Subiektywnie o teatrze

warszawski blog teatralny

Kategoria: Teatr Studio

Tata wiesza się w lesie


Przyznam, że premiera monodramu „Tata wiesza się w lesie” w reżyserii Moniki Rejtner (debiutującej w tej roli teatrolożki) odbywająca się w ramach 14. OPMW, jest jednym z najbardziej oczekiwanych przeze mnie wydarzeń tegorocznego przeglądu. Nagrodzony w Ogólnopolskim Konkursie na Kameralną Sztukę Współczesną Słowo/Aktor/Spotkanie tekst Przemysława Pilarskiego intryguje, a zwracający uwagę tytuł zachęca widzów do rezerwacji biletów – na pokazie premierowym scena Malarnia teatru Studio wypełniona jest po brzegi.

Gdy publiczność zajmuje miejsca na widowni, spektakl już trwa. Z głośników wydobywa się spokojna, relaksacyjna muzyka, kobiecy głos instruuje jakie czynności wykonać, by się zrelaksować, a niebieskie światło bijące ze sceny sprzyja odprężeniu. Bohaterowi spektaklu (Piotr Żurawski) wypocząć się jednak nie udaje. Jakby istniała w nim jakaś silna blokada, utrudniająca realizację pragnienia. Wywołująca złość i frustrację, pchająca go w odmęty natrętnych myśli, psychodelicznej imaginacji, której wizualizacje (Hanna Maciąg) wyświetlane są na ścianach scenografii. Osacza go i przytłacza, a jej intensywność sprawia, że bohater przestaje być na scenie dominujący. Rozmywa się w tej przedziwnej mieszaninie jawy i imaginacji. Odgrodzony od świata. Zamknięty w białym kubie, bezpiecznej, pustej, niewielkiej przestrzeni, przywodzącej na myśl salę szpitala psychiatrycznego, której wyposażenie ogranicza się jedynie do szarego siedziska i nawilżacza powietrza ułatwiającego oddychanie w chwilach ataku paniki.

„Tata wiesz się w lesie” jest opowieścią o Dorosłym Dziecku Alkoholika, które niejako na taki los skazane zostało – urodziło się na wsi, gdzie wszyscy pili, bo jak można było nie pić? Ojciec powtarzał wzorce zachowania przejęte, od swojego niewydolnego wychowawczo ojca. Pił i bił, bo tak było przyjęte? inaczej nie potrafił? nie było psychologów, terapeutów, specjalistów, którzy by zareagowali, wsparli, pomogli? Dorosły syn w traumatycznej przeszłości się zamyka. Nie potrafi się od niej uwolnić. Jak bumerang wracają wspomnienia – gdy ze wstydem holował pijanego ojca do domu, słuchał wygłaszanych w alkoholowym upojeniu moralizatorskich wywodów rodziciela, gdy śnił o jego śmierci, by się wreszcie od kata uwolnić. O ojcowskiej miłości mówi niewiele, to jedynie miłe chwile – duma ojca, gdy syn dostaje się na studia. Te przebłyski normalności nie rekompensują dziecku doznanych krzywd. Brak ciepła emocjonalnego i sprowadzenie go do roli „dziecka odpowiedzialnego” (przejmującego ster, opiekującego się bezradnymi rodzicami), kładzie się cieniem na jego dorosłym życiu. On właściwie nigdy nie dorasta, zakotwiczony w roli zagubionego dziecka (kuca w kącie z tubką skondensowanego mleka) łaknie pochwał i aprobaty. Marzy o czułości i bliskości, ale nie potrafi zbudować prawidłowych relacji interpersonalnych, by otrzymać chociaż namiastkę tego, czego tak bardzo potrzebuje, zatraca się w e-relacjach. Jego wirtualna znajoma (Karolina Staniec) przez cały czas jest e-obecna, wmontowana w świat z wizualizowanych wewnętrznych stanów emocjonalnych bohatera. Jej twarz widzimy w ogromnym zbliżeniu, mimika, emocje są bardzo wyraźne, wyolbrzymione, niemal przerysowane co sprawia, że przestaje być postrzegana jako rzeczywista osoba, jest jak Sylwia z „Sali samobójców” Jana Komasy czy Samantha z „Her” Spikea Jonzena. Przyjaciółka? Terapeutka? Fantazja? Osoba, z którą bohater czuje się bezpiecznie, bowiem po raz pierwszy w życiu ma pełną kontrolę nad relacją, nad drugim człowiekiem, w każdej chwili może się wycofać, gdy np. padnie zbyt trudne pytanie, gdy przyjaciółka będzie oczekiwała intymnych zwierzeń, gdy będzie próbowała pomóc w uporaniu się z traumami przeszłości, terapeutyzować, może po prostu ją „wyłączyć”. I zatracić się, w fantasmagorii… wewnętrznym bezpiecznym świecie…

„Tata wiesza się w lesie” w reżyserii Moniki Rejtner jest przedziwnym multimedialnym tworem, od którego nie mogłam oderwać oczu. Intryguje, wciąga, hipnotyzuje. Osacza widza ilością i intensywnością wizualnych bodźców, co niestety przytłacza aktora i momentami zaciera wyrazistość tekstu. A szkoda, bo tekst Przemysława Pilarskiego jest bardzo dobry, a Piotr Żurawski gra najlepszą scenę gdy wyeksponowany w monologu ojca (wygłasza go bowiem z boku sceny, gdzie nie sięgają „optyczne smaczki”) może pochwalić się swoją techniką aktorską.

Plakat źródło: http://www.przegladmonodramu.pl

Ocena:

Wiosna


Twórcy spektaklu zapraszają publiczność do wiejskiej, pachnącej drewnem chaty. Widzowie siadają na krzesłach ustawionych po bokach obudowanej drewnianymi panelami sceny, dokładnie takich samych, jak te będące elementem scenografii. Na stołach stoją rośliny doniczkowe, stale pielęgnowane (przycinane, podlewane i przesadzane) przez bohaterów spektaklu. Lekko rozproszone światło, przywodzące na myśl skojarzenie z blaskiem zachodzącego słońca, wydobywa z ciemności postacie budując jednocześnie nastrój spokoju, zadumy, a my stajemy się świadkami cierpienia rodziny po stracie bliskiej osoby. Ta przepełniona bólem historia opowiadana jest z perspektywy braci bliźniaków, w dwóch różnych wariantach: w pierwszym w wypadku brat ginie, w drugim – przeżywa, ale jest w śpiączce… Wszystko, co dzieje się na scenie jest niemal na wyciągnięcie ręki, a gęstą od emocji atmosferę, niemal można „kroić nożem”.

„Wiosna” inspirowana jest „Wujaszkiem Wanią” i ‚Wiśniowym sadem” Antona Czechowa, z których Leonardo Moreira wybiera sceny, ale nie przedstawia ich jeden do jednego, lecz wyciąga ich istotę, sens. Opowiada własnymi słowami tworząc nową narrację, nie wolną jednak od charakterystycznego „klimatu” dramatów rosyjskiego pisarza – apatii, marazmu. Bohaterowie są w stanie permanentnego oczekiwania na nowe, lepsze jutro, nazywane symbolicznie „wiosną” , lecz brak im nadziei na jego nadejście… Pogrążeni w cierpieniu, w poczuciu bezsensu po prostu trwają… jakby zawieszeni w czasie i przestrzeni…. swoistej próżni…

Rys charakterologiczny postaci zaczerpnięty jest z Czechowa, ale Leonardo Moreira nadaje swoim bohaterom imiona aktorów. Nawiązując do rzeczywistych wydarzeń z ich życia np. mówiąc o Monice, że była aktorką i grała Raniewską, urealnia opowiadaną historię. Główna postać grana jest symultanicznie przez dwóch aktorów – Marcina Bosaka i Łukasza Simlata. Razem na scenie oglądamy tych dwóch aktorów jednak tylko przez chwilę, na początku i na końcu spektaklu, bowiem przez resztę czasu scena przedzielona jest ścianką, a Marcin i Łukasz przebywają w oddzielnych częściach. Pozostali aktorzy poruszają się po całej przestrzeni sceny wchodząc w interakcje z głównym bohaterem. Śledząc historię jednego z bohaterów (miałam przyjemność oglądać Łukasza Simlata) słyszymy co dzieje się „za ścianą”. Jest to niezwykle ciekawe, bowiem Marcin i Łukasz w wybranych scenach w tym samym czasie wypowiadają dokładnie te same kwestie. A my czujemy, że doświadczamy dwóch równoległych rzeczywistości. I razem z bohaterem spektaklu próbujemy odpowiedzieć na pytanie czy lepiej mieć nadzieje, czy znać prawdę?

Moreira w swoim spektaklu zmusza widza do kontemplacji życia, przemijania, strategii podejmowania decyzji. Oglądając „Wiosnę” próbujemy odpowiedzieć sobie na pytanie jak wyglądałoby nasze życie, gdybyśmy kiedyś dokonali innego wyboru? Jest to pytanie, które stale do nas powraca… zaprząta nasze myśli, zwłaszcza gdy nie jesteśmy szczęśliwi, gdy czujemy, że coś nas ominęło, że coś nie wyszło tak, jak byśmy chcieli… Gdybyśmy podjęli inną decyzję czy nasze życie wyglądało by inaczej? Czy wybór w ogóle jest możliwy? …u Moreiry takiego wyboru nie ma…

„Wiosna” Leonardo Moreiry jest niezwykłym spektaklem, który zachwyca formą i na długo pozostaje w pamięci.

(plakat źródło: Teatr Studio / http://teatrstudio.pl/)

Ocena:

Wyznawca


„Wyznawca” zainspirowany jest historią Dannego Balinta, amerykańskiego Żyda, który odrzucił wiarę i stał się faszystą (działał w Amerykańskiej Partii Nazistowskiej, był członkiem Ku-Klux-Klanu). Dziennikarz „New York Timesa” John McCandlish Phillips w 1965 r. przeprowadził z Dannym wywiad, w którym zapytał między innymi o jego bar micwę. Chłopak najpierw wyparł się żydowskich korzeni, a następnie nie zgodził się na ujawnienie w prasie informacji o jego pochodzeniu. Zagroził, że się zabije jeśli Philips opublikuje artykuł. Tekst jednak ukazał się i to na pierwszej stronie „New York Timesa”, a zaraz potem Danny popełnił samobójstwo.

Natalia Korczakowska bierze na warsztat scenariusz filmu „Fanatyk” Henry’ego Beana, z którego „wyłuskuje” postać Dannego (żyda – antysemity), by zanalizować jego zachowanie. Danny, w spektaklu Korczakowskiej, jest rozdarty wewnętrznie. Z jednej strony nie chce być Żydem żyjącym w strachu przed Bogiem – słabym, biernym i uległym, dlatego przeciwstawia się bezrefleksyjnemu podporządkowaniu się normom i zasadom Judaizmu. Z drugiej strony fascynuje się ideologią faszystowską, by za wszelką cenę stać się inny – twardy, silny, niezależny. Jednak w głębi duszy wciąż pozostaje Żydem, bowiem nie jest łatwo odciąć się od kultury, w której zostało się wychowanym. Danny nienawidzi się za to, ale nie potrafi przerwać tej wewnętrznej walki. Natalia Korczakowska ten swoisty dualizm postaci pokazuje w bardzo ciekawy sposób, bowiem w roli Dannego obsadza dwóch aktorów. Tomasz Wygoda i Mateusz Król odgrywają swoją postać z lekkim powiewem nierealności, niedosłowności, momentami z odrobiną przesady. Dannego, w ich wykonaniu, darzy się sympatią. Widz chce zrozumieć co skłoniło chłopaka do podjęcia walki z własnym narodem, kulturą i religią, lecz w spektaklu Korczakowskiej nie do końca jest to jasne. Odnosi się wrażenie, że reżyserkę dużo bardziej interesuje postać Johna McCandlisha Philipsa (Wojciech Żołądkowicz) – radykalnego katolika, przekonanego o tym, że z woli Boga został dziennikarzem. On jest najważniejszą postacią „Wyznawcy”. Przekonany o tym, iż chroni ludzi przed „siłami zła” ujawniającymi się pod postacią Dannego – piewcy ideologii faszystowskiej, stopniowo ukazuje nam swoje mroczne oblicze. Zaczynamy dostrzegać symptomy fanatyzmu religijnego (niezwykle mocna scena, w której otwarcie przyznaje, że nie interesuje go etyka dziennikarska, gdyż nadrzędne jest dla niego prawo Boskie określone w przykazaniu „Nie będziesz dawał fałszywego świadectwa”). Swoje przekonania wciela w życie, bowiem wiedząc o zaburzeniach zachowania i licznych próbach samobójczych Dannego, decyduje się na publikację artykułu. Najbardziej przerażające jest to, że śmierć Dannego nie wywołuje w nim ani refleksji, ani wyrzutów sumienia.

Natalia Korczakowska w „Wyznawcy” zadaje pytanie o winę i karę, analizuje istotę zła. Poddaje refleksji wiarę, która jest wyznacznikiem wartości moralnych, ale może być niebezpieczna gdy przekroczy granicę fanatyzmu. Korczakowska zwraca uwagę, że każdy rodzaj fanatyzmu, czy to religijnego, czy wynikającego z ideologii, może być groźny.

Spektakl jest ciekawy wizualnie. Już zasiadając na widowni zwracamy uwagę na scenografię – wykonanego z gazet orła z rozpostartymi skrzydłami, z wojskową czapką na głowie, przywodzącego na myśl symbol III Rzeszy. Uwagę przykuwają materiały video będące wizualizacją obsesji religijnych Dannego. Aktorzy operowi wykonują w nich pieśni oparte na staropolskim dialogu pasyjnym „O ofiarowaniu Izaaka”. Natalia Korczakowska ten dość statyczny spektakl stara się zdynamizować wyprowadzając aktorów poza scenę – na widownię, foyer, a na scenie ustawiając słupki, między którymi poruszają się aktorzy. Wyciągają z nich specjalne taśmy grodząc przestrzeń. Powstałe w ten sposób „bramki” wymuszają kierunek ruchu postaci. W pierwszych scenach ten zabieg jest niezwykle interesujący, potem zaczyna widza nużyć, a pod koniec spektaklu dźwięk odpinanych i zapinanych taśm wręcz irytuje. Oczarowuje natomiast muzyka – instalacja Aloisa Spätha, wykorzystująca naturalny dźwięk sceny obrotowej. Jest jedną z ciekawszych jakie ostatnio mogłam usłyszeć w teatrze.

„Wyznawca” nie jest spektaklem wybitnym, ale jest spektaklem, który warto zobaczyć, bowiem porusza tematy, wobec których nikt nie pozostaje obojętny.

(plakat źródło: Teatr Studio / www.teatrstudio.pl)

Ocena:

Baby Doll


„Baby Doll” jest adaptacją jednoaktowej sztuki Tennessee Williamsa „27 Wagons Full of Cotton”, w 1956 roku powstał na jej podstawie film w reżyserii Elii Kazana. Film wywołał wiele kontrowersji, między innymi w środowiskach katolickich, które zarzucały mu epatowanie seksualnością, cielesnością, sianie zgorszenia i demoralizację.

Główną bohaterkę – Laleczkę poznajemy kilka dni przed jej dwudziestymi urodzinami. Dziewczyna w wieku 17 lat została wydana za mąż za dużo od niej starszego mężczyznę – Archie’ego Meighana, przedsiębiorcę zajmującego się przemysłem bawełnianym. Małżeństwo miało zagwarantować Laleczce opiekę i bezpieczeństwo finansowe po śmierci ojca. Umowa zawierała jeszcze jeden ważny zapis – mąż może skonsumować małżeństwo dopiero, gdy Laleczka skończy 20 lat. Małżeństwo jest w trudnej sytuacji materialnej, mieszka w starym domu, bez mebli, bowiem zostały one odebrane właścicielom z powodu niepłacenia rat. Sfrustrowany kłopotami finansowymi i niezaspokojonymi potrzebami seksualnymi Archie podpala magazyn z bawełną swojego sąsiada – biznesowego konkurenta. Zmusza Laleczkę by dała mu alibi na czas pożaru.

Najważniejszą postacią w spektaklu, jak wskazuje tytuł, jest Laleczka (Marta Juras). Postać ta przywodzi na myśl skojarzenie z Lolitą – na progu dojrzałości, dorosłości, jednak wciąż pozostająca niewinnym dzieckiem (infantylne ubranie, opaska z uszami kota, na głowie warkoczyk). Świadoma swojej seksualności, prowokuje i kusi mężczyzn. Odnosi się wrażenie, że to ona, mimo swojej pozornej niezaradności, kontroluje całą sytuację, steruje osobami będącymi w jej otoczeniu. W ostatniej scenie zamyka wszystkich w domku „dla lalek”, w którym wcześniej sama mieszkała.

Uwagę przykuwa scenografia autorstwa Natalii Kitamikado. Przestrzeń podzielona jest ażurowymi „sznurkowymi” ściankami, dzięki temu zabiegowi możemy śledzić sceny odbywające się we wnętrzu domu i na podwórku. W jednym z „pomieszczeń” znajduje się mały domek, w którym śpi główna bohaterka. Nastrój spektaklu buduje znakomita muzyka wykonywana na żywo przez zespół Alters. Spektakl ogląda się dobrze, widać w nim ogromny potencjał i talent debiutującej reżyserki – Barbary Wiśniewskiej, jednak mimo fajnego pomysłu „Baby Doll” nie do końca mnie przekonuje.

