„Dogville” w reżyserii Marka Kaility i Aleksandry Popławskiej jest teatralną adaptacją głośnego filmu Larsa von Triera z 2003 roku, pod tym samym tytułem. Tekst sztuki bazuje na scenariuszu filmowym. Christian Lollike uzupełnił go fragmentami, które w filmie zostały wycięte lub zmienione, a dostępne były w pierwszych wersjach scenariusza. Zabieg ten miał na celu oderwanie tekstu od filmu, stworzenie uniwersalnego dramatu poddającego się reżyserskim interpretacjom. Oglądając spektakl od skojarzeń z wersją filmową jednak nie mogłam się uwolnić, ale też i duet reżyserski nie miał łatwego zadania mierząc się dziełem uznanego reżysera i scenarzysty. Dziełem inspirowanym nurtującym ludzkość od zawsze pytaniem: czy człowiek jest z natury dobry czy zły?

„Dogville” Kality i Popławskiej jest psychologicznym eksperymentem. Mamy wyselekcjonowaną grupę badawczą – mieszkańców niewielkiego, odciętego od świata miasteczka Dogville. Społeczność hermetyczną, żyjącą w spokoju i harmonii dzięki zasadom demokracji i konserwatywnym wartościom. Równowagę w miasteczku zaburza przybycie „obcego” – kobiety proszącej o azyl. Mieszkańcy decydują się udzielić jej pomocy w zamian za drobne prace wykonywane na rzecz społeczności. Poczucie władzy nad bezbronną Grace (Aleksandra Popławska) wyzwala negatywne cechy w mieszkańcach Dogville. Oczekiwania wobec kobiety stale rosną, pomoc w drobnych pracach staje się wyzyskiem. Zmienia się także stosunek mieszkańców do Grace, stopniowo zaczynają odzierać kobietę z godności, szacunku i wolności – dehumanizując swoją ofiarę. Na myśl przychodzi skojarzenie ze Stanfordzkim eksperymentem więziennym Philipa Zimbardo, w którym udowodnił, że w specyficznych warunkach ludzie zdrowi psychicznie wcielają się w rolę oprawców i ofiar. To okoliczności wyzwalają więc w ludziach określone zachowania. A może uwalniają prawdziwą naturę człowieka, spętaną przez obowiązujące normy moralne i społeczne? W eksperymencie Zimbardo przyglądał się relacji więzień-strażnik, Kalitę i Popławską, też ta zależność intryguje, chcą przyjrzeć jej się głębiej, zrozumieć mechanizmy powstawania zła, opowiadając o człowieku współczesnym, ale też nawiązując do wydarzeń z II wojny światowej. Historyczne odniesienia są przez reżyserów tylko delikatnie zasygnalizowane w scenie egzekucji mieszkańców miasteczka nawiązującej do serii „Rozstrzelań” Wróblewskiego, czy w scenografii (Joanna Kuś). Miasteczko Dogville, jest tu bowiem sztucznym tworem, przestrzenią eksperymentalną. Ciasnym, przytłaczającym miejscem otoczonym wysoką siatką, z budynkami, ściśle przylegającymi do siebie, których przestrzeń wyznacza narysowana na podłodze biała linia. Do miasta prowadzi tylko jedna droga, by się do niego dostać trzeba przekroczyć monumentalną półokrągłą bramę z wykutą na górze nazwą miasta przypominającą bramę Auschwitz. Mieszkańcy Dogville doskonale opisani przez narratora, którego głos dobiega do nas z głośników, na scenie zdają się być nijacy, neutralni, uniwersalni – można by rzec za Musilem „bez właściwości”, ekspresja aktorów ograniczona bowiem została do niezbędnego minimum, do chłodnego podawania tekstu.

„Dogville” Kality i Popławskiej wciąga widza od pierwszej sceny, intryguje. Rozmywa złudzenie o naturalnej dobroci człowieka, bowiem nawet Tom (Bartosz Porczyk) piewca moralności, nie potrafi przeciwstawić się społeczności i uratować Grace, a Grace odpłaca mieszkańcom, za doznane krzywdy. „Dogville” nie daje nadziei, bowiem co nam pozostaje gdy przestajemy wierzyć w człowieka?

Plakat źródło: http://www.teatrsyrena.pl/

Ocena: