Subiektywnie o teatrze

warszawski blog teatralny

Kategoria: TR Warszawa (strona 1 z 2)

Holzwege


„Holzwege” jest próbą opowieści o życiu i twórczości Tomasza Sikorskiego (1939-1988) polskiego kompozytora i pianisty, którego muzyka przekraczała gatunkowe klasyfikacje . Tomasz Sikorski był synem wybitnego kompozytora Kazimierza Sikorskiego. Już od najmłodszych lat był zafascynowany muzyką i słuchał niemal wszystkiego. Pierwsze utwory, inspirowane muzyką elektroniczną „Echa II” i „Antyfony” skomponował jeszcze w czasie studiów, na początku lat 60-tych. Eksperymentował z czasem muzycznym, z dźwiękiem – z barwą dźwięku, sposobem jej wydobywania, z łączeniem dźwięków nagranych i wykonywanych na żywo. Z biegiem lat jego muzyka stawała się coraz bardziej minimalistyczna skoncentrowana na dążeniu do prostoty materiału melodycznego, harmonii, eksponująca zmiany rytmu i natężenia dźwięku, bogata w powtórzenia fraz . Dla Sikorskiego jednak nie tyle sposób gry był ważny, co emocje, które miała na celu wywołać u słuchacza jego muzyka – wprowadzić w stan niepokoju, poczucia zagubienia i dyskomfortu. Słuchacz miał także doświadczyć swego rodzaju zawieszenia w czasie – istnienia poza czasem. Muzyka Sikorskiego była trudna i nie do końca zrozumiała dla publiczności, a przez to niedoceniana. Została odkryta na nowo dopiero niedawno, w ostatnich latach.

Tytuł spektaklu „Holzwege” przywołuje słynną kompozycję Tomasza Sikorskiego z 1972 roku, której tytuł nawiązuje do metafory Heideggera – holzwege, to nietrwałe ślady, które zostawiają w lesie (na śniegu, czy wśród liści) transportowane drzewa. Życie jest takim „błąkaniem się”, w którym tylko na chwilę doznajemy olśnienia. Holzwege, w języku niemieckim, oznacza błądzenie, co można interpretować jako trudności jakie niesie za sobą próba opowiedzenia o postaci wybitnej i intrygującej, postaci której twórczość wyprzedziła swój czas, jednocześnie postaci powszechnie nieznanej. Spektakl jest próbą złożenia portretu Tomasza Sikorskiego ze strzępków dostępnych materiałów: utworów muzycznych, dokumentów, fragmentów wywiadów, listów oraz wspomnień bliskich artyście osób. Idąc na spektakl zastanawiałam się, czy o twórcy, którego muzyka przerosła percepcję współczesnych mu słuchaczy, można opowiedzieć nie popadając w banał? Katarzynie Kawalt to się udało. Stworzyła spektakl niezwykły, w którym najważniejsze jest to co nieuchwytne, nieznane i niedopowiedziane – te ponadprzeciętne zdolności Sikorskiego, wyjątkowa artystyczna wrażliwość, które są tak niezwykle fascynujące, bo dla większości z nas niedostępne.

Spektakl intryguje już od samego początku, naszą uwagę zwraca scenografia (Anna Tomczyńska), ten dominujący na scenie chaos. Na środku sceny stoi ogromny stół zawalony stosami papierów i kubeczków po kawie, wśród nich walające się książki i komputer. Wokół stołu stoją krzesła, z lewej strony dwie wanny, z prawej fortepian i wieszaki z kostiumami, lustra i drewniane płyty. Tył sceny zasłania foliowa kurtyna. W tej przedziwnej przestrzeni obserwujemy krzątających się aktorów. Inspicjentka podaje jednemu z nich tekst sztuki, Tomasz Tyndyk i Jan Dravnel wynoszą stojące pod sceną schodki, które nie będą im potrzebne. Widzowie nie są pewni czy spektakl już się zaczął? Czy może aktorzy czynią ostatnie przygotowania korzystając z zamieszania, które wywołują widzowie zajmując miejsca na widowni? Szybko jednak orientujemy się, że działania na scenie nie są przypadkowe, bowiem Katarzyna Kalwat postanowiła opowiedzieć o Tomaszu Sikorskim realizując spektakl w konwencji próby. Aktorzy sięgają do tekstu sztuki, improwizują, dyskutują i zmieniają kostiumy. Reżyserka nadaje swoim bohaterom imiona aktorów, nawiązuje do rzeczywistych wydarzeń z ich życia np. wspominając o tym, że Sandra grała Merlin. Obserwujemy proces twórczy artystów, którzy ze strzępków informacji próbują zrekonstruować postać. Fakty z życia Tomasza Sikorskiego przepuszczają przez siatkę własnych zawodowych i życiowych doświadczeń tworząc totalnie inne portrety artysty, od doskonałego, romantyka, do życiowego nieudacznika i neurotyka. Tworzą hipotezy, alternatywne wersje wydarzeń, gdyż na wiele pytań dotyczących artysty nie znajdują odpowiedzi, a jego śmierć wciąż pozostaje zagadką. Aktorskie działania przeplatają się z niezwykle ciepłymi opowieściami Zygmunta Krauze przyjaciela Sikorskiego. W spektaklu fikcja miesza się z prawdą. Sceny z prób splatają się z odgrywanymi przez Tomasza Tyndyka rzeczywistymi wydarzeniami z życia artysty. Scena, w której Tomasz Tyndyk jako Sikorski krytykuje utwór grany przez Zygmunta Krauzego „Widok z okna oglądany w roztargnieniu” przywodzi na myśl skojarzenie z koncertem utworów artysty odbywającym się w Piwnicy Wandy Warskiej w 1988r. Aktorzy próbując opowiedzieć Sikorskiego, analizują siebie, siebie w procesie twórczym, wzajemnie się inspirując i motywując do działania. Bo o twórczości nie da się opowiedzieć inaczej, niż przez twórczość. Dzieło jest zapisem stanu duszy i umysłu artysty, dlatego muzyka Sikorskiego najwięcej nam powie o nim samym i cisza, która tak bardzo go inspirowała…

„Holzwege” Katarzyny Kawalt jest nie tylko spektaklem biograficznym, ale też uniwersalną opowieścią o artyście i procesie twórczym. Jest także pytaniem o kondycję współczesnego teatru. Teatru, w którym wszystkie środki zostały już wykorzystane, a przekraczalne granice zostały już dawno przekroczone. Czy zdecydujemy się pójść o krok dalej, gdy to czym dysponujemy przestanie nam wystarczać?

(plakat – źródło: TR Warszawa: / http://trwarszawa.pl/)

Ocena:

Po co psuć i tak już złą atmosferę


Spektakl „Po co psuć i tak już złą atmosferę” w reżyserii Aleksandry Jakubczak powstał na podstawie głośnej sprawy molestowania seksualnego nieletnich członków najbardziej prestiżowego chóru w kraju – „Poznańskich Słowików”. Dyrygent chóru, Wojciech Krolopp, w 2004 roku został oskarżony i skazany za wykorzystywanie seksualne tylko trzech chłopców mimo, iż powszechnie wiadomo było, że ofiar jest dużo więcej. Wydarzenie to wywołało szok w całej Polsce. Czy w Poznaniu o molestowaniu wiedzieli wszyscy? Czy wiedzieli rodzice i nadal posyłali synów na zajęcia? Dlaczego nikt nie reagował? Twórcy spektaklu próbują odpowiedzieć na te pytania.

Znakomity tekst autorstwa Krzysztofa Szekalskiego, napisany z lekkością, momentami zabawny, w niektórych scenach niezwykle przejmujący (wyznanie ojca, byłego członka chóru). Ciekawym pomysłem jest pokazanie sprawy Wojciecha Kroloppa z trzech perspektyw – burmistrza, rodziców i dyrygenta. Burmistrz Poznania chce sprawę zatuszować, by uniknąć skandalu w mieście i nie zniszczyć wizerunku prestiżowego chóru. Rodzice, których syn śpiewa w „Poznańskich słowikach” są tak pochłonięci edukacją i karierą muzyczną syna, że lekceważą niepokojące symptomy w jego zachowaniu. W ostatniej, niezwykle wstrząsającej scenie twórcy spektaklu oddają głos dyrygentowi „Poznańskich słowików” (genialny Michał Czachor). Spokojnym, wywarzonym głosem opowiada o pracy w chórze. Mówi o muzyce, koncertach, o świetnym kontakcie jaki ma z chłopcami. Niby wszystko jest ok, mamy przed sobą świetnego muzyka i pedagoga, jednak kiedy zaczyna opowiadać o sposobie selekcji chłopców do chóru zapala nam się w głowie „czerwona lampka”. Na widowni zapada totalna cisza, publiczność wstrzymuje oddech i z coraz większym przerażeniem słucha pełnej drastycznych szczegółów historii wykorzystywania seksualnego chłopców. Emocje rosną, a publiczność z rosnącym wzburzeniem i niedowierzaniem słucha opowieści…. opowieści potwora… dopiero nagłe wyłączenie muzyki chóralnej puszczonej w tle wybija widzów ze stanu odrętwienia…

„Po co psuć i tak już złą atmosferę” jest opowieścią o hipokryzji, zmowie milczenia, mechanizmach wypierania, a także błędach wychowawczych popełnionych przez rodziców. Dyrygent chóru w swoim monologu pyta o to, co sprawiło, że chłopcy woleli o swoich sprawach, problemach rozmawiać z nim, niż z własnymi rodzicami? Wstrząsający spektakl. Warto zobaczyć!

Spektakl Fundacji Teatru BOTO, Bemowskiego Centrum Kultury. Prezentowany był w TR Warszawa w ramach TR.DOC – przeglądu spektakli dokumentalnych.

(zdjęcie ze strony: www.trwarszawa.pl)

Ocena:

Piłkarze – pokaz warsztatowy


Wystarczy przyjrzeć się ich twarzom,
Tak, ich twarze mówią wszystko

„Piłkarze” w reżyserii Małgorzaty Wdowik są połączeniem happeningu i teatru dokumentalnego. Tekst powstał na podstawie wywiadów z piłkarzami dotyczących doświadczeń w pracy z ciałem.

Na pustą scenę wychodzi dwóch ubranych w stroje sportowe mężczyzn. Uwagę przykuwają ich wysportowane ciała, bowiem Wiktor Bagiński i Kacper Wdowik są zawodowymi piłkarzami. Ciało jest ich narzędziem pracy – musi być zdrowe, silne, wydajne i produktywne. Piłkarz staje się towarem, który sprzedaje się z klubu do klubu. Choroby (depresja), kontuzje, homoseksualizm są niepożądane, gdyż eliminują go z „rynku”. Od piłkarza nie oczekuje się, by mówił o sobie, swoich emocjach przeżyciach, doświadczeniach, dlatego twórcy spektaklu odebrali Bagińskiemu i Wdowikowi głos. Mogą wypowiadać się jedynie ciałem. Oglądamy ich w układach choreograficznych (Marta Ziółek) inspirowanych elementami gry w piłkę nożną, ćwiczeniami fizycznymi, ruchami charakterystycznymi dla sportowców. Wszystkim tym, do czego ich ciała zostały przygotowane przez lata treningów. Przemieszczają się po scenie utrzymując stały kontakt wzrokowy z publicznością. Ich spojrzenia są niezwykle wymowne, przeszywające, jakbyśmy byli ich przeciwnikami na boisku. Tekst „Piłkarzy” odczytywany jest przez Dobromira Dymeckiego, który na scenie pojawia się tylko na chwilę pod koniec spektaklu. Jest swego rodzaju narratorem, komentatorem, głosem wewnętrznym bohaterów.

W „Piłkarzach” zachwycił mnie tekst, który jest napisany z polotem, lekko, momentami zabawnie, wnikliwie przedstawia ciemne strony zawodu piłkarza. Zawodu, który znajduje się w sferze marzeń niemal każdego chłopca. Powszechnie postrzegany jest jako łatwy, przyjemny i dobrze opłacany, bowiem negatywne aspekty pracy piłkarza są tematem tabu. Dlaczego się o tym nie mówi? Może dlatego, że piłkarz nie może mówić o tym, co mogłoby negatywnie wpłynąć na jego wizerunek? A może brakuje mu słów, by mówić o sobie? Znakomici są Wiktor Bagiński i Kacper Wdowik. Reżyser z aktorów-amatorów wyciągnął to, co w nich najlepsze – umiejętność grania ciałem – mimiką, gestem i hipnotyzującym spojrzeniem.

Świetna rzecz!

Spektakl był prezentowany w TRWarszawa w ramach TR.DOC – przeglądu spektakli dokumentalnych.

(zdjęcie ze strony: www.trwarszawa.pl)

Ocena:

Grind/r


Grindr to raj
gra w spełnianie marzeń
masz małą ikonkę ze swoim zdjęciem
opis czego szukasz
pisz co chcesz
wszyscy tu i tak w jednym celu
Grasz
pokonujesz kolejne etapy
czasem trafiasz na przeszkody
atakował cię wirus
ale wygrałeś
tym razem organizm się wybronił
przechodzisz do kolejnego etapu
a potrzeby twe coraz większe
nie wiem jakie jest zakończenie
bo nie skończyłem jeszcze tej zabawy
ale jestem na wysokim poziomie
ja jestem już ekspertem

(„Grind/r” Piotr Trojan)

Grindr jest aplikacją dla gejów. Umożliwia wyszukiwanie, w najbliższej okolicy, partnerów chętnych na seks. Z zapisu spotkań Piotra Trojana (autora i reżysera) z poznanymi przez Grindr mężczyznami powstał spektakl. „Grind/r” przepełniony jest seksem, cielesnością. Zrobiony w sposób niezwykle naturalistyczny. Bohater spektaklu – Piotrek zabiera widzów do prywatnych domów homoseksualistów, czasem zwyczajnych, z portretem Matki Boskiej nad wersalką, innym razem bardzo obskurnych, w których nie ma drzwi, tylko dywany porozwieszane w futrynach, by z lekarzami, prawnikami, artystami ale też z kibolami i niepełnosprawnymi – uprawiać seks. Chce eksperymentować, testować siebie i partnerów. Próbuje sadomasochizmu, fetyszyzmu, seksu grupowego. Ten styl życia wiąże się z chorobami wenerycznymi, ryzykiem zakażenia wirusem HIV – tego najbardziej obawia się Piotrek.

Z Grindrem jest trochę jak z grą komputerową. Masz chłopaczka, linię życia na czerwono, bo zawsze możesz coś załapać po drodze, i sobie wędrujesz. Przechodzisz kolejne etapy, idziesz coraz dalej, masz coraz większe potrzeby. (Piotr Trojan „Newsweek” 4.07.2015)

Nie seks jednak jest w spektaklu najważniejszy, „Grind/r” jest opowieścią o samotności. Piotrek wraca do pustego domu, w którym czeka na niego tylko kot. Matka, toleruje homoseksualizm syna, ale odnosi się wrażenie, że jednak ma problem z akceptacją dziecka. Ich relacje są zaburzone, rzadko spędzają ze sobą czas, nie pamiętają o swoich imieninach. Piotrek pragnie bliskości. Przypadkowy seks staje się namiastką emocjonalnego związku z drugim człowiekiem. A może tak szuka miłości? Czy w miejscu, w którym liczy się fizyczność – a nie osobowość, zaspokojenie – a nie bliskość, można ją znaleźć? Przeraża koniec spektaklu. Na ekranie pojawiają się słowa ta historia końca nie ma/ puki żyję, które są swego rodzaju wyrazem akceptacji stanu „tymczasowości”, w którym tkwi Piotrek. Z Grindr nie tak łatwo zrezygnować, świat nieograniczonych wyborów, pozbawiony zobowiązań, jest niezwykle kuszący i wciągający.

Wartością „Grind/r” jest autentyzm. Podziwiam autora za odwagę, bowiem nie jest łatwo pokazać własne przeżycia na scenie, czasem ironicznie, śmiesznie, a czasem wzruszająco. Jednak odnosi się wrażenie, że spektakl jest próbą odreagowania doświadczeń z przeszłości, rodzajem autoterapii. Minusem jest stereotypowy sposób przedstawia homoseksualistów. Dlaczego warto wybrać się na „Grind/r”? By zobaczyć Dobromira Dymeckiego wyjadającego miód ze słoika i Jana Dravnela w sadomasochistycznej masce tresującego świnkę ;)

(Plakat: proj. Grzegorz Laszuk, fot. Maciej Landsberg, www.trwarszawa.pl)

Ocena:

Męczennicy


Lidka, uczennica gimnazjum, wychowywana jest przez ojca. Odrzucona przez rówieśników dziewczyna zaczyna zachowywać się dziwnie i odmawia udziału w lekcjach pływania. Ojciec podejrzewa, że jest uzależniona od narkotyków. Lidka przeżywa rozterki wieku dojrzewania, zaczyna poszukiwać odpowiedzi na dręczące ją pytania w „Piśmie Świętym”. Ta aktywność pochłania dziewczynę bez reszty. Lidka zaczyna buntować się przeciw treściom nauczania, sposobie ubierania się i zachowania rówieśników. Wymusza na dyrektorze szkoły zmiany w funkcjonowaniu placówki.

Bardzo dobra rola Justyny Wasilewskiej, która stopniowo od zainteresowania „Pismem Świętym” staje się fanatyczką religijną. Ta przemiana zachodzi bardzo powoli, niemal niezauważalnie. Dziewczyna normy i zasady zawarte w „Biblii” zaczyna traktować dosłownie – próbuje nawracać, głosić Słowo Boże. W trakcie modlitwy przeżywa objawienia, powoli rodzi się w niej przekonanie, że dla Boga jest w stanie zrobić wszystko – nawet umrzeć. W ostatnich scenach żarliwa wiara bohaterki niemal graniczy z chorobą psychiczną. Ciekawą postacią jest, grana przez Aleksandrę Konieczną, nauczycielka biologii – silna, racjonalna ateistka, która za wszelką cenę próbuje pomóc omamionej wiarą uczennicy. Czytając „Pismo Święte” utwierdza się jednak w przekonaniu, że umieszczonych tam teorii nie da się potwierdzić naukowo. Dyrektor szkoły i ojciec akceptują poglądy Lidki, próbują dostosować otoczenie do światopoglądu dziewczyny. Racjonalizm i mistycyzm stale ścierają się w spektaklu Grzegorza Jarzyny.

Scenografia ograniczona jest do kilku przedmiotów (łóżko, stół, krzesła) i umieszczonego z tyłu sceny ekranu. Wyświetlane są nim projekcje Roberta Mleczki, przedstawiające miejsca, w których toczy się akcja spektaklu. Reżyser „bawi się” cieniem. Ustawia bohaterów z tyłu i z przodu ekranu, bliżej lub dalej, co daje bardzo ciekawy efekt wizualny. Na emocje widza oddziałuje klimatyczna muzyka Michała Lisa i Piotra Lisa.

Niezwykłe jest zakończenie spektaklu – gasną światła, aktorzy schodzą ze sceny, a widzowie przez chwilę pozostają w ciemności, z przejmującą muzyką… i kłębiącymi się w głowie myślami… pytaniami… Czy wiara jest potrzebna człowiekowi? Po co? Czy brak wiary wyklucza moralność? Kiedy wiara staje się niebezpieczna? Na ile można pozwolić religii decydować o funkcjonowaniu państwa i jego obywateli?

(plakat – źródło: www.trwarszawa.pl)

Ocena:

Cokolwiek się zdarzy, kocham cię

Magda pracuje „na zmywaku” w smażalni kurczaków. Ojciec wyrzucił ją z domu gdy dowiedział się, że jest lesbijką. Dziewczyna nawiązuje romans z nową pracownicą smażalni – Sugar.

Spektakl o różnych reakcjach otoczenia, czasem dość skrajnych, na homoseksualizm. O strachu przed „ujawnieniem się”, trudnościach z zaakceptowaniem własnej homoseksualności. Bardzo dobry tekst Przemysława Wojcieszka, który o trudnym dla naszego społeczeństwa temacie homoseksualizmu pisze z humorem, ale jednocześnie przejmująco i wzruszająco.

Scenografia autorstwa Magdaleny Maciejewskiej jest ograniczona do obrotowego, barowego stołka i metalowego prostopadłościanu, który staje się stołem, łóżkiem lub „zmywakiem”. Publiczność siedzi na wprost i po bokach sceny. Rozwiązanie to sprawia, że widzowie są w centrum wydarzeń rozgrywających się na scenie, niemal uczestniczą w nich. Muzykę na żywo wykonuje zespół Pustki.

Na uwagę zasługuje znakomita gra aktorów. Cudowna Agnieszka Podsiadlik w roli Magdy. Zdystansowana do świata, zagubiona, poszukująca własnej drogi, próbująca zaakceptować swoją seksualność. Znakomita Agnieszka Żulewska jako „pozytywnie zakręcona”, butna i silna Sugar. Krzysztof Czeczot w roli żołnierza homofoba jest niezwykle ekspresyjny, wywołuje przerażenie widzów w scenach znieważania siostry i jej partnerki. Janusz Chabior i Eryk Lubos pojawiają się w spektaklu epizodycznie, ale odgrywane przez nich postacie zawłaszczają całą uwagę widza.

„Cokolwiek się zdarzy, kocham cię” w reżyserii Przemysława Wojcieszka jest bardzo dobrym spektaklem. Może podobać się zarówno zwolennikom ambitnych produkcji, jak również fanom lżejszych form teatralnych.

Ocena:

Koncert życzeń

„Koncert życzeń” to dla mnie – widza niezwykłe, nowe doświadczenie teatralne, jest to rzecz na granicy spektaklu i performansu. W „Koncercie życzeń” nie pada ani jedno słowo, bowiem tekst autorstwa Franza Xaviera Kroetza zawiera jedynie didaskalia.

Widzowie stoją na scenie wokół scenografii – mieszkania, do którego po pracy wraca bohaterka spektaklu. Obserwujemy ją podczas wykonywania codziennych czynności – rozpakowywania zakupów, przygotowania posiłku, zmywania naczyń, prania, oglądania telewizji, a także tak intymnej czynności jak korzystanie z toalety. Kobieta słucha audycji radiowej „Koncertu życzeń”, w której szczęśliwi ludzie opowiadają o swoich związkach, gra w „Simsy” budując alternatywny świat, co podkreśla jej samotność. Liczne zachowania kompulsywne, stereotypowe świadczyć mogą o przeżywanych przez kobietę lękach, depresji. Niezwykle przejmująca jest ostatnia scena, w której bohaterka spektaklu łyka tabletki nasenne chcąc popełnić samobójstwo, zakończyć swoje bezsensowne życie.

Przejmujący spektakl o cierpieniu, pustce egzystencjalnej, samotności. Samotności, której często nie dostrzegamy mimo, że czasem jest tak blisko nas, „za ścianą”.

Bardzo dobry monodram w reżyserii Yany Ross w wykonaniu Danuty Stenki. „Koncert życzeń” jest koprodukcją TR Warszawa, Teatru Łaźnia Nowa w Krakowie i Festiwalu „Boska Komedia”.

Ocena:

Portret Doriana Graya

Ludzie znają dziś cenę wszystkiego,
nie znając wartości niczego.

(Oscar Wilde „Portret Doriana Graya”)

Dorian Gray, niewinny, budzący podziw swą urodą, młody mężczyzna zaprzyjaźnia się z malarzem. Zafascynowany chłopakiem Basil maluje jego portret. Henry, przyjaciel Basila, zaintrygowany urodą i osobowością Doriana pragnie go poznać i przekonać do swojej filozofii życiowej, iż tylko dzięki takim wartościom jak młodość i piękno będzie w stanie zdobyć wszystko czego zapragnie, zrealizować swoje marzenia. Chłopiec ulega przekonaniom Henriego. Dorian wie, że z wiekiem jego uroda przeminie. Wypowiada życzenie by z upływem czasu i popełnianymi grzechami zmieniała się twarz na portrecie, a jego uroda została nienaruszona.

Michał Borczuch osadził „Portret Doriana Graya” we współczesności, bowiem powieść Oscara Wilde’a jest niezwykle aktualna, odnosi się do życia trzydziestolatków z wielkich miast. Bohaterowie spektaklu to hedoniści, dla nich wartość stanowi młodość i piękno a nie moralność. Żyją „tu i teraz”, czerpią z życia jak najwięcej, ale nie myślą o przyszłości, nie dojrzewają, nie chcą brać odpowiedzialności za własne życie. Boją się starości i śmierci. Za wszelką cenę pragną zachować nieskazitelną urodę, wykonują operacje plastyczne by oszukać czas, stać się wiecznie młodym jak James Dean, Jim Morrison, Marylin Monroe, Janis Joplin, Kurt Cobain, Amy Winehouse.

Spektakl jest krytyką współczesnego społeczeństwa, kultu piękna i dewaluacji wartości moralnych. Bardzo ciekawa sztuka w reżyserii Michała Borczucha, świetny Tomasz Tyndyk w roli Henriego. Warto zobaczyć.

Ocena:

Miasto snu

Spektakl na podstawie powieści „Po tamtej stronie” Alfreda Kubina w reżyserii Krystiana Lupy.

Bohaterowie spektaklu organizują spotkania, by wspólnie zmagać się z „demonami duszy” determinującymi ich życie – samotnością, starością, uzależnieniem, chorobą, traumatycznymi przeżyciami… Seanse polegają na obnażaniu siebie, swoich lęków, obaw, żalu, nie „leczą”, nie uczą radzenia sobie z problemami, nie pokazują jak być szczęśliwym – one wzmagają poczucie pustki egzystencjalnej, prowadzą do destrukcji. Bohaterowie spektaklu pragną zapomnienia, które może im zapewnić jedynie miasto snu – sztuczny twój doktora Patera, równie obłąkanego jak oni. Ale czy możliwa jest ucieczka od tego, co tkwi w naszej głowie?

Spektakl zrobiony w konwencji snu. Uwagę przykuwa scenografia – zniszczona hala, podkreślająca stan wyniszczenia emocjonalnego bohaterów. Stosowane środki audiowizualne potęgują nastrój grozy i niepokoju.

Niezwykły spektakl. Rewelacyjna obsada: Jan Dravnel, Jakub Gierszał, Sandra Korzeniak, Magdalena Kuta, Władysław Kowalski, Lech Łotocki, Maria Maj, Małgorzata Maślanka, Henryk Niebudek, Monika Niemczyk, Agnieszka Roszkowska, Piotr Skiba, Andrzej Szeremeta i Tomasz Tyndyk.

Warto zobaczyć!

Ocena:

Między nami dobrze jest

Każdy wie, że Polska głupi kraj, biedny i brzydki. Architektura brzydka, pogoda ciemna, temperatura zimna, nawet zwierzęta uciekły i schowały się w lasach. W telewizji złe programy, dowcipy niedowcipne, prezydent wygląda jak kartofel, a premier jak kabaczek. Premier wygląda jak kabaczek, a prezydent jak premier. We Francji jest Francja, w Ameryce Ameryka, w Niemczech są Niemcy i nawet w Czechach są Czechy, a tylko w Polsce jest Polska. We Francji są bagietki, w Anglii grzanki, w Niemczech bułki, a w Polsce ciągle tylko ten chleb, chleb, chleb. We Francji jest bagietka, we Włoszech makaron, a w Polsce do dziś je się, nie wiadomo czemu, te kartofle. We Francji wszyscy mówią po francusku, w Anglii po angielsku i tylko w tej Polsce wszyscy — pierwsza litera pier, druga do — po polsku, czego nikt nie rozumie. Ja to już od dawna zdecydowałam, że nie jestem żadną Polką, tylko Europejką, a polskiego nauczyłam się z płyt i kaset, które zostały mi po polskiej sprzątaczce. Nie jesteśmy żadnymi Polakami, tylko Europejczykami, normalnymi ludźmi!
(„Między nami dobrze jest” Dorota Masłowska)

Spektakl o trzypokoleniowej rodzinie – Osowiałej staruszce na wózku inwalidzkim, jej córce Halinie i wnuczce – Małej Metalowej Dziewczynce, ich sąsiadce Bożenie – Gruba Świnia, które żyją w „starym, wielokondygnacyjnym budynku ludzkim” w Warszawie, żyją zakupami w supermarketach, czytaniem horoskopów i porad w kolorowej prasie „Nie dla Ciebie”, telewizją i Internetem.

Rzecz o zaniku więzi w rodzinie, tożsamości narodowej, upadku kultury, braku tolerancji. Satyra na polskość i Polaków. Bardzo dobry spektakl w reżyserii Grzegorza Jarzyny. Przyznam, że nie należę do fanów twórczości Doroty Masłowskiej, ale tym tekstem zdobyła moją sympatię.

Ocena:

Starsze wpisy