(Fot. Krzysztof Bieliński / www.teatrstudio.pl)

Ocena:

Ćwiczenia stylistyczne


„Ćwiczenia stylistyczne” autorstwa Raymonda Queneaua są wariacjami językowymi, których nie da się przyporządkować do żadnego gatunku literackiego.

W autobusie linii S, w godzinie szczytu, pasażer około 26-letni, w kapeluszu, z przydługą szyją, wchodzi w konflikt z innym pasażerem. Zarzuca mu, iż umyślnie go potrącił po czym widząc wolne miejsce, rzuca się by je zająć. Dwie godziny później, tego samego pasażera spotykamy przed dworcem Saint-Lazare. Stoi w towarzystwie kolegi, który radzi mu by doszył do płaszcza dodatkowy guzik. To błahe wydarzenie Queneau opisuje na 99 sposobów, z różnych perspektyw, w rozmaitej stylistyce. Reżyserka, Maria Żynel, zdecydowała się na pokazanie jedynie czterdziestu kilku wersji, między innymi: medycznej, secesyjnej, sprawozdawczej, telegraficznej, tęczowej, prostackiej, wzrokowej i z poślizgiem.

Kostiumy oraz początek spektaklu grany w języku francuskim wprowadzają widza w klimat Paryża lat 40. Scenografia w pierwszych scenach ograniczona do stojącej na środku drabiny wraz z kolejnymi opowieściami wzbogacana jest o kolejne elementy, rekwizyty (collage ze zdjęciami twarzy znanych osób, walizki, krzesła). Aktorzy (Marcin Bikowski, Marcin Bartnikowski – Malabar Hotel oraz Łukasz Lewandowski) animują lalki, zakładają maski by w sposób coraz bardziej surrealistyczny poddawać stylistycznej obróbce incydent w autobusie. Spektakl jest swego rodzaju zabawą, grą którą prowadzą między sobą aktorzy – za pomocą emocji, słów, mimiki, gestów chcą jak najlepiej przedstawić dany rodzaj „ćwiczenia”. „Ćwiczenia stylistyczne” w reżyserii Marii Żynel są refleksją nad komunikacją i możliwościami jakie daje język.

Opowiadana wciąż na nowo ta sama historia za każdym razem zaskakuje, z niecierpliwością oczekujemy na kolejne pomysły. Spektakl bawi i pochłania widza bez reszty. Świetne!!!

(fot. Bartek Warzecha / www.teatrstudio.pl)

Ocena:

Efekt

Do szpitala zgłasza się dwoje ochotników, by wziąć udział w badaniach prowadzonych przez koncern farmaceutyczny nad nowym lekiem antydepresyjnym. Maja i Tristan, odizolowani od świata zewnętrznego, zażywają coraz większe dawki testowanych środków i zakochują się w sobie… Ale czy jest to prawdziwe uczucie, czy tylko efekt oddziaływania środków psychoaktywnych?

Spektakl w reżyserii Agnieszki Glińskiej porusza ważny temat, bowiem na depresję choruje ponad 120 mln ludzi na świecie, w Polsce 1 na 10 osób. Jest to czwarty najpoważniejszy problem zdrowotny, który nie leczony, może doprowadzić do śmierci. Jednak nie każdy chory decyduje się na leczenie farmakologiczne po wystąpieniu pierwszych objawów. Często wynika to z obawy, że leki antydepresyjne zaburzą jego świadomość, będą wpływać na postrzeganie rzeczywistości, na doświadczanie świata, spowodują przypięcie etykietki „wariata”. Ale czym właściwie jest „normalny umysł”? Gdzie kończy się melancholia, a zaczyna depresja? Czy antydepresanty nie odbierają nam możliwości realnej oceny sytuacji? Jaki jest faktyczny motyw działania koncernów farmaceutycznych? Na te pytania próbują odpowiedzieć twórcy spektaklu „Efekt”.

To depresja sprawia, że ludzie stają się „inwalidami”, wycofują się z życia, zamykają w sobie – w smutku, apatii, melancholii. Rozpadają się ich związki, szwankuje życie zawodowe. Chorobę psychiczną, jak każdą inną, trzeba leczyć, a leki przeciwdepresyjne pozwalają wrócić do normalności.

Bardzo dobry spektakl. Na uwagę zasługuje pomysł rozgrywania niektórych scen w dwóch planach. Ciekawym rozwiązaniem jest prezentacja snów bohaterów po zażyciu antydepresantów na ekranach umieszczonych z tyłu sceny. Znakomity Łukasz Simlat w roli Tristana i Dominika Ostałowska – zmagająca się z depresją lekarz psychiatra.

Ocena:

Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku

Wiesz co? Bo najgorsze ku… jest, że świat chce zrobić z człowieka szarą szmatę salutującą w szeregu, przechodnia przechodzącego przez jezdnię. Pasażera ku… tramwaju powiewającego na rurce z taką twarzą, o. Bez żadnych wypustek. Bez żadnej twarzy. Takiego jak ty. Człowieka – wędlinę. Ja nie chcę taka być.
(Dorota Masłowska „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku”)

Dżina i Parcha, po narkotyczno-alkoholowej imprezie, tułają się po mieście udając biednych Rumunów. Grożąc nożem wymuszają „podwózkę” na przerażonym kierowcy i tak rozpoczyna się ich podróż… podróż donikąd.

Spektakl o zaburzonych relacjach międzyludzkich, o zagubieniu w świecie i w sobie samym. O „sięgnięciu dna”, z którego trudno się wydostać, braku pomysłu na życie oraz o miłości, której tak bardzo pragną bohaterowie spektaklu. U Masłowskiej charakterystyczny jest język – język wulgarny, prosty, potoczny, inspirowany dialogami spod przysłowiowej „budki z piwem”. Tekst niby o ważnych rzeczach, ale wyszło banalnie. „Rumunami” Masłowska mnie nie przekonuje.

Na pochwałę zasługuje reżyseria Agnieszki Glińskiej oraz aktorzy, w szczególności Marcin Januszkiewicz, Monika Krzywkowska i Dorota Landowska. Ogólne wrażenia dobre.

Spektakl kilkukrotnie nagradzany.

Ocena:

Rachatłukum

Ubrany jak „król dyskoteki”, z penisem w zwodzie Artysta – bohater spektaklu opowiada o swoich seksualnych podbojach, ale nie są to zwierzenia seksoholika. Miłość fizyczna pozbawiona uczuć jest sposobem odreagowania rozpadu związku, próbą odnalezienia Olgi w przypadkowych kochankach. Spektakl jest opowieścią porzuconego, cierpiącego mężczyzny, po stracie ukochanej kobiety.

Artysta opowiada historię swojego związku. Poznał Olgę przypadkiem, a ona zawładnęła całym jego życiem. Kocha ją szaleńczo, bezgranicznie, opowiada o niej niezwykle ciepło, z uwielbieniem. Olga nie docenia swojej wielkiej miłości, poszukuje nowych partnerów. Po rozpadzie kolejnych związków zawsze na swojej drodze spotyka bohatera spektaklu. Dopiero „na łożu śmierci” Olga dostrzega, że właśnie Artysta jest miłością jej życia. Ich miłość staje się głębokim uczuciem, uczuciem którego podstawą jest nie tylko miłość fizyczna.

Monodram o wielkiej miłości, która nam się „przytrafia”, ale doceniamy ją zbyt późno. Znakomity Marcin Bosak. Uwagę przykuwa minimalistyczna scenografia Urszuli Bartos-Gęsikowskiej – „dyskotekowy podświetlany parkiet”. Bardzo ciekawy spektakl na podstawie powieści Jana Wolkersa pod tym samym tytułem, w reżyserii Sebastiana Chondrokostasa.

Ocena:

Wiśniowy sad

Raniewska wraca do rodzinnego domu po wielu latach spędzonych za granicą. Sytuacja finansowa rodziny jest bardzo zła, grozi im licytacja majątku – dworu z wiśniowym sadem.

Studium upadku ziemiańskiej rodziny, która nie jest w stanie zmienić swojego losu, ucieka przed problemami, żyje fikcją.

Świetna Monika Krzywkowska w roli Raniewskiej. Spektakl w reżyserii Agnieszki Glińskiej jest poprawny, ale nie zachwyca.

Ocena:

Oleanna

Do wykładowcy akademickiego przychodzi studentka mówiąc, że ma trudności ze zrozumieniem materialu omawianego podczas zajęć. John chce pomóc dziewczynie, proponuje jej indywidualne korepetycje, by mogła zdobyć wyższą ocenę. Carol zupełnie inaczej odbiera intencje wykładowcy. Spektakl o tym, jak nieprzewidywalne mogą być skutki relacji student – wykładowca, jeśli przekraczają obowiązujące normy. Bardzo dobra rola N. Rybickiej.

Ocena: