Subiektywnie o teatrze

warszawski blog teatralny

Kategoria: Recenzje wg teatrów (strona 2 z 19)

Gabinet


Natalia Fijewska – Zdanowska, reżyserka i dramatopisarka, specjalistka od teatru „blisko życia”, poruszającego ważne społecznie tematy, tym razem poddaje analizie współczesne macierzyństwo. Spektakl wystawiany jest na niewielkiej scenie Stołecznego Centrum Edukacji Kulturalnej, która daje możliwość bliskiego obcowania z aktorem, co jest wspaniałą nagrodą za wysiłek jaki trzeba włożyć wdrapując się na trzecie piętro, by zająć miejsce na widowni. Scena jest tu zwykle odsłonięta, więc zanim spektakl się rozpocznie widzowie mają możliwość przyjrzenia się scenografii. Uwagę w „Gabinecie” zwraca organizacja przestrzeni, przywodząca na myśl skojarzenie z „Dogville” Larsa von Triera – prowizoryczna i umowna. Gabinet lekarski, w którym rozgrywa się akcja spektaklu, z powierzchni sceny wydziela przyklejona do podłogi biała taśma, włączając w sceniczny obszar drzwi wychodzące na foyer. Okno, które uchylają i zamykają bohaterowie, by wywietrzyć zapach dymu papierosowego, umieszczone jest natomiast na metalowym stelażu, a aby nadać pomieszczeniu charakter gabinetu lekarskiego wyposażono go w to, co z tym specyficznym miejscem się kojarzy: leżankę, parawan i biurko. Przy biurku siedzi lekarz (Rafał Kosecki), ubrany w biały fartuch, niespokojnie zerka na zegarek, jakby na kogoś czekał, albo odliczał minuty pozostałe do końca dyżuru. Po chwili wstaje, zdejmuje fartuch i zaczyna pakować znajdujące się na biurku przedmioty – horyzontalnie ułożone i posegregowane pod względem wielkości kalendarze i długopisy. Czynność tą wykonuje z ogromną dokładnością, niemal schematycznie, biorąc każdy z nich, w odpowiedniej kolejności i umieszczając w wyznaczonym miejscu w teczce. Widać, że jest ogromnym miłośnikiem porządku, a każdą czynność dokładnie rozplanowuje w czasie. W jego uporządkowany świat nagle, z impetem wkracza spóźniona pacjentka (Paulina Holtz), stanowczo prosząc by badanie się odbyło i zaczyna opowiadać o swoim problemie zdrowotnym. Zaskoczony zachowaniem kobiety i co gorsza, już spóźniony na autobus lekarz, próbuje odmówić, lecz kobieta jest nieustępliwa. Wywiązuje się kłótnia. Zdenerwowana pacjentka chce wyjść z gabinetu, lecz okazuje się to niemożliwe. Recepcjonistka, myśląc, że wszyscy opuścili przychodnię, zamknęła drzwi i wyszła do domu. Telefony nie działają, więc lekarz i pacjentka uwięzieni w gabinecie, muszą czekać na powrót Pani Jadzi do rana. Sytuacja, w której się znaleźli niejako zmusza do nawiązania kontaktu z drugą osobą, chociażby w formie grzecznościowej pogawędki, bo cóż innego może robić dwoje obcych sobie ludzi przez całą noc? Rozmowa początkowo sprowadzona do luźnej wymiany myśli, obaw, lęków związanych z nieobecnością w domu, stopniowo staje się coraz bardziej intymna, tak jakby noc sprzyjała zwierzeniom. Bohaterowie opowiadają o sobie i swoim życiu, decydują się na osobiste wyznania wrzucając z siebie strumień swobodnie płynących myśli, nazywają przeżywane stany emocjonalne, a to umożliwia im głębsze wejrzenie w siebie, przeanalizowanie dotychczasowego życia, a co za tym idzie wyciągnięcie wniosków. Gdy rano wyjdą z gabinetu, nie będą już tymi samymi ludźmi…

„Gabinet” jest opowieścią o współczesnej, młodej matce. Kobiecie próbującej odnaleźć się w nowej dla niej i trudnej sytuacji, bowiem wymagającej pogodzenia różnych ról: niańki, gospodyni domowej, kochanki i kobiety sukcesu. Chociaż jest to możliwe, to na pewno nie jest łatwe, natłok obowiązków sprawia, że zaczyna brakować czasu na odpoczynek, na pasję, na hobby, czasu dla męża, dla siebie, na to, by po prostu pobyć samemu ze sobą, z własnymi myślami. Jaki wpływ ma permanentne życie w biegu, zmęczenie, brak snu na kondycję psychofizyczną kobiety? Co stałoby się gdyby dać młodej matce, tę odrobinę wytchnienia? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć Natalia Fijewska-Zdanowska z jednej strony niejako zmuszając swoją bohaterkę do oderwania się na kilka godzin od codziennych spraw i obowiązków i obserwując jej reakcje, z drugiej strony w licznych scenach wracając do dawnych wydarzeń, by pokazać postać holistycznie, ale też z wyczuwalną w tekście sympatią. Nie da się ukryć, że Fijewska-Zdanowska swoich bohaterów lubi, choć wyolbrzymia ich negatywne cechy: nadpobudliwość, nerwowość, prostolinijność kobiety, introwertyzm i egocentryzm mężczyzny to pokazuje też pozytywy – otwartość na drugiego człowieka, empatię. Tworzy w ten sposób postacie z krwi i kości, zwyczajne, takie, w których cząstkę siebie może odnaleźć każdy z nas. Aktorzy doskonale czują się w swoich rolach. Zachwyca Paulina Holtz w roli zestresowanej młodej matki. Jest niezwykle naturalna, kobieca gdy miota się po scenie, zdenerwowana szuka telefonu wyrzucając wszystkie rzeczy z torebki, ale rozluźnia się gdy zapala papierosa, gdy mówi o dzieciach to z czułością w głosie, z uśmiechem, choć na twarzy dostrzec można cień zmęczenia. Lekarz w wykonaniu Rafała Koseckiego jest „Mistrzem Zen”, emanuje spokojem, budzi podziw gdy z kamienną twarzą obserwuje emocjonalne rozedrganie pacjentki, nie ulegając jej nastrojom. Słucha, ale nie daje rad, nie komentuje, choć czasem zdarza mu się coś „chlapnąć”, rzucić złośliwostkę, która wywołuje uśmiech na twarzach widzów. Natalia Fijewska-Zadanowska tworzy spektakl niezwykle subtelny, ale niepozbawiony humoru, w którym przeszłość przeplata się z teraźniejszością, ale nie daje to poczucia chaosu, spektakl płynie gładko, intryguje i wciąga widza w meandry ludzkich relacji, przeżyć, doświadczeń, gwarantując udany wieczór w teatrze.

(plakat źródło: Teatr Młyn / http://mlyn.org/)

Ocena:

Miłość w Saybrook


„Miłość w Saybrook” jest częścią tryptyku (z „Zagraj to jeszcze raz Sam” i „Central Park West”) zrealizowanego na podstawie tekstów Woody’ego Allena przez Eugeniusza Korina. Ten pełen błyskotliwego humoru spektakl jest niezwykle ciekawą mieszaniną stylów: od komedii romantycznej, musicalu, groteski, po kryminał, w którym prawda, miesza się z fikcją. Głównym bohaterem jest Max (Andrzej Poniedzielski)– pisarz w kryzysie twórczym. Obserwujemy jak zmaga się z pochłaniającą go niemocą, kryzysem uniemożliwiający napisanie dalszej części sztuki, a właściwie nawet jednego zdania… Zapisuje kolejne kartki, lecz wciąż nie jest zadowolony z efektu… Nagle w domu zaczynają pojawiać się kolejne osoby… jego mieszkańcy? Goście?… które swoją intensywną obecnością zdają się uniemożliwiać dalszą pracę artysty. Zmęczony zgiełkiem pisarz opuszcza salon, a my pozostajemy w towarzystwie dwóch przeuroczych małżeństw Sheili (Sonia Bohosiewicz) i Normana (Marcin Perchuć) oraz Davida (Wiktor Zborowski) i Jenny (Joanna Liszowska), które spotkały się by uczcić siódmą rocznicę ślubu Shelli i Normana. Rodzinną uroczystość przerywa wizyta Hala (Szymon Bobrowski) i Sandy (Barbara Kurdej-Szatan) dawnych mieszkańców tegoż domu, pragnących odwiedzić „stare kąty”, by przywołać związane z nimi wspomnienia. W trakcie grzecznościowej pogawędki Norman wspomina o tajemniczej skrytce znajdującej się w domu, o której istnieniu, jak się okazuje, wiedzą nie wszyscy mieszkańcy… a jej otwarcie ujawni głęboko skrywany sekret… miły wieczór zmieni się w koszmarną awanturę… a protagoniści, okażą się być postaciami sztuki pisanej właśnie przez Maxa i co ciekawe doskonale zdają sobie z tego sprawę…

Akcja „Miłości w Saybrook” rozgrywa się w eleganckim domu na obrzeżach urokliwego malutkiego miasteczka Old Saybrook, które przywodzi na myśl skojarzenie z miasteczkiem wykreowanym w filmie Tima Burtona „Edward Nożycoręki” – cukierkowym i kiczowatym. Naszą uwagę zwracają intensywne kolory scenografii (Maciej Chojnacki) turkusowe ściany, żółty dywan, czerwone obicia mebli, musztardowa zasłona i wybijająca się biel obłożonego cegłą kominka. Na niemal całej długości sceny jest okno, gdy zostaje odsłonięte, widzimy przez nie rajski krajobraz, z którego słynie Old Saybrook. Tłem widoku zza okna jest fototapeta przedstawiająca jezioro otoczone lasem, a jego brzeg został na scenie zbudowany. Mamy tu trawnik obrośnięty rozmaitymi roślinami i drzewami, których gałęzie wprawia w ruch delikatny wietrzyk, drewniana ławeczka zachęca, by na niej usiąść i podziwiać widoki… i tylko jelenia brak w tej uroczej okolicy… chociaż jest designerski karmnik dla ptaków i kaczki w materiale video…

Warstwa muzyczna spektaklu (Tomasz Szymuś) ograniczona jest do fragmentów popularnych utworów o tematyce miłosnej między innymi „All you need is love” The Beatles, „All by myself” Celine Dion, które śpiewane przez Joannę Liszowską pełnią rolę ironicznego komentarza do sytuacji scenicznej. Charakter bohaterów podkreślają kostiumy: sensualna Jenny ubrana jest w seksowną sukienkę, nieśmiała Sandy w powyciągane spodnie i skromny sweterek, miłośnik golfa David w koszulkę polo, a ekscentryczny ortodonta Norman w modne kolorowe spodnie i marynarkę. Postacie są mocno przerysowane, zdają się być niemal żywcem wyciągnięte z sitcomów. Odniosłam wrażenie, że aktorzy nie do końca odnajdują się w tej konwencji, jakby ten specyficzny rodzaj ekspresji nie był ich, jakby nie w pełni czuli swoje role… Wyjątkiem jest Szymon Bobrowski, który gestem, ruchem, energią wypełnia przestrzeń sceny i koncentruje na sobie uwagę widza. Ciekawym pomysłem jest powierzenie roli Maxa – Andrzejowi Poniedzielskiemu. Roli, w której, gdyby Woody Allen swój tekst reżyserował, zapewne obsadziłby siebie. Andrzej Poniedzielski gra, jakby w ogóle nie grał, trochę przypadkowo, tak jakoś „od niechcenia”, ale dzięki temu zabiegowi udaje mu się osiągnąć to, co nieodłącznie kojarzy nam się z rolami Woody’ego Allena – przekonujący obraz „miejskiego, nieśmiałego, neurotyka”.

„Miłości w Saybrook” jest opowieścią o zdradzie i przebaczeniu, o tym jak trudna potrafi być miłość, że może być cierpieniem, ale tylko ona daje nam szczęście… tylko dla niej warto żyć… Jest także pytaniem o rolę teatru we współczesnym świecie, bo czyż teatr nie jest zwierciadłem życia? …a może to życie jest teatrem inspirującym twórców? Plusem spektaklu jest niewątpliwie doskonały tekst Woody’ego Allena, lecz wyestetyzowana, balansująca na granicy kiczu forma, nie do końca mnie przekonuje…

(plakat – źródło: https://teatr6pietro.pl/)

Ocena:

Naga Praga


Warszawska Praga jest miejscem szczególnym, nie tylko dlatego, że nie została zniszczona podczas drugiej wojny światowej, ale też jako jedyna dzielnica ma muzeum poświęcone własnej historii. To tu znajduje się często odwiedzany przez warszawskie dzieci Ogród Zoologiczny, monumentalny Stadion Narodowy, rozsiewająca zapach czekolady fabryka Wedla, przepiękny budynek dawnej wytwórni wódek Koneser, najsłynniejszy bazar w Warszawie – Bazar Różyckiego, choć już trochę zapomniany jednak wciąż istniejących w miejskich opowieściach. Tu artyści tworzą prace nawiązujące do specyficznego praskiego folkloru np. Pomnik Kapeli Praskiej, upamiętniający krążące po podwórkach kapele. To tu Paweł Althamer prezentował rzeźbę poświęconą pamięci „Gumy” – praskiego pijaczka i opryszka o złotym sercu. Pracę, która u jednych wzbudzała zachwyt, u inni sprzeciw, bowiem odbierana była jako podkreślająca negatywny obraz dzielnicy. Niestety od tego negatywnego obrazu Praga uwolnić się nie może, wciąż postrzegana jest jako dzielnica niebezpieczna, po której lepiej wieczorem nie spacerować, a obszar między ulicami Stalową, 11 listopada i Szwedzką nadal nazywany jest „Trójkątem Bermudzkim”. Praga jawi się także, jako dzielnica patologii i biedy, bowiem tu wydaje się być najwięcej mieszkań komunalnych, rozpadających się kamienic, ciuchlandów i sklepów monopolowych. Chociaż na Pradze wiele się zmieniło, miejskie legendy wciąż żyją, tkwią w głowach warszawiaków, a specyficzny klimat Pragi pociąga, intryguje i fascynuje.

„Naga Praga” jest spektaklem kameralnym, minimalistycznym. Scenografii właściwie nie ma, reżyserka wykorzystuje trzepak i wielkie okno, znajdujące się na tylnej ścianie sceny, zwykle niewidoczne dla widzów, bowiem zasłonięte czarną kurtyną. Spektakl jest ciekawie oświetlony, znakomity pomysł z wykorzystaniem żarówki, którą trzyma aktorka w dłoni, nad głową, by być widoczną na zaciemnionej scenie. Uwagę przykuwa muzyka przypominająca zlepek klubowych rytmów i disco polo, wykonywana na żywo przez Macieja Rozwadowskiego, doskonale korespondująca z tematem spektaklu. Znakomite teksty Natalii Fijewskiej-Zdanowskiej, wywołujące uśmiech na twarzach widzów, świetnie zaśpiewane przez Agatę Fijewską gwarantują miły wieczór w teatrze, a właściwie na warszawskiej Pradze. Natalia Fijewska-Zdanowska w swoim musicalu mierzy się ze stereotypowym postrzeganiem Pragi, Pragi jako dzielnicy biedy i patologii. Spektakl jest zlepkiem scenek rozgrywających się na praskim podwórku, pod trzepakiem, odgrywanych i wyśpiewywanych przez trójkę aktorów, ucharakteryzowanych na dresiarzy – Agatę Fijewską, Adama Krawczuka i Sławomira Packa. Co ciekawe Pragę widzimy oczami, nie jej mieszkańców, ale hipsterów z Placu Zbawiciela, żyjących jakby w innej rzeczywistości, świecie nastawionym na sukces i pieniądze.

W „Nagiej Pradze” Fijewska-Zdanowska z jednej strony ironicznie przedstawiając nasze wyobrażenia o Pradze, uświadamia nam ich błędność. Podkreśla, że Praga, jak inne dzielnice prężnie się rozwija i zmienia, a my mówiąc o Pradze wciąż tkwimy w myślowych schematach. Z drugiej strony porusza temat Pragi jako ulubionej dzielnicy fotografów – amatorów, hipsterów którzy przejeżdżając przez most przenoszą się do innej, niezrozumiałej dla nich rzeczywistości. Zachowują się jakby byli na wycieczce, obserwują „folklorystyczne” zjawiska… panią sprzedającą czosnek, pana pod budką z piwem… na tle starych przedwojennych kamienic… czy jest to zwykła ciekawość, wynikająca z chęci poznania drugiego człowieka? A może wyraz podziału jaki nastąpił w polskim społeczeństwie?

(plakat źródło: Teatr Młyn / http://mlyn.org/)

Ocena:

„Car Samozwaniec, czyli polskie na Moskwie gody” Teatru Modrzejewskiej w Legnicy

„Car Samozwaniec, czyli polskie na Moskwie gody” prezentowany był w Warszawskim ATM Studio, przyznam, że lepszego miejsca na pokaz spektaklu nie można było wybrać. Surowe wnętrze hali, wyłożone cegłą perforowaną, doskonale współgra z monumentalną metalową scenografią (Małgorzata Bulanda). Konstrukcja wykonana z blachy trapezowej i siatki wypełnia niemal całą przestrzeń. Niepokoi, ale też intryguje widza. Zwisające z sufitu haki, łomot zamykanych i otwieranych drzwi, wnętrze przywodzące na myśl skojarzenie z rzeźnią – robią wrażenie. W przytłumionym świetle dostrzegamy spływającą po ścianach krew, scena zaczyna płonąć tak intensywnie, że czujemy żar ognia na policzkach i zapach palonej parafiny, a rockowa muzyka, wykonywana na żywo przez zespół Kormorany, atakuje widza agresywnym brzmieniem. Czujemy się przytłoczeni ilością i intensywnością bodźców działających na nasze zmysły. Zaskakujące są także kostiumy (Małgorzata Bulanda) bowiem aktorzy paradują po scenie ubrani w rzeźnickie fartuchy, uzbrojeni w tasaki i noże. W tej niezwykle efektownej scenerii Jacek Głomb opowiada historię Dimitra Samozwańca I, sięgając po tekst Adolfa Nowaczyńskiego „Car Samozwaniec czyli Polskie na Moskwie gody”. Tekst stary, wydany ponad 100 lat temu, zdaje się być niemożliwy do przełożenia na język teatralny – bo zbyt długi, przestarzały, przedziwny językowo, polsko-rosyjski. Jednak Robertowi Urbańskiemu udaje się to doskonale. Tworzy adaptację wciągającą niczym thriller polityczny, która okazuje się być także niezwykle aktualna.

Carewicz Dimitr (Albert Pyśk), rzekomo cudownie ocalały syn Iwana Groźnego, przybywa do Polski z planem zdobycia carskiego tronu. Popierają go polscy magnaci liczący na to, iż uda się podbić Rosję, co umożliwi im czerpanie korzyści materialnych oraz realizację prywatnych interesów. Walka o władzę toczy się pod przykrywką walki o wolność, a co za tym idzie wprowadzenia rządów liberalnych. Mimo, iż Car Samozwaniec okazuje się być władcą realizującym idee wolności, to „nowa, lepsza rzeczywistość” nie odpowiada skostniałemu rosyjskiemu ludowi, bowiem uderza w dawne obyczaje i tradycję. W związku z tym lud zaczyna knuć przeciw władcy. Dymitr, początkowo jawiący się nam jako „car doskonały” okazuje się nie być odporny na demoralizujący wpływ władzy. Zaczyna prowadzić hulaszczy tryb życia – bawi się, pije do nieprzytomności i nawiązuje kolejne romanse. Odnosimy wrażenie, że jest to sposób na odreagowanie, na zrzucenie psychicznego napięcia powstałego w efekcie podejmowania kolejnych, coraz bardziej surowych i bezwzględnych decyzji wobec swoich poddanych oraz stopniowego uświadamiania sobie utopijności wyznawanych przekonań. Rządy Cara Samozwańca I trwają jedynie 11 miesięcy. Dimitr zostaje brutalnie zamordowany przez bojarzy rosyjskich walczących pod wodzą Wasyla Szujskiego, który przejmuje władzę po Samozwańcu I.

Spektakl Jacka Głąba jest opowieścią o władzy, która była, jest i będzie obiektem pożądania. O władzy, która niemal zawsze ulega demoralizacji i destrukcyjnemu wpływowi towarzyszących jej intryg, spisków, zdrad, prywaty, chciwości, bezwzględności i brutalności. Narzucające się skojarzenia ze współczesną sytuacją polityczną w Polsce doprowadzają nas do niezwykle pesymistycznego wniosku – uchronienie władzy przed zepsuciem nie jest możliwe, a historia niczego nas nie uczy. Może dlatego pod koniec spektaklu na widowni zalega tak straszliwa cisza? A może i przerażenie?

Spektakl prezentowany podczas 36. Warszawskich Spotkań Teatralnych.

Ocena:

„Śmierć i dziewczyna” Teatr Polski we Wrocławiu


O spektaklu „Śmierć i dziewczyna” było głośno jeszcze przed premierą. Umieszczony na fanpage teatru plakat został ocenzurowany, a wiadomość o zatrudnieniu aktorów porno z Czech, którzy odgrywać będą sceny seksu na deskach teatru wywołała ogromne poruszenie i sprzeciw części społeczeństwa. Aktorzy biorący udział w spektaklu doświadczyli ataków agresji słownej, dom matki dyrektora teatru został obrzucony jajkami. W dniu premiery protestujący utrudniali widzom wejście na spektakl. Wszyscy z zapartym tchem śledzili wydarzenia zastanawiając się czy spektakl zostanie zdjęty z afisza. Zamieszanie wokół „Śmierci i dziewczyny” sprawiło, że o spektaklu mówiło się w mediach dużo, lecz głównie w kontekście „skandalu” i punktu wyjścia w dyskusji o granicach wolności twórczej artysty, pomijając treść i zapominając o walorach artystycznych dzieła. A szkoda, bo „Śmierć i dziewczyna” to spektakl niezwykły.

Ewelina Marciniak wzięła na warsztat „Pianistkę” oraz cykl scenicznych miniatur Elfriede Jelinek „Śmierć i dziewczyna I-V. Dramaty księżniczek” („Królewna Śnieżka”, „Śpiąca Królewna”, „Rosamunde”), by opowiedzieć o kobiecie pogubionej, próbującej poradzić sobie ze skutkami niewydolności wychowawczej rodziców: zaborczej miłości matki, nieobecności ojca, intensywnej „tresury” jaką przeszła, by stać się wybitną pianistką.

