Subiektywnie o teatrze

warszawski blog teatralny

Kategoria: Teatr 6.piętro

Miłość w Saybrook


„Miłość w Saybrook” jest częścią tryptyku (z „Zagraj to jeszcze raz Sam” i „Central Park West”) zrealizowanego na podstawie tekstów Woody’ego Allena przez Eugeniusza Korina. Ten pełen błyskotliwego humoru spektakl jest niezwykle ciekawą mieszaniną stylów: od komedii romantycznej, musicalu, groteski, po kryminał, w którym prawda, miesza się z fikcją. Głównym bohaterem jest Max (Andrzej Poniedzielski)– pisarz w kryzysie twórczym. Obserwujemy jak zmaga się z pochłaniającą go niemocą, kryzysem uniemożliwiający napisanie dalszej części sztuki, a właściwie nawet jednego zdania… Zapisuje kolejne kartki, lecz wciąż nie jest zadowolony z efektu… Nagle w domu zaczynają pojawiać się kolejne osoby… jego mieszkańcy? Goście?… które swoją intensywną obecnością zdają się uniemożliwiać dalszą pracę artysty. Zmęczony zgiełkiem pisarz opuszcza salon, a my pozostajemy w towarzystwie dwóch przeuroczych małżeństw Sheili (Sonia Bohosiewicz) i Normana (Marcin Perchuć) oraz Davida (Wiktor Zborowski) i Jenny (Joanna Liszowska), które spotkały się by uczcić siódmą rocznicę ślubu Shelli i Normana. Rodzinną uroczystość przerywa wizyta Hala (Szymon Bobrowski) i Sandy (Barbara Kurdej-Szatan) dawnych mieszkańców tegoż domu, pragnących odwiedzić „stare kąty”, by przywołać związane z nimi wspomnienia. W trakcie grzecznościowej pogawędki Norman wspomina o tajemniczej skrytce znajdującej się w domu, o której istnieniu, jak się okazuje, wiedzą nie wszyscy mieszkańcy… a jej otwarcie ujawni głęboko skrywany sekret… miły wieczór zmieni się w koszmarną awanturę… a protagoniści, okażą się być postaciami sztuki pisanej właśnie przez Maxa i co ciekawe doskonale zdają sobie z tego sprawę…

Akcja „Miłości w Saybrook” rozgrywa się w eleganckim domu na obrzeżach urokliwego malutkiego miasteczka Old Saybrook, które przywodzi na myśl skojarzenie z miasteczkiem wykreowanym w filmie Tima Burtona „Edward Nożycoręki” – cukierkowym i kiczowatym. Naszą uwagę zwracają intensywne kolory scenografii (Maciej Chojnacki) turkusowe ściany, żółty dywan, czerwone obicia mebli, musztardowa zasłona i wybijająca się biel obłożonego cegłą kominka. Na niemal całej długości sceny jest okno, gdy zostaje odsłonięte, widzimy przez nie rajski krajobraz, z którego słynie Old Saybrook. Tłem widoku zza okna jest fototapeta przedstawiająca jezioro otoczone lasem, a jego brzeg został na scenie zbudowany. Mamy tu trawnik obrośnięty rozmaitymi roślinami i drzewami, których gałęzie wprawia w ruch delikatny wietrzyk, drewniana ławeczka zachęca, by na niej usiąść i podziwiać widoki… i tylko jelenia brak w tej uroczej okolicy… chociaż jest designerski karmnik dla ptaków i kaczki w materiale video…

Warstwa muzyczna spektaklu (Tomasz Szymuś) ograniczona jest do fragmentów popularnych utworów o tematyce miłosnej między innymi „All you need is love” The Beatles, „All by myself” Celine Dion, które śpiewane przez Joannę Liszowską pełnią rolę ironicznego komentarza do sytuacji scenicznej. Charakter bohaterów podkreślają kostiumy: sensualna Jenny ubrana jest w seksowną sukienkę, nieśmiała Sandy w powyciągane spodnie i skromny sweterek, miłośnik golfa David w koszulkę polo, a ekscentryczny ortodonta Norman w modne kolorowe spodnie i marynarkę. Postacie są mocno przerysowane, zdają się być niemal żywcem wyciągnięte z sitcomów. Odniosłam wrażenie, że aktorzy nie do końca odnajdują się w tej konwencji, jakby ten specyficzny rodzaj ekspresji nie był ich, jakby nie w pełni czuli swoje role… Wyjątkiem jest Szymon Bobrowski, który gestem, ruchem, energią wypełnia przestrzeń sceny i koncentruje na sobie uwagę widza. Ciekawym pomysłem jest powierzenie roli Maxa – Andrzejowi Poniedzielskiemu. Roli, w której, gdyby Woody Allen swój tekst reżyserował, zapewne obsadziłby siebie. Andrzej Poniedzielski gra, jakby w ogóle nie grał, trochę przypadkowo, tak jakoś „od niechcenia”, ale dzięki temu zabiegowi udaje mu się osiągnąć to, co nieodłącznie kojarzy nam się z rolami Woody’ego Allena – przekonujący obraz „miejskiego, nieśmiałego, neurotyka”.

„Miłości w Saybrook” jest opowieścią o zdradzie i przebaczeniu, o tym jak trudna potrafi być miłość, że może być cierpieniem, ale tylko ona daje nam szczęście… tylko dla niej warto żyć… Jest także pytaniem o rolę teatru we współczesnym świecie, bo czyż teatr nie jest zwierciadłem życia? …a może to życie jest teatrem inspirującym twórców? Plusem spektaklu jest niewątpliwie doskonały tekst Woody’ego Allena, lecz wyestetyzowana, balansująca na granicy kiczu forma, nie do końca mnie przekonuje…

(plakat – źródło: https://teatr6pietro.pl/)

Ocena:

Wujaszek Wania


I gdy się zrobi bilans jego życia, nie pozostanie z niego nic, ani jednej wartościowej kartki; jest zupełnie nieznany, jest niczym, bańką mydlaną!
(Antoni Czechow „Wujaszek Wania”)

Profesor Sieriebriakow, ze swoją młodą i piękną żoną Heleną, przejeżdża do majątku ziemskiego, odziedziczonego po pierwszej żonie, by zamieszkać tam na jakiś czas. Majątkiem od wielu lat zajmują się Iwan Wojnicki, brat zmarłej żony profesora i jego siostrzenica Sonia. Swoją ciężka pracą zarabiają na utrzymanie profesora i jego małżonki. Iwan skrycie zakochany jest w Helenie, lecz jest to miłość niemożliwa. O względy Heleny zabiega też Astrow – przyjaciel rodziny…

„Wujaszek Wania” Antoniego Czechowa jest opowieścią o rozczarowaniu, którego doświadczają wszyscy bohaterowie. Iwan Wojnicki poświęcił swoją młodość i marzenia przez lata pracując w majątku na rzecz wielkiego profesora, by ten mógł zajmować się pracą twórczą. Powoli zaczyna docierać do niego, że przekonany o swojej wielkości profesor wykorzystuje bliskich, żyjąc na ich koszt i bez skrupułów proponując sprzedaż rodzinnego majątku. Rozczarowana jest Helena, która zdecydowała się na małżeństwo z dużo starszym od siebie Sieriebriakowem, którego nie kochała, ale jej imponował. Rozczarowana jest Sonia, straciwszy nadzieję na związek z doktorem Astrowem i sam Astrow, bowiem nie ma szans na romans z Heleną. Bohaterowie spektaklu zadają sobie pytania o to kto jest odpowiedzialny za ich zmarnowane życie, niewykorzystane szansy. W ich życiu wszystko ulega dewaluacji – praca, poświęcenie, miłość, relacje międzyludzkie.

W „Wujaszku Wani” uwagę przykuwa scenografia (Anita Bojarska) przedstawiająca wnętrze domu. Na czterech ściankach, umieszczonych z tyłu sceny, wyświetlane są obrazy (między innymi spływające po szybie krople deszczu, padający śnieg), co tworzy niezwykle ciekawy efekt wizualny. Ponad to przestrzeń sceny podzielona jest czterema ażurowymi, ruchomymi konstrukcjami z wbudowanymi szafkami/skrzyniami pełniącymi również rolę siedzisk, którymi poruszają bohaterowie, wchodzą na nie, siadają. W spektaklu zachwyca oświetlenie uwydatniające piękno scenografii i niezwykle efektownych kostiumów „z epoki”. Świetna jest muzyka (Piotr Salaber) budująca nastrój niepewności, niepokoju momentami wywołująca ciarki na plecach. Klimat spektaklu podkreśla unoszący się nad podłogą dym, snujący się jak mgła. We mgle poruszają się bohaterowie – apatyczni, melancholiczni, spowolnieni, jakby zniechęceni, zobojętniali, co świetnie oddaje nastrój dramatu Czechowa.

Zachwyca Wojciech Malajkat w roli Iwana Wojnickiego. Postać jest doskonale zagrana, każdy gest, ruch, grymas na twarzy są przemyślane, dopracowane w najmniejszym szczególe, a przy tym niezwykle naturalne (np. gdy Wania jest zdenerwowany – spina ramiona, garbi plecy, porusza się szybciej), niemal współodczuwamy emocje postaci. Słabiej wypada Michał Żebrowski, który momentami przerysowuje swoją postać. Astrow staje się wręcz karykaturalny co sprawia, że emocje bohatera odbierane są przez widza jako śmieszne, nieprawdziwe. Anna Dereszowska wewnętrzne napięcie Heleny wyraża silnie spinając ręce i nerwowo poruszając palcami (jakby grała na pianinie), demonstracyjnie chwytając się za głowę. Odniosłam wrażenie, że te gesty są dla aktorki nienaturalne, są jakby wymuszone. Natomiast w scenie pojednania się z pasierbicą Anna Dereszowska wchodzi w postać całą sobą, zaczyna grać swobodnie, naturalnie i przekonująco.

Oglądając „Wujaszka Wanię” odniosłam wrażenie, że czasami reżyserowi (Andrzej Bubień) brakowało pomysłów. Gdy nie do końca wiedział co zrobić z postacią, ustawiał ją na ażurowym elemencie scenografii, by „wieszała się” na niej, jak na szkolnych drabinkach, wyginając przy tym ciało lub kręciła ruchomym elementem scenografii (scena rozmowy Astrowa i Heleny). Momentami spektakl się dłużył i nużył widza, jednak nie oglądało się go źle. W „Wujaszku Wani” urzekła mnie ostatnia scena pierwszej części spektaklu – przedziwny układ choreograficzny (Olga Wąchała), który siedząc na krzesłach wykonują Helena i Sonia, obrazujący totalne zniechęcenie, marazm, w którym pogrążeni są bohaterowie Czechowa.

„Wujaszek Wania” nie porywa, ale może zaciekawić wielbicieli klasyki w kostiumie, gdyż zachwyca wizualnie – przepięknymi kostiumami, scenografią i światłem.

(plakat – źródło: https://teatr6pietro.pl/)

Ocena: