sobie, że tak naprawdę w całym tym dramacie zmieniają się bohaterowie, zmienia się sytuacja, w której się znajdują. Zmienia się Gwinona, Roza przechodzi pewien rodzaj transformacji, natomiast Ślaz pozostaje taki sam. Mimo tego, że tyle się wydarza wokół, na co on sam ma wpływ, jego charakter się nie zmienia. On myśli o sobie, swoim żołądku i swoim szczęściu. Oczywiście można pomyśleć, że Ślaz jest postacią odciążającą dramat, momentami dowcipną, ale nie zawsze jest się z czego śmiać, bo mówi nam też o nas. Zawsze byli i są ludzie, którzy znaleźli się na niewłaściwym miejscu i od nich zależy nasze życie. Ludzie, którzy myślą tylko o sobie. Jest to smutne w rezultacie, a nie śmieszne.

M.Ż: „Lilla Weneda” to kolejny, po „Dziadach”, spektakl Michała Zadary, w którym występujesz. Mnie kojarzysz się głównie ze spektaklami Jana Klaty. Jak się pracuje z tymi tak różnymi reżyserami?

B.P: Bardzo cenię tych dwóch reżyserów. Każdy z nich ukształtował mnie jako artystę, kształtuje nadal, od nich wziąłem coś bardzo cennego dla siebie jako aktora. Cenię ich przede wszystkim jako ludzi świetnie przygotowanych do swojej pracy. Obaj mają swoją wizję i zapraszają nas do swojego świata. Mają swoisty rodzaj dyscypliny w pracy, który bardzo lubię… świetnie się dogadujemy i rozumiemy.

M.Ż: W „Termopilach polskich” (reż. Jan Klata) występowałeś jako Kniaź Patiomkin, ta postać jest niezwykle ekspresyjna, z emocjami na wierzchu, z przerysowanymi gestami. Na ile pomysł na daną postać jest realizacją wizji reżysera, a na ile w jej tworzeniu uczestniczy aktor?

B.P: Ze strony reżysera pada dużo podpowiedzi, nadaje kierunek, pomaga zrozumieć mechanizmy działania postaci. Janek daje ogromną wolność aktorowi w kształtowaniu postaci i w ostateczności to aktor decyduje o jej kształcie. To jest piękne, ale wymaga dużo pracy. „Termopile polskie” przydarzyły mi się prosto po IV części „Dziadów”. Miałem jeszcze w sobie niesamowite pokłady energii po pracy nad Gustawem, którym upust dałem w „Termopilach..”. Może dlatego Patiomkin jest mistrzem olimpijskim, skacze na koźle, eksponuje swoją siłą i energią wzbudzając lęk u bohaterów, a może jednocześnie i podziw? Z drugiej strony to przedstawiciel Rosji, o której potędze tyle się ostatnio mówi. Oskarżano nas przy okazji premiery o prorosyjskie poglądy, a to się po prostu tak złożyło, że Patiomkin jest silny i perfekcyjny w tym co robi.

M.Ż: Mam wrażenie, że ta energia jest inna w przypadku tych dwóch postaci?

B.P: Oczywiście. Gustaw się bardziej miota, szuka, nie pamięta. Patiomkin doskonale wie czego chce – chce władzy.

M.Ż: Często odbiór spektaklu, dla mnie -widza, zależy od tego w jakim jestem nastroju, co jest dla mnie teraz ważne. A jak jest z aktorem? Aktor, jak każdy człowiek, przeżywa rozmaite emocje, nurtują go różne sprawy, problemy, czy to wpływa na postrzeganie postaci, którą gra w danym momencie?

B.P: Teatr ma, w przeciwieństwie do filmu, to pięknego, że każdego wieczoru możesz zagrać inaczej. Tak naprawdę, premiera spektaklu teatralnego nie jest końcem pracy, tylko jej początkiem. Przed premierą są trzy miesiące pracy, podczas których ustalamy kim jest nasz bohater, jakie są relacje między postaciami, ale grając ten sam spektakl, po miesiącu albo po roku dostrzegamy w nim jeszcze więcej. Aktor przychodząc wieczorem do teatru, na scenę, wchodzi ze swojego życia, ze swoich problemów, ze swoich smutków, radości. To ma ogromny wpływ na to, jak dzisiejszego wieczora zagra. Oczywiście pozostają założenia reżysersko – inscenizacyjne, nadal mamy do zrobienia to, co mamy do zrobienia i do powiedzenia, ale tego dnia, przez sytuację być może prywatną, wpływ widza albo kogoś innego na nas, nasz bohater może być odrobinę smutniejszy, bardziej melancholijny, bardziej gniewny, może bardziej buńczuczny? Może bardziej zrelaksowany? Zmienia się jego aura. To wszystko może nadal mieścić się w rysie postaci, ale nigdy się nie da uchwycić tej samej chwili. Teatr jest żywy i niepowtarzalny, przez co staje się szczery i prawdziwy. Odnoszę wrażenie, że strasznie nudna byłaby próba uchwycenia w roli za każdym razem, dokładnie tego samego. Zagrać setny spektakl, to nie jest łatwa sprawa.

M.Ż: Człowiek się zmienia, a czasem spektakl gra się rok, dwa lata…

B.P: Czasami sześć lat. Ile lat już „Smycz” jest grana? Za chwilę przed nami jest 250-ty. Od nowa muszę szukać sensu w wypowiadanych w „Smyczy” słowach. Słowach, które napisałem 7 lat temu. Co one dzisiaj dla mnie znaczą? Bo ja nie jestem już tym samym Bartkiem, którym byłem wtedy, może bardziej naiwnym? Bardziej chętnym? Bardziej otwartym na świat? Słuchasz swojego głosu, to sprawia, że rodzi się nowy spektakl – nawet w starej kurtce.

M.Ż: Czy grana postać zmienia coś w aktorze?

B.P: Nie wiem jak u innych aktorów. Ja wierzę, że grane role w jakiś sposób wpływają na mój charakter, na moje prywatne postrzeganie świata, na pewien rodzaj odwagi, bezpośredniości albo zamknięcia na świat i na ludzi. Och, musiałby być człowiek całkiem obojętny wobec tego co robi, żeby to nie wpływało na niego. To tak jak zadanie sobie pytania – czy gram dlatego, że chciałbym być kimś innym przez chwilę? Czy gram dlatego, bo nie chciałbym być sobą?

M.Ż: Trudne pytanie?

B.P: Tak, i retoryczne. Pewnie na to pytanie odpowiadamy sobie za każdym razem inaczej. Czy czegoś szukamy? Czy szukamy potwierdzenia? Czy szukamy ucieczki? Nie wiem, nic z tego nie rozumiem. Wiesz, wywiady są, przynajmniej dla mnie, tak na prawdę swoistego rodzaju rozmową bardziej ze sobą niż z tobą. Oczywiście, ty jesteś tutaj żeby mnie sprowokować, a ja wreszcie mam tą chwilę, żeby usiąść i pomyśleć co się zmieniło, dlatego nie zawsze odpowiedź będzie jednostajna, nie zawsze będzie konkretna, czasem będzie tylko znakiem zapytania. To wszystko jutro nie będzie już prawdą.

M.Ż: Grając opowiadasz o sobie?

B.P: Tak, można powiedzieć, jesteśmy artystami i potrzebujemy mówić o sobie. Tacy już się urodziliśmy. Pomimo, że gramy role, cały czas mówimy o sobie, pokazujemy siebie, wystawiamy siebie, chcemy przypominać światu o sobie. Jest to bardzo narcystyczne, jak stanie nago przed lustrem. Wierzę, że kiedy już nie będę chciał tego robić, to starczy mi siły, by powiedzieć, że już nie chcę mówić o sobie i nie będę tego robił. To nasza woda.

M.Ż: Która z ról była dla Ciebie największym wyzwaniem aktorskim? 

B.P: Każdą rolę traktuję jako swoisty rodzaj wyzwania aktorskiego, staram się podejść do niej najrzetelniej jak potrafię. Oczywiście, niektóre wymagają większego nakładu siły, nie tylko fizycznej, ale i psychicznej. Spotkanie z Gustawem było jednym z takich intensywniejszych spotkań ze sceną. Przeczytałem „Dziady”, po tym jak Michał Zadara mi je zaproponował i cały się spociłem ze strachu, że mam się tego nauczyć na pamięć. To mi się już nie mieściło w głowie, a gdzie jeszcze to wszystko zagrać? Co się stanie jak w trakcie wpadnę w panikę i nie będę w stanie wydusić z siebie ani słowa? I coś takiego się zdarzyło. Na szczęście zdarzyło się na pierwszej próbie generalnej „Dziadów”. Kiedy uświadomiłem sobie, że trzeba zagrać tą dwu i pół godzinną całość IV części i ile mam rzeczy do zrealizowania – odebrało mi mowę ze strachu. Na widowni siedzieli ludzie, dyrektor teatru, a ja marzyłem tylko o tym, żeby uciec. Prawie byłbym to zrobił. Dociągnąłem próbę do końca goniąc Gustawa, tak na prawdę będąc cały czas o krok za nim. Po próbie powiedziałem „przepraszam, zupełnie nie wiedziałem gdzie jestem, nie mogłem go złapać”. Ponoć to była najlepsza „przelotka” jaka w ogóle się wydarzyła – ten Bartosz goniący Gustawa. Podobne spotkanie miałem z moim monodramem „Farinelli”, który rodził się we mnie ponad 10 lat i tak na prawdę poniosłem fiasko. Uświadomiłem sobie, że nie można zagrać człowieka, który ma to, czego nie miał Farinelli. Nie jesteś w stanie zrozumieć istoty jego cierpienia i życia. To doświadczenie mocno mnie naznaczyło zawodowo, ale dało też rodzaj siły pomimo, że mówię o tym spektaklu jednak jak o swego rodzaju klęsce osobistej – niezwykle silnej i ważnej dla mnie.

M.Ż: A czy jest jakiś tekst, jakaś rola, o której marzysz, którą chciałbyś zagrać?

B.P: O tekście jeszcze niewiele mogę powiedzieć, bo nie jestem zbyt oczytanym człowiekiem, mam wiele braków, więc nie mogę powiedzieć, że marzę o jakiejś wielkiej literaturze. Pozostawię to sprawom niespodzianki, że tak powiem życiowej, co mi się przydarzy, do czego mnie ktoś zaprosi. Nie mniej jednak marzy mi się rola bohatera pozornie nijakiego, kogoś takiego, obok kogo na ulicy przeszłabyś zupełnie obojętnie, a którego świat nie mieściłby się w naszych głowach.

M.Ż: Czy takim nowym wyzwaniem była dla Ciebie rola w „Ambassadzie”?

B.P: Film to jest zupełnie inna przygoda. Coś, co się zdarza raz. Nagrywasz i już tego nie możesz zmienić. Przyznam szczerze, nie miałem wielkiego doświadczenia związanego z filmem, ról było zaledwie kilka. Spotkanie z Juliuszem Machulskim należało do tych spotkań, o których zawsze marzyłem oglądając jego filmy. Wyafirmowałem sobie to spotkanie. Zresztą, tak jak ja powtarzam nie raz – na marzeniach trzeba budować swoje życie. Moje marzenia pod tym względem dotychczas się spełniały, może nie wszystkie, ale jeszcze parę marzeń mam.

M.Ż: Występowałeś w serialach. W „Barwach Szczęścia”…

B.P: Zdarza mi się nadal występować, tak.

M.Ż: … w „Czasie honoru”, teraz będziemy mogli zobaczyć Cię w „Sensacjach XX wieku”. Często granie w serialach jest traktowane negatywnie.

B.P: Już na szczęście nie. Wszyscy mamy pełną wyrozumiałość na to, że artyści pracujący w teatrze, co jeszcze paręnaście lat temu nie było takie proste, grają w serialach. Wiemy, że z teatru nie da się utrzymać. Nie jest to wielką tajemnicą, że za dzień zdjęciowy dostaniesz dziesięciokrotnie więcej. Dlatego aktorzy nie stronią od reklam, od seriali, itd. Musimy z czegoś żyć. Oczywiście, serial serialowi nierówny. Praca, film, projekty nie są wszystkie takie same, jedne są bardziej udane, inne mniej. Wierzę, że serial to nie tylko pieniądze, ale też dobra alternatywa dla aktora, odskocznia od teatru, wyjście na świat, do ludzi. Tam też poznajemy osobowości, które zmieniają nasze życie, zapraszają nas do innych projektów. Mamy możliwość pokazania się szerszej publiczności, co również wpływa na to czy będziemy otrzymywać propozycje pracy. Moim zdaniem, jest to naturalny łańcuch, bez którego nie da się przejść przez artystyczną drogę. Pamiętaj, że są aktorzy, którzy pracują poza stolicą, poza Krakowem, poza Wrocławiem, w mniejszych miastach, gdzie nie zawsze przyjeżdżają producenci, żeby ich zobaczyć. Są dziesięciokrotnie lepsi, niż niejeden artysta, że tak powiem, w stolicach Polski. Jak świat ma ich poznać? Jak ich zobaczyć? Jest to sposób na promocję aktora, również. Mam to szczęście, że nie muszę wybierać pomiędzy teatrem, a serialem, czy filmem. Udaje mi się wszystkie te dziedziny łączyć i nie chciałbym musieć zrezygnować z którejś z nich.

M.Ż: Zawód aktora jest niezwykle obciążający fizycznie, ale też psychicznie. Czy jest coś, co pozwala Ci naładować te przysłowiowe „akumulatory”? Co sprawia, że masz siłę wyjść na scenę?

B.P: Ciężko mi teraz odpowiedzieć na to pytanie. Siedzisz przede mną akurat w momencie, kiedy te „akumulatory” są dosyć wyładowane, a ja właśnie szukam wtyczki (śmiech). Marzę o rzeczach prostych. Pomiędzy wejściem na scenę, a biegiem na trening i do przedszkola z synem i jeszcze innymi obowiązkami, marzę o rzeczach prostych. Marzę o słońcu, marzę o pracy w ogrodzie, o tym, żeby spędzić z synem więcej czasu w pokoju układając Lego. Może tam trzeba szukać? I o głowę trzeba zadbać. Nie można nie zauważyć, że minęło 10 lat. (śmiech)

M.Ż: Bardzo istotne w spektaklu jest światło, choć często niezauważane przez widza. Przyznam, że zaczęłam je dostrzegać dopiero po zajęciach z Felice Ross. Czy światło pomaga w graniu?

B.P: Światło tworzy jakiś rodzaj atmosfery i świata, do którego zapraszamy widza. Lepiej jest nam wejść do tego świata, niż ćwiczyć w wypalonej przestrzeni sali prób czy pustej sceny. To jest jak wchodzenie do bańki, w której cały ten spektakl się urodził, powstał. Często stając w Teatrze Polskim nie mieści mi się w głowie, że wczoraj grałem „Dziady”, a dzisiaj wchodzę do „Termopili polskich”. Czuję jakbym był w zupełnie innym teatrze, wchodził do innego miejsca, a tym samym do innego świata. Jestem wzrokowcem, więc światło, to jak jest oświetlona przestrzeń, aktor, partner, sprawia, że pamiętam sytuację, pamiętam kwestię. Gdyby ktoś to wszystko pozmieniał, być może nie wiedziałbym zupełnie, w którym momencie spektaklu jestem. Tak to zapamiętujemy. Podobnie jak zapach dekoracji. Bo dekoracja również ma zapach. Oczywiście, jeżeli jest to błoto, bywa intensywniejszy. Każdy spektakl ma swoją niepowtarzalną atmosferę. Mogłabyś ją pokroić.

M.Ż: Chciałam porozmawiać o nagości w teatrze, jest to wciąż temat dość kontrowersyjny. Jako widz widziałam wielokrotnie, że ludzie różnie reagują na nagość w teatrze…

B.P: Wynika to najczęściej z ich kompleksów. Moim zdaniem warto odpowiedzieć sobie na pytanie „dlaczego nie mogę patrzeć na człowieka nagiego?”, a nie pytać ciągle realizatora „po co wchodzi nagi człowiek na scenę?”. To jest pierwsza kwestia.

M.Ż: A jak aktor przygotowuje się do takich scen? Wydaje mi się, że dla przeciętnego człowieka jest to trudne…

B.P: Pewnie tak, ale jeżeli odpowiesz sobie na pytanie „po co jest ta nagość?”, uświadomisz sobie, że jest uzasadniona i stwierdzisz, że możesz sobie na nią pozwolić, oczywiście jak nie jesteś do niej zmuszany, to nie stanowi to wielkiego problemu. Tak samo jak nie staje się wielkim problemem zabicie „na niby” kogoś na scenie. Oczywiście z dramatycznego punktu widzenia, spektaklowego, jest to okrutna rzecz, ale dokonuję jej każdego wieczoru, bo spektakl musi trwać, więc nie rozpatruję jej psychologicznie. Podobnie jest z nagością. Oczywiście, czasami nagość jest piękna, a czasami bywa brutalna. Oby nam o czymś przypominała i mówiła o człowieku, o nas samych. W dobie Internetu, telewizji, prasy, gdzie na co drugim bilbordzie są półnadzy mężczyźni, półnagie kobiety, co nas przeraża w teatrze? To, że dziewczyna zdejmuje bluzkę i ma pod spodem nagie piersi? Kiedy kliknięciem myszki 12, 16-latek może włączyć w Internecie film pornograficzny, o czym wszyscy wiemy.

M.Ż: Hipokryzja?

B.P: Być może hipokryzja, a być może to, że tej nagości tyle już mamy na co dzień, że nie umiemy jej już oglądać w teatrze? Na to pytanie musi sobie odpowiedzieć ten, kto je zadaje.

M.Ż: Jesteś bardzo zapracowaną osobą. Czy bywasz w teatrze jako widz? Czy znajdujesz na to czas?

B.P: Tak! Zawsze jak jestem w Warszawie czy innym mieście, jak kończę dzień zdjęciowy, przychodzę na spektakle. Chodzę na spektakle swoich kolegów, koleżanek. Chodzę na premiery. Jestem dobrym widzem, nawet w nieudanym spektaklu znajdę coś dla siebie. Może dlatego, że rozumiem jak dużo pracy ludzie wkładają w projekt? Łatwo powiedzieć, że coś jest złe. Wierzę, że widz musi wykonać swoją pracę i wtedy staram się być widzem. Odłączam swoje aktorskie zboczenia, nie myślę o łącznikach scen, o tym czy aktor zdążył się przebrać, czy kolega wszystko wypowiedział i czy było głośno.

M.Ż: „Lillą Wenedą” rozpocząłeś współpracę z Centralą. Czy zobaczymy Cię w kolejnych projektach Centrali?

B.P: Och, to są jeszcze dalekie plany, ale oczywiście mamy pomysły na nowe spektakle. Myślę, że na pewno się spotkamy, ale jeszcze nie wiemy co to będzie za tekst, gdzie będzie wystawiany.

M.Ż: A czy mógłbyś zdradzić, nad czym będziesz teraz pracował?

B.P: Tak, we wtorek w Teatrze Polskim we Wrocławiu zaczynam próby do spektaklu Łukasza Twarkowskiego inspirowanego baśniami braci Grimm.

M.Ż: To trzymam kciuki.

B.P: Trzymaj kciuki… a ja opowiem Ci bajkę.. (śmiech) dzięki.!