„Lekarza mimo woli” Molier napisał w 1666 roku, po tym jak popularność ambitnego „Mizantropa” zaczęła słabnąć. Pisząc klasyczną farsę chciał podreperować budżet teatru. Intryga w „Lekarzu mimo woli” jest dość prosta. Córka możnego pana Geronta zachorowała na przedziwną chorobę – nagle przestała mówić. Wielu lekarzy próbowało jej pomoc, lecz żadnemu z nich się nie udało. Zdesperowany pan Grenot wysyła więc swoich służących na poszukiwania nowego specjalisty. Dowiaduje się o tym Marcyna i namawia męża, by podał się za lekarza. Sganarel nie chce ulec namowom żony. Kobieta postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i przekonuje służących pana Grenota, że Sganarel jest lekarzem-dziwakiem, u którego tylko porcją batów można obudzić drzemiące zdolności medyczne. Niejako zmuszony przemocą fizyczną Sganarel wciela się w lekarza i trafia do domu pana Grenota, by wyleczyć jego córkę…

W spektaklu uwagę przykuwa bardzo pomysłowa, minimalistyczna scenografia. Składa się z pięciu drewnianych konstrukcji, które stawiane pionowo lub poziomo, przestawiane w przestrzeni, stają się domem Marcyny i Sganarela, pałacem pana Grenota lub lasem. Odnosi się wrażenie, że oświetlenie jest prowizoryczne (zapewne wynika z warunków lokalowych). Reflektory ustawione są na statywach po bokach sceny, co sprawia, że wyżsi aktorzy nie zawsze „mieszczą się” w słupie światła. Uwagę zwraca muzyka (Sergei Timofeev) wykorzystana w spektaklu. Inspirowana średniowiecznymi utworami, jest swego rodzaju nawiązaniem do założonej przez Moliera wędrownej trupy – Illustre Théâtre, wystawiającej zapomniane farsy średniowieczne. Słabą stroną spektaklu jest reżyseria. Odniosłam wrażenie, że Sergeiowi Timofeevowi zabrakło pomysłu. Spektakl jest chaotyczny, momentami brak w nim spójności (w pierwszej scenie Sganarel wychodzi ubrany w bluzę dresową i zaczyna się rozbierać w takt muzyki, a za chwilę pojawia się w kostiumie „z epoki” i wciela w molierowską postać). Pewne frazy aktorzy powtarzają kilkakrotnie, niemal do znudzenia. Zabawne teksty podkreślane są przesadną mimiką postaci, tak jakby twórca spektaklu bał się, że widz nie będzie wiedział kiedy ma się śmiać, wątpił w jego inteligencję. Postacie są przerysowane, momentami wręcz karykaturalne. Emocje nie są zagrane, ale często wykrzyczane, „wybiegane” (koszmarna scena rozmowy Marcyny i Sganarela, która sprowadzona została do ganiania się pary po scenie i okładaniu miotłą). Przykre, że reżyser nie wykorzystał potencjału aktorów, którzy potrafią zagrać, czemu wyraz dali zwłaszcza Diana Karamon (uwodzicielska Jagusia) i Grzegorz Jarek (Walery).

„Lekarza mimo woli” nie polecam, ale kibicuję zespołowi aktorskiemu i mam nadzieję zobaczyć ich w kolejnych produkcjach, mam nadzieję bardziej udanych.

(plakat – źródło: http://teatrxl.com)

Ocena: