Subiektywnie o teatrze

warszawski blog teatralny

Kategoria: Teatr Powszechny (strona 1 z 2)

Księgi Jakubowe


„Księgi Jakubowe” – lustro, w którym możemy się przejrzeć

„Księgi Jakubowe” w reżyserii Eweliny Marciniak są adaptacją uhonorowanej Nagrodą Literacką Nike powieści Olgi Tokarczuk. Powieści trudnej, ale niezwykle fascynującej, bowiem opowiadającej historię osadzoną w dawnej wielokulturowej Polsce, mało znaną, właściwie nie funkcjonującą w naszej zbiorowej świadomości – historię żyda Jakuba Lejbowicza Franka, który ogłaszając się Mesjaszem założył nowy ruch religijny – frankistów. Jakub Frank odrzucił „Talmud” i tradycję żydowską. Zgodnie z naukami Sabataja Cwiego najpierw przyjął islam, a następnie ochrzcił się, gdyż przejście na katolicyzm było rodzajem obalenia ostatniej przeszkody oddzielającej go od Boga, aktem niezbędnym do osiągnięcia zbawienia. Budował nową religijność łączącą w sobie elementy islamu, chrześcijaństwa i judaizmu. Stał się wzorcem dla swoich wiernych. Zebrał dużą grupę wyznawców, którzy żyli w dość liberalnej wspólnocie, ale w poddańczej zależności wobec swojego guru. Frankistom zarzucano udział w praktykach orgiastycznych, bowiem podstawą ich relacji w grupie był promiskuityzm seksualny. Frankiści byli prześladowani przez społeczność Żydowską, ze względu na swoje poglądy, ale Jakub Frank próbował włączać ich do swojej wspólnoty. Polscy hierarchowie kościelni, dostrzegając życzliwy stosunek frankistów do katolicyzmu liczyli, że uda im się zachęcić frankistów do zmiany wyznania, a co za tym idzie zapoczątkować chrystianizację Żydów. Głoszone przez Jakuba Franka poglądy były sprzeczne z doktryną katolicyzmu, co Kościołowi zaczęło „uwierać”. Frankiści wierzyli, że przyjęcie sakramentu chrztu zapewni im nieśmiertelność, jednak wybuch epidemii, podczas której wielu z nich zmarło, zweryfikował ich poglądy. Poddali w wątpliwość boskość swojego Mesjasza i donieśli na niego do władz kościelnych, te postawiły go przed sądem, a następnie osadziły w klasztorze na Jasnej Górze. Frank urzeczony obrazem Matki Boskiej Jasnogórskiej zmodyfikował swoją doktrynę włączając do niej elementy związane z osobą Maryi. Po śmierci Franka większość z jego wyznawców przeszła na katolicyzm.

Spektakl Eweliny Marciniak jest nie tylko opowieścią o buncie przeciw ortodoksyjnej, bezrefleksyjnej wierze, herezji, która godzi w ustalony porządek, wprowadzając nowy. Jest uniwersalną opowieścią o człowieku, o jego potrzebie wiary w nadprzyrodzony byt – Absolut, będący „Prawdą” i „Miłością” samą w sobie, silniejszy, mądrzejszy, doskonalszy od człowieka, dający mu poczucie bezpieczeństwa, nadający sens istnieniu. Jest także opowieścią o manipulacji i przemocy religijnej będących środkiem do realizacji prywatnych interesów i zmiany rzeczywistości społecznej.

Reżyserka swoich bohaterów sytuuje w okresie szczególnym, okresie przełomu, bohaterowie zdają się niemal podskórnie wyczuwać zbliżającą się zmianę, a my ten nastrój łapiemy, ten niepokój, obawę, rozedrganie… jakby za chwilę coś złego miało się wydarzyć… Choć ludzie żyją normalnie, w pokoju, zajęci codziennymi sprawami, zdają się być uwięzieni gdzieś pomiędzy, jak Jenta (Barbara Derlak) tkwiąca między życiem, a śmiercią. Osadzeni pomiędzy rajem i piekłem? Grzechem i zbawieniem? Jak w „Ogrodzie rozkoszy ziemskich” Boscha, którego fragment widzimy wyświetlony na ekranie umieszczonym z tyłu sceny. Obraz odczytywany może być jako aluzja do głoszonych herezji, upadku ludzkości, ale też interpretowany jako wizja nowego świata opartego na harmonii między duszą, a ciałem, a tym samym swego rodzaju obroną niewinności zmysłowych rozkoszy. Bo czyż ludzkiego życia nie determinującej seksualna przyjemność? Ta pierwotna, życiowa siła, będąca źródłem i początkiem naszych działań… środkiem umożliwiającym osiągnięcie wyznaczonego celu, który wykorzystują Gilta (Julia Wyszyńska) i Ewa (Magdalena Koleśnik). Spektakl Eweliny Marciniak jest przepełniony zmysłowością i cielesnością, a choreografia (Kaya Kołodziejczyk) rozpoczynająca drugą część spektaklu zapiera dech w piersiach.

„Księgi Jakubowe” są przepiękne wizualnie, niezwykle malarskie. Scenografia (Katarzyna Borkowska) przywodzi na myśl skojarzenie z „Kolekcją arcyksięcia Wilhelma Habsburga, namiestnika Holandii” Davida Teniersa Młodczego czy „Galerią dekorowaną widokami współczesnego Rzymu” Giovanniego Paolo Panniniego, lecz zamiast obrazów na ścianach wiszą lustra w pięknych, złoconych ramach, odbijające to co na scenie się wydarza. Lustra, od wieków uznawane za przedmioty magiczne, tu stają się symbolem nagiej prawdy, wejrzenia w głębię, dotarcia do istoty problemu, a także ujawniania tajemnic przeszłości. Scena pokryta jest sypkim, brązowym piaskiem, tworząc jakby morze pyłu, pustynię… miejsce ziejące pustką, potęgujące stan niepokoju, zagubienia bohaterów. Przepiękne rzeźbione fotele zdają się być wyciągnięte z płócien Matejki, protagoniści zasiadają na nich w pozach jak z „Autoportretu” czy „Stańczyka”, a znajdujący się z tyłu sceny materac, z ogromną ilością kolorowych poduszek, wyznacza przestrzeń zamieszkałą przez frankistów. Trzecia część spektaklu rozgrywa się w Kościele i mimo, iż scenografia właściwie się nie zmienia, znika piasek, a pojawia się wielki okrągły żyrandol, Katarzynie Borkowskiej doskonale udało się oddać nastrój monumentalnej świątyni – przytłumione światło, rozchodzący się zapach kadzidła i rozbrzmiewające echem pieśni, przepięknie wykonywane przez Barbarę Derlak. Zachwycają kostiumy przywodzące na myśl skojarzenie z „Amadeuszem” Milosa Formana – eleganckie, ale z nutą nonszalancji, zdają się być inspirowane także malarskimi dziełami „Portretem młodej dziewczyny” Petrusa Christusa i „Safoną” Charlesa Auguste Mengina.

W pierwszej części spektaklu postacie narodowości Żydowskiej grane są za pomocą lalek, bardzo dużych, wielkości niemal dorosłego człowieka. Rysy ich twarzy są karykaturalne, a fryzury i ubiór zdają się bazować na stereotypowym wizerunku Żyda. Lalki animują aktorzy, którzy w dalszej części spektaklu sami wcielą się w te postaci. Mimo, iż lalki są interesujące wizualnie, wprowadzają powiew świeżości do inscenizacji Marciniak, są najsłabszym ogniwem spektaklu. Odniosłam wrażenie, że aktorzy nie do końca dobrze czują się grając lalkami, nie odnajdują się w tym sposobie ekspresji, jakby to nie był „ich” rodzaj teatru. Spektakl jest bardzo równo, dobrze zagrany, choć nie ma tu miejsca na wirtuozerskie popisy aktorskie, to uwagę widza udaje się zawłaszczyć Elizie Borkowskiej, wcielającej się w rolę Elżbiety Drużbackiej, która każdym gestem, ruchem, niezwykłą energią wypełnia całą przestrzeń sceny. Dla Eweliny Marciniak ważna jest cisza, pauzy i ruch – niezwykle sensualny, wysublimowany, momentami spowolniony. Spektakl jednak płynie wartko lecz delikatnie pochłaniając widza bez reszty, a muzyka (Barbara Derlak, Wojtek Urbański) inspirowana etnicznymi brzmieniami wciska widzów w fotele.

„Księgi Jakubowe” Eweliny Marciniak mówią o wydarzeniach ważnych, które w naszej historii zostały zatarte, a które uświadomić sobie powinniśmy. Są jak lustro, w którym możemy się przejrzeć, by poznać prawdę o sobie, bo tak naprawdę niewiele się przez ten czas zmieniliśmy, ciągle popełniamy te same błędy i nadal u podstaw społeczno-politycznych ruchów leży czynnik ideologiczny lub religijny. „Księgi Jakubowe” to spektakl doskonały, zakrojony ambitnie i szeroko, jeden z najciekawszych jakie miałam ostatnio przyjemność oglądać.

(plakat – źródło: Teatr Powszechny / www.powszechny.com)

Ocena:

Calineczka dla dorosłych


Życie nie jest bajką, a bajka nie jest życiem. Gdy w życiu odetniemy komuś rękę, to nie odrośnie jak kaktus, tylko tryśnie krew…

„Calineczka” nie jest bajką, która kończy się dobrze. W ogóle nie jest bajką. Jest opowieścią o życiu. A życie jak wiadomo, często nie jest „usłane różami”. Jest, jak kiedyś ktoś napisał, „długie, szare i do d…”. I takie jest właśnie życie Calineczki – córki uzależnionej od alkoholu, niewydolnej wychowawczo prostytutki. Zaniedbana przez matkę Calineczka staje się łatwym łupem dla niecnej Ropuchy, która uprowadza dziewczynkę. A potem? A potem jest źle… jak to w życiu bywa…

„Calineczka dla dorosłych” Teatru Montownia i Teatru Papahema, wbrew temu co mogłoby się wydawać, nie jest „spektaklem grozy”, lecz czarną komedią przywodzącą na myśl filmy Tima Burtona i „Nosferatu – symfonię grozy” Friedrich Wilhelm Murnau. Łączy teatr lalek z teatrem aktora, swoją formą wyróżniając się spośród spektakli, które zwykle możemy oglądać w teatrze. Doskonale animowana Lalka – Calineczka daje złudzenie żywej istoty. Ta mała dziewczynka, z wielkimi, przerażonymi, szklanymi od łez oczami wzbudza naszą sympatię, wręcz czułość, a widz łapie się na tym, że z zapartym tchem śledzi historię, którą przecież tak dobrze zna z dzieciństwa. „Calineczka” daje aktorom okazję do wirtuozerskich popisów techniki – przerysowanymi gestami, lekko przesadzoną mimiką, z nutką ironii i humoru tworzą osobliwą galerię postaci. Oczarowują publiczność, wywołują na twarzach widzów uśmiech, który nie znika przez cały spektakl, a postać Motylka (świetny Mateusz Trzmiel) bawi do łez.

Twórcy spektaklu nadają baśni Andersena nową interpretację doszukując się podtekstów i dwuznaczności. „Calineczka dla dorosłych” staje się opowieścią o samotności, wyuczonej uległości wobec najbardziej paskudnych osób, które oferują złudne poczucie bezpieczeństwa. Wprowadza widzów w świat pełen zła, czających się wokół zwyrodnialców, zaburzonych emocjonalnie potworów czyhających na „niewinność” bezbronnej dziewczynki. Polecamy!

fot. M. Żelazowska

Ocena:

Juliusz Cezar


Barbara Wysocka uwspółcześniła dramat Shakespeare’a, stworzyła spektakl w konwencji political fiction. Akcja dramatu rozgrywa się w „sejmowych ławach” – monumentalnej konstrukcji zbudowanej z teatralnych foteli, przypominającej kształtem piramidę, która obraca się wokół własnej osi. Na tylnej ścianie sceny wyświetlane są cytaty z Konstytucji RP. Bohaterami są politycy, ubrani w eleganckie garnitury, białe koszule i krawaty. Zasiadają w fotelach. Słuchamy ich przemówień, obserwujemy ich w kuluarach gdy niszczą dokumenty, knują i spiskują. Ich celem jest zdobycie władzy i są gotowi zrobić wszystko, by to osiągnąć. Zachowanie polityków momentami przywodzi na myśl sceny, które znamy z telewizyjnych serwisów informacyjnych, np. bójki i przepychanki mające miejsce w trakcie obrad parlamentów innych krajów.

Barbara Wysocka minimalnie zaingerowała w tekst – zrezygnowała z niektórych postaci, dodała kilka zdań, między innymi w przemówieniu Antoniusza uściśliła, że podana w drachmach suma wynosi między 400 a 600 zł. W swojej inscenizacji uwypukliła komiczne elementy tekstu Szekspira. Obnażyła także sztuczność teatralnej sytuacji wprowadzając na scenę pracowników technicznych, którzy w trakcie spektaklu zmieniają elementy scenografii. Aktorzy przebierają się na scenie, a zabójstwa przedstawione są umownie – pochlapani czerwoną farbą aktorzy po prostu kładą się. Widz ma wrażenie, że obserwuje nie tylko sam spektakl, ale też kulisy i sam proces jego powstawania. Mamy tu Michała Czachora, który zdenerwowany opuszcza scenę mówiąc Ja już tu nie gram, wychodzę! czy Barbarę Wysocką pytającą zabójców Cezara Panowie, co my teraz robimy? i reżyserującą niemy tłum przez podrzucanie mu kwestii w trakcie przemówień Brutusa i Antoniusza. Odnosi się wrażenie, że Wysocka tym zabiegiem chce odciąć ten niezwykle aktualny tekst Shakespeare’a od skojarzeń z obecną sytuacją polityczną, choć te skojarzenia same się nasuwają.

Anna Moskal, Barbara Wysocka, Arkadiusz Brykalski, Michał Czachor, Grzegorz Falkowski, Michał Jarmicki, Mateusz Łasowski grają bardzo równo, każda z postaci jest przemyślana i konsekwentnie prowadzona. Widać doskonałą współpracę aktorów.

„Juliusz Cezar” w reżyserii Barbary Wysockiej jest analizą mechanizmu władzy. Władzy, która jest obiektem pożądania, ale okazuje się destrukcyjną i demoralizującą siłą, gdy w praktyce zabraknie pomysłu na jej realizację.

(plakat – źródło: Teatr Powszechny / www.powszechny.com)

Ocena:

Zofia


Spektakl inspirowany jest biografiami matek Powstańców Warszawskich (m.in. Zofii Rodowiczowej, matki porucznika Jana Rodowicza pseudonim „Anoda”). Tytułową Zofię (Małgorzata Pieńkowska) odwiedza dziennikarka, by wysłuchać historii jej życia. Zofia jest samotna, mieszka w domu starców. Jej pierwszy syn – Zygmunt zginął podczas Powstania. Drugi – Jan był wielokrotnie ranny, aresztowany w 1948 roku. Zginął rzekomo śmiercią samobójczą – wyskoczył przez okno po brutalnym przesłuchaniu. Mąż umarł nagle. Jej najbliżsi odeszli w przeciągu 7 lat.

Przed oczami mamy kobietę cierpiącą, nie mogącą poradzić sobie ze śmiercią najbliższych, pogrążoną w depresji, która nie ma siły wstać z łóżka, odlicza minuty do końca kolejnego dnia. Momentami wydaje się szalona opowiadając jak zaczepia na ulicy obcych mężczyzn przypominających jej synów, czy pragnie skrzywdzić wszystkie kobiety, których dzieci żyją. Zofia na oczach widzów przeżywa kolejne stadia żałoby – szok, tęsknotę, następnie rozpacz, lecz akceptacja nie następuje nigdy… Kobieta snując opowieść niejako podsumowuje życie, pyta o jego sens (czy komuś jest potrzebna? czy komuś będzie przykro po jej śmierci? po co miała dzieci, skoro obaj synowie nie żyją?). „Zofia” z jednej strony jest przejmującym, niezwykle aktualnym, studium cierpienia po utracie bliskiej osoby. Z drugiej strony przerażającą opowieścią o kosztach, jakie my – Polacy musieliśmy ponieść, by odzyskać wolność.

Małgorzata Pieńkowska zachwyca w roli Zofii. Jej każde słowo, gest, mimika jest wyważone, naturalne, czasem wręcz minimalistyczne. Jednakże przekaz emocjonalny jest niezwykle silny (gdy Zofia czyści grób rodzinny – widzowie mają łzy w oczach). Publiczność podąża wzrokiem za każdym ruchem bohaterki, nie mogąc wprost oderwać od niej oczu, bojąc się poruszyć, odetchnąć, by nie stracić nawet ułamka spektaklu, nie zniszczyć panującej atmosfery. Jest tylko jeden minus, spektakl jest zdecydowanie za krótki, bowiem Małgorzatę Pieńkowska chciałoby się oglądać bez końca. :)

Polecamy :)

(plakat – źródło: Teatr Powszechny / www.powszechny.com

Ocena:

Nieznośnie długie objęcia


„Nieznośnie długie objęcia” Iwan Wyrypajew napisał na zamówienie Deutsches Theater w Berlinie. Jak sam mówił jedynym warunkiem był termin oddania tekstu. Premiera odbyła się w marcu, jednak autor nie był zadowolony z powstałego spektaklu, bowiem jego zdaniem aktorzy i reżyser zupełnie nie zrozumieli sztuki. W Teatrze Powszechnym Iwan Wyrypajew reżyseruje swój tekst tworząc dzieło niezwykłe.

„Nieznośnie długie objęcia” są opowieścią o współczesnym człowieku – przerażająco samotnym, nieszczęśliwym, pogrążonym w marazmie. Pragnącym za wszelką cenę odnaleźć cel, sens, odczuć swego rodzaju impuls, który doprowadzi do osiągnięcia łączności z „prawdziwym życiem”. Tym impulsem jest pewnego rodzaju nadprzyrodzona siła – wszechwiedząca, przekraczająca doświadczenia jednostki. Może jest to wszechświat? Absolut? A może zbiorowa podświadomość, o której pisał Karl Gustaw Jung? Bohaterowie stworzeni przez Wyrypajewa, niejako zdeterminowani przez impuls usiłują osiągnąć totalne szczęście, te metaforyczne „objęcia”, które są spotkaniem dwóch żyć we wszechświecie, obcowaniem w pełni z drugim człowiekiem. Alkohol, narkotyki, seks są jedynie środkiem zastępczym, przysłowiowym lizaniem lizaka przez szybę. Oglądając spektakl odnosi się wrażenie, że dążenia bohaterów skazane są z góry na porażkę. Są oni swego rodzaju marionetkami w rękach „wszechświata”, tej nadprzyrodzonej siły, która ich mami i kusi i stopniowo doprowadza do śmierci. Śmierć niesie ukojenie, pozwala przekroczyć własne ograniczenia, zatracić się w nieznośnie długich objęciach…

„Nieznośnie długie objęcia” oglądamy w intymnej atmosferze małej sceny Teatru Powszechnego. Aktorzy siedzą na krzesłach ustawionych na drewnianym podeście. Z prawej strony znajduje się błękitny neon w kształcie powyginanej linii. Spektakl jest reżyserskim majstersztykiem. Iwan Wyrypajew buduje atmosferę światłem, muzyką (Cazimir Liske) i słowem, któremu pozwala wybrzmieć. Aktorzy (Karolina Gruszka, Julia Wyszyńska, Maciej Buchwald i Dobromir Dymecki) wypowiadają kwestie na jednym wydechu. Nie nadają interpretacji wypowiadanym słowom, przekaz emocjonalny redukują do minimum. Pozwalają płynąć słowom swobodnie, bo to one pełnią w spektaklu dominującą funkcję. Tekst działa na widza niezwykle silnie. Jest jak mantra powtarzana podczas medytacji, pochłania bez reszty, hipnotyzuje. Wprowadza nas w inny wymiar, w świat metafizyczny.

(plakat – źródło: Teatr Powszechny / www.powszechny.com)

Ocena:

Gwałt. Głosy


Tyle razy mi mówiono: nie idź przez ten las, bo cię jeszcze zgwałcą i zapomną zabić…
(„Gwałt. Głosy”)

Spektakl „Gwałt. Głosy” inspirowany jest przerażającymi wynikami badań dotyczących przemocy seksualnej i sytuacji kobiet mających za sobą doświadczenie gwałtu, przeprowadzonych przez m. in. Fundację na rzecz Równości i Emancypacji STER i Stowarzyszenie na rzecz Kobiet VICTORIA. Wynika z nich, że 87% kobiet doświadczyło jakiejś formy molestowania seksualnego. 62% brało udział w aktywności seksualnej, której nie chciało. Co piąta kobieta w Polsce ma za sobą doświadczenie gwałtu, większość z nich została zgwałcona przez bliską sobie osobę (…) 95% kobiet nikomu nie mówi o swoich doświadczeniach, ani nie zgłasza sprawy na policję czy do prokuratury.*

Tekst powstał na bazie dramatu Sylwii Chutnik, wywiadów przeprowadzonych przez Fundację STER z kobietami, wobec których stosowana była przemoc seksualna oraz rozmów prowadzonych podczas prób z aktorkami występującymi w spektaklu. W „Gwałt. Głosy” występują trzy profesjonalne aktorki i kobiety, które były ofiarami przemocy lub pracowały z kobietami, które przemocy seksualnej doświadczyły.

Twórcy spektaklu sprzeciwiają się stereotypowemu założeniu, że kobieta jest winna przemocy seksualnej, gdyż prowokuje sprawcę strojem, mimiką, gestem. Krytykują niewydolność sądów, które często zbyt łagodnie traktują sprawców, a w oskarżeniach ofiar doszukują się chęci zemsty. Mówią o gwałcie, molestowaniu seksualnym w małżeństwie, rodzinie, najbliższym otoczeniu, który jest w naszym społeczeństwie tematem tabu. Poruszany jest temat braku siły na przeciwstawienie się agresorowi, przerażającym lęku, obawie przed społecznym napiętnowaniem i odrzuceniem. Spektakl „Gwałt. Głosy” jest krzykiem ofiar pozbawionych głosu, którym zakazano mówić o przemocy, a nakazano wstydzić się i przepraszać (niezwykle przejmująca scena modlitwy słowami moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina). Jest głosem ofiar, które pozostawiono samym sobie, bez wsparcia i pomocy psychologicznej.

Agnieszka Błońska wprowadza do spektaklu postać Czerwonego Kapturka, nawiązując do psychologicznej interpretacji baśni braci Grimm, w której czerwona czapeczka jest oznaką rodzącej się seksualności. Czerwony kapturek jest na scenie cały czas, jest swego rodzaju symbolem ofiar przemocy. Spektakl Agnieszki Błońskiej bardzo mocno działa na emocje widza. Przeraża scena przemocy przedstawiona w formie wykonywanej solowo choreografii. Wywołuje konsternację opowieść dziewczyny molestowanej seksualnie, która z boku sceny, siedzi na krześle, odwrócona do widza plecami, spięta i zgarbiona. Ciekawym pomysłem jest to, że wybrane kwestie aktorki powtarzają wielokrotnie, stopniowo zwiększając nasilenie głosu, co przywodzi na myśl skojarzenie z natrętnymi myślami, od których nie sposób się uwolnić. Uwagę przyciągają niezwykle wymowne spojrzenia aktorek pełne wyrzutu, cierpienia, łez, ale emanujące też niezwykłą siłą. Spektakl kończy ciężki rockowy utwór śpiewany growlem, bowiem tylko przez muzykę kojarząca się z agresją i brutalnością można wyrazić rozpacz, ból – krzyk ofiar.

„Gwałt. Głosy” wywołuje ogromne emocje, wbija w fotel, sprawia, że mamy ciarki na plecach i łzy w oczach, ale bije z niego ogromna siła, siła kobiet, które nie boją się mówić o przemocy. „Gwałt. Głosy” to bardzo ważny i potrzebny spektakl, bowiem może stać się bodźcem do podjęcia decyzji o przeciwstawieniu się agresorowi. Może pomóc kobietom w uświadomieniu sobie, że są ofiarami przemocy, bowiem działające mechanizmy obronne: racjonalizowanie, bagatelizowanie, zaburzają ocenę sytuacji i sprawiają, że nie dostrzegamy problemu.

*materiały promocyjne spektaklu
fot. M. Żelazowska

Ocena:

Krzyczcie, Chiny!


„Krzyczcie, Chiny!” Siergieja Tretiakowa kojarzą się ze słynną inscenizacją Leona Schillera w Teatrze Lwowskim z 1932 roku. Spektakl spotkał się z radykalną krytyką. Schillera oskarżono o antypolskie poglądy i na krótko aresztowano. „Krzyczcie, Chiny!” zeszły z afisza po kilku pokazach. Schiller powtórzył inscenizację jeszcze w innych teatrach (m.in. w 1933 roku w Teatrze Ateneum). Spektakl był krytykowany przez prasę, a w widzach wzbudzał ogromne emocje, bowiem utożsamiali się oni z ciemiężonymi Chińczykami. Czytając „Krzyczcie, Chiny!” zastanawiałam się, czy ten tekst może być równie ważny dla współczesnego widza? Sebastian Majewski i Paweł Łysak zaingerowali w tekst, trochę powycinali, trochę podopisywali (ciekawe teksty piosenek) i „Krzyczcie, Chiny!” okazały się niezwykle aktualnym dramatem.

Fabuła jest dość prosta. Mamy tu jasny podział na dwie klasy: „białych”- panów i „żółtych”- ciemiężonych niewolników. Brytyjscy eksploatatorzy traktują Chińczyków przedmiotowo, wykorzystują do pracy ponad siły za niewielkie wynagrodzenie, znęcają się nad nimi psychicznie i fizycznie (przerażająca scena topienia Chinki). Zmuszają do prostytucji, handlu dziećmi, narzucają własną wiarę (przejmująca scena, w której chiński boy musi przepraszać słowami modlitwy „Ojcze nasz”). Gdy w porcie, w wypadku, ginie biały człowiek, a winowajca ucieka, chińscy przewoźnicy zmuszeni zostają do wzięcia odpowiedzialności. Muszą wskazać dwóch ochotników, którzy poniosą karę. Jeśli tego nie zrobią, miasto zostanie zniszczone. Niezwykle wstrząsające jest zakończenie spektaklu – powieszony zostaje chiński przewoźnik. Widzowie obserwują kołyszące się nogi, z których ściekają krople wody. Przewoźnik przepowiada nadejście czasów, w których Chińczyk i Arab będą mordować „białego”. Spektakl można interpretować dwojako. Z jednej strony jest komentarzem do obecnej sytuacji geopolitycznej. Z drugiej strony jest opowieścią o człowieku zdominowanym, godzącym się na upokorzenia i cierpienia z powodu zależności finansowej. Twórcy spektaklu pytaniem „Czy piłeś szampana?” (padającym z ust powieszonego Chińczyka) uświadamiają widzom, że wyrażenie sprzeciwu, nawet w drobnych sprawach, z czasem może zmienić świat.

Uwagę przykuwa scenografia Barbary Hanickiej, podzielona na dwie strefy. Pierwsza – to strefa Chińczyków skoncentrowana wokół „basenu” – brzegu morza. Druga, do której wstęp mają tylko „biali” – znajduje się z tylu sceny, na podwyższeniu. Świetna jest muzyka, którą aktorzy stworzyli w trakcie prób i wykonują na żywo podczas spektaklu (Karolina Adamczyk, Eliza Borkowska, Jacek Beler, Michał Jarmicki). Spektakl jest bardzo dobry aktorsko, ale absolutną gwiazdą jest Karolina Adamczyk, która nawet podczas przebierania się na scenie nie wychodzi z roli. Jest niezwykle wyrazista, przekazuje widzom ogromny ładunek emocjonalny mimo, iż jej gra jest bardzo oszczędna w środkach.

„Krzyczcie, Chiny!” w reżyserii Pawła Łysaka to niezwykle wstrząsający spektakl, który na długo pozostaje w myślach…

(plakat – źródło: Teatr Powszechny / www.powszechny.com)

Ocena:

„Wietnam/Warszawa” + „Minimum”


„Wietnam/Warszawa” i „Minimum” powstały w ramach cyklu „Praga. Między utopią a rozczarowaniem”, którego celem było stworzenie spektakli o współczesnej warszawskiej Pradze.

„Wietnam/Warszawa” w reżyserii Aleksandry Jakubczak jest opowieścią o społeczności wietnamskiej w Polsce. Życie imigrantów, kilka lat temu, toczyło się głównie na targowisku „Jarmark Europa”, czyli na warszawskiej Pradze. Po wybudowaniu Stadionu Narodowego Wietnamczycy rozproszyli się po bazarach, halach targowych znajdujących się w całym mieście, a także na jego obrzeżasz. W Polsce kartę stałego pobytu ma około 40 tysięcy Wietnamczyków. W Warszawie mieszkają i pracują od wielu lat. Tu na świat przychodzą ich dzieci, które mają polskie obywatelstwo. Uczą się w polskich szkołach, studiują na polskich wyższych uczelniach, płynnie mówią po polsku. Twórcy spektaklu próbują odpowiedzieć na pytanie – czy przez te lata przywykliśmy do obecności „innych”, „obcych”? Czy nauczyliśmy się tolerancji? Krzysztof Szekalski tekst spektaklu buduje wokół stereotypów, przez pryzmat których postrzegamy Wietnamczyków. Jednocześnie chce uświadomić widzom ich braki w podstawowej wiedzy dotyczącej Wietnamu. Zestawia to z wypowiedziami aktorek wietnamskiego pochodzenia (Lan Pham i Thuc Anh Magdalena Ho) dotyczącymi różnic międzykulturowych oraz trudności, z jakimi (mimo, iż urodziły się w Polce), muszą się na co dzień mierzyć. Świetna jest ostatnia scena spektaklu, w której zjawiskowa wietnamska drag queen (Kim Lee) wykonuje „Sen o Warszawie” Czesława Niemena. Spektakl ogląda się dobrze. Świetny jest Michał Czachor (zwłaszcza w scenie, w której opowiada o swoich doświadczeniach w kontaktach z Wietnamczykami). Nie podobało mi się to, że spektakl jest przeładowany dydaktyzmem.

Spektakl „Minimum” jest efektem eksperymentu, jaki przeprowadzili Michał Salwiński i Tomasz Szeląg z mieszkańcami osiedla na Pradze, których namówili do ograniczenia posiadanych w domu przedmiotów do minimum. Pierwszą częścią spektaklu jest film, w którym w role badaczy wcielają się Tomasz Chrapusta i Eliza Borkowska. Wkraczają do mieszkania ochotniczki, podają instrukcje, zadają pytania i bacznie obserwują czy kobieta zostawia w mieszkaniu tylko te przedmioty, które są jej niezbędne. Doświadczenie trwa kilka dni. Ochotniczka za każdym razem pozbywa się kolejnych rzeczy, uzasadniając swoje decyzje, by wreszcie dojść do wymaganego minimum. Druga część spektaklu odgrywana jest na scenie, na którą przeniesiono wyselekcjonowane podczas eksperymentu przedmioty. Aktorzy porządkują je, grupują, przestawiają. Chcą, by przestrzeń była jak najbardziej funkcjonalna i dostosowana do ich potrzeb. Interpretują swoje działania, momentami wyrzucając z siebie emocje, przywołują własne doświadczenia. „Minimum” jest spektaklem o potrzebie posiadania, która determinuje życie współczesnego człowieka. Na ile współczesny człowiek może ograniczyć konsumpcję? Czy takie ograniczenie jest mu w ogóle potrzebne? Z tymi pytaniami pozostawiają widza twórcy spektaklu. Świetne :)

(plakat – źródło: Teatr Powszechny / www.powszechny.com)

Ocena:

Lilla Weneda


(fot. Krzysztof Bieliński)

„Lilla Weneda” pozwala nam mówić o tym, dlaczego jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, dlaczego nie uśmiechamy się do siebie na ulicy i nie potrafimy ze sobą rozmawiać, dlaczego w Polsce jest tak strasznie
(Michał Zadara – wypowiedź z próby medialnej „Lilly Wenedy” w Teatrze Powszechnym)

Lud Lechitów najeżdża na lud Wenedów. Wenedzi ponoszą klęskę, król Derwida i jego dwaj synowie zostają wzięci do niewoli. Roza Weneda przepowiedziała klęskę, jej przyczyn dopatrując się klątwie. Wierzy, że zły los może odwrócić królewska harfa, znajdująca się w rękach Lechitów. Lilla Weneda postanawia uwolnić ojca i braci.

Juliusz Słowacki napisał „Lillę Wenedę” w 1839 roku, po upadku powstania listopadowego. Nawiązuje w niej do popularnej wówczas teorii podboju wyjaśniającej strukturę i dwoistość natury narodu polskiego. „Lilla Weneda” jest więc swego rodzaju opowieścią o prapoczątkach narodu polskiego. Zdaniem reżysera, Michała Zadary, Słowacki widzi Polaków jako naród sprawców, oprawców oraz ofiar równocześnie. Umieszcza u prapoczątków Polski doświadczenie masakry, doświadczenie wojny. Dzisiejszych Polaków ukształtowała II wojna światowa i dlatego Michał Zadara przeniósł dramat do czasów okupacji i stalinizmu.

Kluczowymi postaciami w „Lilli Wenedzie” są kobiety – bardzo sile kobiety. Gwinona (świetna Paulina Holtz) jest niezwykle twardą, dominującą, bezkompromisową władczynią. Rządzi państwem, męża trzyma „pod pantoflem”, podburza do walki, podbojów, podżega do zabójstwa bezbronnego jeńca. Przeraża w scenie zmuszania syna do torturowania Derwida. Nie ulega prośbom Lilli o uwolnienie ojca, stawia dziewczynie kolejne zadania. Wpada w rozpacz, gdy syn dostaje się do niewoli. W tym momencie traci buty, co jest symbolem strącenia z piedestału, zachodzącej w niej zmiany. Zaczyna pokazywać bardziej ludzkie oblicze, łagodnieje, chce negocjować z Lillą. Lecz to tylko chwilowa zmiana, gdy dowiaduje się o śmierci syna – morduje Lillę. Lilla Weneda (Barbara Wysocka) jest gotowa poświęcić życie by uratować ojca, bowiem rodzina stanowi dla niej największą wartość. Odważna i bezczelna, robi wszystko, by osiągnąć swój cel. Wieszczka, Roza Weneda (Karolina Adamczyk) jest wyciszona, skoncentrowana na wróżbach i przepowiedniach. Przebywa w otoczeniu trupów- zabiera im nieśmiertelniki, grzebie je. Odnosi się wrażenie, że trupy dają jej siłę, moc. Bierna – przekonana, że jedynie moc harfy królewskiej może odmienić los Wenedów. Jej postawa zmienia się, gdy zabija syna Gwinony. Znakomity jest Bartosz Porczyk w roli Ślaza, jedynej komediowej postaci w dramacie. Ślaz nie jest ani Lechitą, ani Wenedem, jest po prostu „stąd”. Układa się z jednymi i drugimi, kłamie, kręci, kombinuje (zabija Salmona i przebiera się w jego zbroję, przekazuje Wenedom fałszywa informację o śmierci króla) by uzyskać dla siebie jak najwięcej korzyści. Na zaistniałym konflikcie chce się wzbogacić, nieświadomie wpływa na bieg historii. Bartosz Porczyk przerysowuje postać Ślaza – wyolbrzymia jego gesty, mimikę, co przywodzi na myśl skojarzenie z estetyką niemych filmów. Ślaz ma paskudny charakter, ale mimo to tę postać się lubi. Fenomenalny jest Edward Linde – Lubaszenko w roli Derwida. Silny, nieugięty, wojowniczy – gdy trafia do niewoli, po wykłuciu oczu – bezradny, zagubiony, słaby, zdany na pomoc i opiekę innych.

Spektakl zrealizowany jest w konwencji thrillera politycznego, jest niezwykle mroczny, brutalny. Nastrój niepokoju buduje współczesna muzyka poważna (między innymi Krzysztofa Pendereckiego). Scenografia, autorstwa Roberta Rumasa, przypomina pole po bitwie. Środek sceny pokryty jest błotem, w którym znajdują się fragmenty ludzkiego ciała. Błoto otacza podest. Po prawej stronie znajduje się ”pokój przesłuchań”. Lud Lechitów, sprawujący władzę, porusza się głównie po podeście, Wenedzi – w błocie. Kostiumy (Arek Ślesiński) inspirowane są mundurami wojskowymi AK – Lechici oraz ubraniami uczestników Powstania Warszawskiego – Wenedzi.

Trzeba zobaczyć!

Ocena:

Fantazy


(fot. Krzysztof Bieliński)

„Fantazy” daje nam wgląd w stan ducha prowincjonalnej polskiej arystokracji z połowy XIX wieku. Arystokracji, która straciła swój sens bycia, która jest rozbita poprzez zabory, zesłanie na Syberię, długi, złe gospodarowanie, narkomanię, oderwanie od rzeczywistości – a która równocześnie stara się pielęgnować dawny styl, iść przez życie z podniesioną głową. Ta historia opowiada koniec pewnego świata, pewnej formacji kulturowej i ekonomicznej w Polsce, która była nośnikiem kultury i tradycji, a która po prostu do naszych czasów nie dotrwała. Zawaliła się pod ciężarem własnym, ciężarem zaborów, ciężarem kapitalizmu i naporem kolejnych wojen w Polsce.

(ZMIERZCH PODOLSKICH BOGÓW Rozmowa z Michałem Zadarą o „Fantazym”, Słowackim, Klasyce Polskiej i tożsamości. http://powszechny.com/zmierzch-podolskich-bogow.html)

Akcja dramatu Juliusza Słowackiego rozgrywa się na początku lat czterdziestych XIX wieku, po powstaniu listopadowym. Respektowie, właściciele podupadającego majątku ziemskiego, postanawiają wydać córkę za mąż, by spłacić długi. Odpowiednim kandydatem do ręki Diany okazuje się przybywający w gościnę majętny poeta, kosmopolita – hrabia Fantazy. Diana kocha Jana – zesłańca sybirskiego, ale jest gotowa poświęcić się dla chłopów z majątku rodziców i wyjść za Fantazego. Tuż za Fantazym, po kryjomu, zjawia się w dworku jego francuska kochanka – Idalia, by zniweczyć małżeńskie plany.

„Fantazy” jest niezwykle ironicznym utworem. Wyśmiewa mit romantycznej miłości, uwydatnia wady, upadek moralny współczesnego Słowackiemu społeczeństwa. Ukazuje niszczącą siłę pieniądza, która jednych zmusza do walki o byt, innym daje możliwość realizacji egoistycznych, krzywdzących innych działań.

Michał Zadara w „Fantazym” bawi się konwencją klasycznego spektaklu w kostiumie. Już sama monumentalna scenografia autorstwa Roberta Rumasa, dwór z ogrodem, w którym stoją naturalnych rozmiarów drzewa, balansuje na granicy kiczu. Zadara przerysowuje postacie, ich mimika jest niemal karykaturalna, gesty przesadne, potęgujące sens wypowiadanych słów. Stosuje gagi (np. spadanie z krzesła, sikanie na ognisko), dosłownie traktuje niektóre sceny (grzebanie psa). Odnosi się wrażenie, że czerpie z estetyki sitcomu, serialu telewizyjnego, melodramatu. „Fantazy” z komedii stopniowo zmienia się w dramat, ostatecznie przełamując ironię w scenie śmierci Majora.

Spektakl jest bardzo dobrze zagrany. Znakomita jest Paulina Holtz w roli Hrabiny, która gotowa jest przehandlować własne dziecko, szantażuje emocjonalnie Dafnickiego obserwując jego reakcje. Bawi Barbara Wysocka w roli łatwo ulegającej egzaltacji Idalii. Zachwyca Michał Sitarski w roli skłonnego do przesady w wyrażaniu myśli i uczuć, zadufanego w sobie, egocentrycznego Fantazego. Gardzi Respektami, brzydzi się ich interesownością, nie dostrzegając własnej hipokryzji. Wewnętrznie rozdarty – między rosnącym zainteresowaniem gardzącą nim Dianą, a miłością do Idalii, która nigdy nie minęła. Świetna Karolina Bacia w roli Diany, zwłaszcza w scenie wyznania Fantazemu, że nie darzy go uczuciem.

Bardzo ciekawa oprawa muzyczna spektaklu wykorzystująca motywy z melodramatów, filmów grozy czy muzyki klasycznej (Chopin). Znakomite oświetlenie, tworzące niemal z każdej sceny piękny, barwny obraz. Urzekają cienie liści odbijające się na ścianach dworku, oświetlenie krypty cmentarza.

„Fantazy” to bardzo dobrze zrobiony spektakl, może podobać się zarówno zwolennikom ambitnych produkcji, jak również fanom lżejszych form teatralnych.

Ocena:

Starsze wpisy