Zaskakująca jest pierwsza scena. W przyciemnionym, migającym świetle dostrzegamy sylwetki kilku nagich postaci – obserwatorów i parę uprawiającą seks. Głośna muzyka ziejąca z głośników i blask stroboskopu przytłaczają nas, a intymna sytuacja, której jesteśmy świadkami sprawia, że czujemy się lekko zażenowani i niepewni. Emocje te wywołuje nie tyle sama scena seksu, ale odarcie zbliżenia z tego z czym powinno być w swojej istocie: bliskością, miłością, czułością. To co widzimy na scenie to czynność mechaniczna, z której zieje emocjonalną pustką… Po chwili kurtyna opada, na widowni zapala się światło… a widzowie, którzy przyszli do teatru jedynie na „seks” mają możliwość opuścić widownię… nikt jednak nie korzysta z możliwości jaką daje reżyserka.

Gdy ponownie podnosi się kurtyna, spektakl zaczyna płynąć wolniej. Uwagę przykuwa scenografia (Katarzyna Borkowska), pomieszczenie o białych ścianach, na których wiszą wielkoformatowe czarne płótna, przywodząca na myśl skojarzenie z Kaplicą Rothko. Ta wielowyznaniowa świątynia jest obrazem stanu emocjonalnego autora – jego przygnębienia, pogłębiającej się melancholii, która sprawiła, że jego prace stawały się coraz ciemniejsze, mroczniejsze, pesymistyczne. Jest to wizualizacja pustki i rozpaczy, wieczności i nieskończoności, która przytłacza i nie daje nadziei. Scenografia narzuca interpretację „Śmierci i dziewczynie” podkreślając samotność i jałowość egzystencji postaci. Bohaterowie bowiem tkwią w toksycznych relacjach interpersonalnych. Nadopiekuńcza matka (Ewa Skibińska) terroryzuje córkę emocjonalnie. Wpędzając ją stale w poczucie winy, permanentnie umniejszając jej wartość w efekcie doprowadza do zaburzeń psychicznych córki, objawiających się skłonnością do masochizmu i niezdolności do nawiązywania prawidłowych więzi emocjonalnych. Brak ojca w wychowaniu, także rzuca się cieniem na jej życie. Córka (Małgorzata Gorol) łaknie miłości i bliskości, ale nawiązanie relacji z partnerem okazuje się być ponad jej siły. Z biegiem lat staje się kopią matki, ze wszystkimi jej wadami i niedoskonałościami.

Drugim ważnym tematem spektaklu Eweliny Marciniak jest ciało poddawane szaleńczemu treningowi, niemal tresurze. Słuchamy zwierzeń pianistki (Katarzyna Strączek) o poddawaniu się zabiegom mającym na celu „wydłużenie” palców u rąk, widzimy jej mordercze ćwiczenia, po których z jej dłoni spływa krew, jesteśmy świadkami psychicznego terroru jakiemu jest poddawana by stać się wirtuozem. Oglądamy także efekt intensywnego treningu fizycznego, któremu musieli poddać się aktorzy – niezwykłą choreografię imitującą jazdę figurową na lodzie oraz pokaz gimnastyki artystycznej. Jesteśmy świadkami tresury uczniów w szkole i w domu. Tego typu działania zdają się być powszechne we współczesnym świecie, musimy być lepsi od innych, by osiągnąć sukces. Może tu należy upatrywać przyczyny wyścigu szczurów, tej chorej rywalizacji prowadzącej do osiągnięcia wyznaczonego celu bez względu na wszystko? Jaką cenę za to zapłacimy?
Ewelina Marciniak zastanawia się też nad problemem postrzegania ciała chorego, niepełnosprawnego. Uwagę przykuwa scena, w której Córka, wraz ze swoim partnerem, odwiedza w szpitalu chorego ojca, który zachowuje się w sposób niekonwencjonalny. Pragnąc pogłaskać córkę po głowie zaczyna ciągnąć ją za włosy. Szarpie jej partnera, chwyta za but, próbuje go lizać. Jego powyginane przez wzmożone napięcie mięśniowe ciało, cieknąca z ust ślina wzbudzają niechęć mężczyzny, a na jego twarzy dostrzegamy grymas obrzydzenia. Opędza się od chorego. Jest to scena niezwykle przejmująca, bo niestety tak bardzo prawdziwa. Czy w naszym wyestetyzowanym świecie jest miejsce dla ludzi chorych i niepełnosprawnych? Czy tolerancja nie jest tylko pustym słowem?

„Śmierć i dziewczyna” jest spektaklem przepięknym wizualnie wspaniała scenografia, kostiumy i światło. Cudowna, niezwykle sensualna choreografia Dominiki Knapik, przywodząca na myśl skojarzenie z body art Zofii Kulik. A wszystko okraszone przejmującą muzyką Piota Kubiaka przeplatającą grane na żywo utwory Jana Sebastiana Bacha i Érica Alfreda Lesliea Satie. „Śmierć i dziewczyna” zachwyca ale jednocześnie przytłacza widza, bowiem jest opowieścią o dojmującej egzystencjalnej pustce, przerażającej samotności – samotności wśród ludzi. To obraz śmierci za życia, pogrzebu życia… człowieczeństwa…

Spektakl prezentowany podczas 36. Warszawskich Spotkań Teatralnych.

(plakat – źródło: Teatr Polski we Wrocławiu: / http://www.teatrpolski.wroc.pl/)

Ocena:

„Płatonow” Narodowy Stary Teatr w Krakowie


Konstantin Bogomołow zaprasza widzów do niewielkiej kawalerki. Na pierwszy rzut oka widać, że mieszkanie jest mocno zniszczone. Uwagę przykuwają obdrapane ściany i stare wyposażenie – mamy tu i lodówkę i kuchenkę, gdzieś z boku stoi pralka, szafy, łóżka, biurko, stół – wszystko to, co niezbędne jest w codziennym życiu. Górna część sceny obwieszona jest niewielkim lampkami, które przywodzą na myśl skojarzenie z rozgwieżdżonym niebem, gdy dobrze się przyjrzymy możemy znaleźć konstelację „wielkiej niedźwiedzicy”. Na niebie lata statek kosmiczny, a w tle słyszymy delikatną muzykę. Bogomołow konstruuje swoisty mikrokosmos, mikrokosmos relacji międzyludzkich, by zdemaskować ludzką małość, słabość i przyjrzeć się społecznemu funkcjonowaniu człowieka oraz roli kobiecej i męskiej we współczesnym świecie.

Intryga w „Płatonowie” jest dość prosta, można streścić ją w kilku słowach. Znudzony życiem na prowincji Płatonow pragnie urozmaicenia, a sposobem na nudę są liczne romanse. Zawraca w głowie kolejnym kobietom, gdyż jak lep przyciąga je swym urokiem osobistym i niezwykle interesującą osobowością. W rzeczywistości jednak okazuje się obłudnikiem, pozerem i egocentrykiem wykorzystującym naiwność kobiet.

Bogomołow w „Płatonowie” zamienił płeć bohaterów sztuki, to znaczy, że kobiety grają role męskie, a mężczyźni – kobiece. Lecz nie ucharakteryzował swoich bohaterów na płeć przeciwną, aktorzy występują w kostiumach typowych dla swojej płci. Wiek bohaterów także nie ma w spektaklu znaczenia, starsze wiekiem postacie grają młodzi aktorzy. To odarcie postaci z wieku i płci sprawia, że aktorzy nie wchodzą w dobrze im znane schematy, nie próbują na siłę grać kobiety czy mężczyzny, a właściwie tego czym ich zdaniem jest „kobiecość” i „męskość”. Aktorzy po prostu wchodzą na scenę i recytują tekst. Tekst jest tu najważniejszy, mimo iż podawany na chłodno, pozbawiany emocji i interpretacji aktorskiej. Ta surowa forma inscenizacji pozwala, wbrew pozorom, doskonale wybrzmieć tekstowi Czechowa. Uwypukla jego istotę, bowiem „Płatonow” jest niezwykle ciekawym studium manipulacji. Jednocześnie Bogomołow nadaje dramatowi Czechowa nowy sens, bowiem przez zamianę płci bohaterów „Płatonow” staje się opowieścią o roli kobiety i mężczyzny we współczesnym świecie. Jak wiadomo emancypacja kobiet oraz prężnie działający ruch feministyczny wpłynęły na zmianę modelu funkcjonowania rodziny oraz postrzeganie roli kobiecej i męskiej w społeczeństwie. Współczesne kobiety mimo, iż są żonami i matkami realizują się w życiu zawodowym, często odnosząc sukcesy i zarabiają więcej od swoich partnerów, a co za tym idzie nie są zależne finansowo. Są silne, niezależne, można rzec, że „założyły spodnie” i stały się głowami rodzin. Od swoich partnerów wymagają już nie tylko zarabiania na utrzymanie rodziny, bo to przestało być tak istotne, ale czynnego udziału w wychowaniu dzieci (urlopy tacierzyńskie) i wykonywaniu obowiązków domowych. Można powiedzieć, że role się odwróciły. Mężczyźni teraz jawią się jako słabsi, zależni i zdominowani. Można zaryzykować stwierdzenie, że kobiety same wręcz sprowadzają mężczyzn do roli, którą same dawniej pełniły. W spektaklu Bogomołowa to mężczyźni stają się ofiarami kobiecych manipulacji. Są podporządkowani i uzależnieni od kobiet, oczywiście próbują się przeciwstawiać, buntować, lecz to się nie udaje. Może brak im pomysłu? Odwagi? Sprzeciw sprowadza się jedynie do krzyku rozpaczy. Bo co innego mogą zrobić? Sytuacja i tak nie ulegnie zmianie, bo zmiana nastąpiła już dawno i to co było już nie wróci. Można jedynie krzyczeć… z żalu, niezgody, rozczarowania. Bogomołow podkreśla to swoiste zakończenie „dawnych porządków” wplatając w tekst „Płatonowa” fragment „Wiśniowego sadu”. Uwagę widza przykuwa postać żyda, którą Bogomołow przedstawia jako kosmitę podkreślając jego „inność” przedziwną fryzurą i spiczastymi uszami. Przybysz na spotkanie z bohaterami spektaklu przylatuje statkiem kosmicznym. Scena ta wywołuje uśmiech na twarzach widzów. Co oznacza żyd-kosmita? Czy celem reżysera było ukazanie religii jako czegoś „obcego”, niezrozumiałego i tak odległego współczesnemu człowiekowi? A może jest to symbol wartości? A może oznacza coś zupełnie innego?

„Płatonow” Bogomołowa zdecydowanie wyróżnia się spośród przedstawień, które na co dzień możemy oglądać w teatrach. Pozwala odkryć na nowo, tak dobrze nam znany tekst. Jest jedną z najciekawszych inscenizacji Czechowa, jakie miałam przyjemność oglądać.

Spektakl prezentowany podczas 36. Warszawskich Spotkań Teatralnych.

(plakat – źródło: Narodowy Stary Teatr: / http://www.stary-teatr.krakow.pl/)

Ocena:

Holzwege


„Holzwege” jest próbą opowieści o życiu i twórczości Tomasza Sikorskiego (1939-1988) polskiego kompozytora i pianisty, którego muzyka przekraczała gatunkowe klasyfikacje . Tomasz Sikorski był synem wybitnego kompozytora Kazimierza Sikorskiego. Już od najmłodszych lat był zafascynowany muzyką i słuchał niemal wszystkiego. Pierwsze utwory, inspirowane muzyką elektroniczną „Echa II” i „Antyfony” skomponował jeszcze w czasie studiów, na początku lat 60-tych. Eksperymentował z czasem muzycznym, z dźwiękiem – z barwą dźwięku, sposobem jej wydobywania, z łączeniem dźwięków nagranych i wykonywanych na żywo. Z biegiem lat jego muzyka stawała się coraz bardziej minimalistyczna skoncentrowana na dążeniu do prostoty materiału melodycznego, harmonii, eksponująca zmiany rytmu i natężenia dźwięku, bogata w powtórzenia fraz . Dla Sikorskiego jednak nie tyle sposób gry był ważny, co emocje, które miała na celu wywołać u słuchacza jego muzyka – wprowadzić w stan niepokoju, poczucia zagubienia i dyskomfortu. Słuchacz miał także doświadczyć swego rodzaju zawieszenia w czasie – istnienia poza czasem. Muzyka Sikorskiego była trudna i nie do końca zrozumiała dla publiczności, a przez to niedoceniana. Została odkryta na nowo dopiero niedawno, w ostatnich latach.

Tytuł spektaklu „Holzwege” przywołuje słynną kompozycję Tomasza Sikorskiego z 1972 roku, której tytuł nawiązuje do metafory Heideggera – holzwege, to nietrwałe ślady, które zostawiają w lesie (na śniegu, czy wśród liści) transportowane drzewa. Życie jest takim „błąkaniem się”, w którym tylko na chwilę doznajemy olśnienia. Holzwege, w języku niemieckim, oznacza błądzenie, co można interpretować jako trudności jakie niesie za sobą próba opowiedzenia o postaci wybitnej i intrygującej, postaci której twórczość wyprzedziła swój czas, jednocześnie postaci powszechnie nieznanej. Spektakl jest próbą złożenia portretu Tomasza Sikorskiego ze strzępków dostępnych materiałów: utworów muzycznych, dokumentów, fragmentów wywiadów, listów oraz wspomnień bliskich artyście osób. Idąc na spektakl zastanawiałam się, czy o twórcy, którego muzyka przerosła percepcję współczesnych mu słuchaczy, można opowiedzieć nie popadając w banał? Katarzynie Kawalt to się udało. Stworzyła spektakl niezwykły, w którym najważniejsze jest to co nieuchwytne, nieznane i niedopowiedziane – te ponadprzeciętne zdolności Sikorskiego, wyjątkowa artystyczna wrażliwość, które są tak niezwykle fascynujące, bo dla większości z nas niedostępne.

Spektakl intryguje już od samego początku, naszą uwagę zwraca scenografia (Anna Tomczyńska), ten dominujący na scenie chaos. Na środku sceny stoi ogromny stół zawalony stosami papierów i kubeczków po kawie, wśród nich walające się książki i komputer. Wokół stołu stoją krzesła, z lewej strony dwie wanny, z prawej fortepian i wieszaki z kostiumami, lustra i drewniane płyty. Tył sceny zasłania foliowa kurtyna. W tej przedziwnej przestrzeni obserwujemy krzątających się aktorów. Inspicjentka podaje jednemu z nich tekst sztuki, Tomasz Tyndyk i Jan Dravnel wynoszą stojące pod sceną schodki, które nie będą im potrzebne. Widzowie nie są pewni czy spektakl już się zaczął? Czy może aktorzy czynią ostatnie przygotowania korzystając z zamieszania, które wywołują widzowie zajmując miejsca na widowni? Szybko jednak orientujemy się, że działania na scenie nie są przypadkowe, bowiem Katarzyna Kalwat postanowiła opowiedzieć o Tomaszu Sikorskim realizując spektakl w konwencji próby. Aktorzy sięgają do tekstu sztuki, improwizują, dyskutują i zmieniają kostiumy. Reżyserka nadaje swoim bohaterom imiona aktorów, nawiązuje do rzeczywistych wydarzeń z ich życia np. wspominając o tym, że Sandra grała Merlin. Obserwujemy proces twórczy artystów, którzy ze strzępków informacji próbują zrekonstruować postać. Fakty z życia Tomasza Sikorskiego przepuszczają przez siatkę własnych zawodowych i życiowych doświadczeń tworząc totalnie inne portrety artysty, od doskonałego, romantyka, do życiowego nieudacznika i neurotyka. Tworzą hipotezy, alternatywne wersje wydarzeń, gdyż na wiele pytań dotyczących artysty nie znajdują odpowiedzi, a jego śmierć wciąż pozostaje zagadką. Aktorskie działania przeplatają się z niezwykle ciepłymi opowieściami Zygmunta Krauze przyjaciela Sikorskiego. W spektaklu fikcja miesza się z prawdą. Sceny z prób splatają się z odgrywanymi przez Tomasza Tyndyka rzeczywistymi wydarzeniami z życia artysty. Scena, w której Tomasz Tyndyk jako Sikorski krytykuje utwór grany przez Zygmunta Krauzego „Widok z okna oglądany w roztargnieniu” przywodzi na myśl skojarzenie z koncertem utworów artysty odbywającym się w Piwnicy Wandy Warskiej w 1988r. Aktorzy próbując opowiedzieć Sikorskiego, analizują siebie, siebie w procesie twórczym, wzajemnie się inspirując i motywując do działania. Bo o twórczości nie da się opowiedzieć inaczej, niż przez twórczość. Dzieło jest zapisem stanu duszy i umysłu artysty, dlatego muzyka Sikorskiego najwięcej nam powie o nim samym i cisza, która tak bardzo go inspirowała…

„Holzwege” Katarzyny Kawalt jest nie tylko spektaklem biograficznym, ale też uniwersalną opowieścią o artyście i procesie twórczym. Jest także pytaniem o kondycję współczesnego teatru. Teatru, w którym wszystkie środki zostały już wykorzystane, a przekraczalne granice zostały już dawno przekroczone. Czy zdecydujemy się pójść o krok dalej, gdy to czym dysponujemy przestanie nam wystarczać?

(plakat – źródło: TR Warszawa: / http://trwarszawa.pl/)

Ocena:

„Historyja o Chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim” Teatr „Wierszalin” w Supraślu


„Historyja o Chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim” autorstwa Mikołaja z Wilkowiecka wydana została w XVI wieku. Tekst misterium wielkanocnego był powszechnie znany i wystawiany, aż do końca XVIII wieku, a w odświeżonej przez Jana Karola Dachnowskiego wersji znanej pt.”Historia o Zmartwychwstaniu Pańskim” grany był we wsiach, w okolicach Tarnowa, do połowy XIX wieku. Do oryginalnego tekstu „Historyji…” powrócił w swojej inscenizacji Kazimierz Dejmek w 1961 roku. W teatrze Studio w ramach Festiwalu Gorzkie Żale mieliśmy możliwość obcowania ze staropolskim tekstem w nieco unowocześnionej inscenizacji, która jak mówi o niej sam reżyser Piotr Tomaszuk „łączący przeciwstawne kategorie estetyczne – wzniosłość i banalność, religijną mistykę i rustykalna prostotę”. „Hisoryja…” obejmuje wydarzenia od złożenia Chrystusa do grobu, do chwili, spotkania niewiernego Tomasza ze zmartwychwstałym Chrystusem.

Reżyser przeniósł akcję dramatu do współczesnej, podlaskiej wsi. Mieszkańcy wsi pod czujnym okiem proboszcza wystawiają misterium. Scenografia imituje wnętrze drewnianego kościoła. W centrum znajdują się drzwi do kaplicy, z lewej strony ambona, z której kapłan czyta tekst Prologusa. Na licznych drewnianych konstrukcjach aktorzy wieszają obrazy malowane na wyprawionej skórze przedstawiające sceny, o których jest mowa w tekście. Światło jest delikatne, takie, jakie zwykle spotykamy w kościołach, gdy po skończonej Mszy Św. zostajemy na chwilę modlitwy. Jest to światło sprzyjające wyciszeniu i skupieniu. Oparta na rytmie muzyka, wprowadza widza w trans, a wykonywane przez artystów pieśni (między innymi „Chrystus Zmartwychwstan jest” wydaną w 1838 roku) budują podniosły nastrój misterium. Aktorzy ubrani są w stroje odzwierciedlające charakter mieszkańców wsi jest tu strażak, urzędnik, dziewczyna z walizką, wdowa. Przed rozpoczęciem każdej sceny aktorzy wwożeni są wózkiem, stoją na nim nieruchomo, są jak wyrzeźbione w drewnie figury. Ich ruch jest kanciasty, imituje sposób poruszania się mechanicznych dziecięcych zabawek. Postacie wydają się być zaprogramowane, jakby z góry sterowane, odnosi się wrażenie, ze ma tu miejsca na improwizację. Spektakl jest zlepkiem pięknych scen-obrazów, płynnie następujących po sobie. Wzniosłych, choć nie pozbawionych elementów humorystycznych. Zachwyca staropolski język, który mimo licznych archaizmów jest wciąż zrozumiały, a tekst dramatu wciąga. Mimo, iż został napisany kilka wieków temu jest wciąż aktualny, bowiem zawiera prawdę o człowieku, demaskuje nasze wady, słabości i niedoskonałości. Widz pozostaje z rodzącym się w głowie pytaniem: czym jest wiara dla współczesnego człowieka?

Znakomity spektakl, polecam :)

Spektakl prezentowany w Teatrze Studio w ramach Festiwalu Gorzkie Żale.

(plakat – źródło: Teatr „Wierszalin: / http://www.wierszalin.pl/)

Ocena:

Wo(ja)czek


Pańską twierdzą i wygnaniem jest ten pokój
Wieżą ponad dobrem złem i społeczeństwem
Czy pan czasem nie próbuje z niego uciec?
Z rozpaczliwych czterech kątów Piąty: śmierć

(Rafał Wojaczek „List do nieznanego poety”)

Przyznam, że na hasło Wojaczek stają mi przed oczami obrazy z filmu Lecha Majewskiego, przepełnione niepokojem, swoistym mrokiem. Bowiem jak inaczej można opowiedzieć o poecie kojarzącym się z licznymi bójkami, alkoholizmem, wieloma próbami samobójczymi, w tym ostatnią udaną po przedawkowaniu leków? Tylko w sposób depresyjny i przygnębiający. Takiego „klimatu” spodziewałam się idąc na monodram Michała Karczewskiego. Przez myśl mi nie przeszło, że o „poecie wyklętym” można opowiedzieć inaczej, tak lekko, z młodzieńczą energią. Zaskoczenie było duże.

Podstawę monodramu stanowią wiersze Wojaczka, bardzo zgrabnie wplecione w tekst Agaty Biziuk. Momentami trudno jest odróżnić, czy Michał Karczewski recytuje Wojaczka, czy dopisany tekst. Patrzymy na Wojaczka, na targające nim emocje przez pryzmat sztuki, którą tworzył. Jednocześnie analizując zachowanie poety, przyglądając się jego osobowości, bowiem to ona stanowi klucz do zrozumienia twórczości.

Poeta, jest sam w wynajętym pokoju. W pokoju w stylu retro: z „persem” na podłodze, starym fotelem, lampą z abażurem z frędzlami, stosami książek… i komputerem, z którego między innymi czyta recenzje swoich wierszy. Poeta przebywając z dala od czujnych spojrzeń ludzi zachowuje się swobodnie: śpiewa, tańczy, komentuje rzeczywistość. Z jednej strony wydaje się być zwykłym chłopakiem, który wkraczając w dorosłość zastanawia się nad sensem życia, a powracające wspomnienia skłaniają go do weryfikacji wyznaczonych sobie celów, planów, marzeń, a także refleksji nad niewykorzystanymi szansami, zmarnowanymi możliwościami. Z drugiej strony Wojaczek jest rozbity emocjonalnie. Wydaje się być przytłoczony otaczającą go rzeczywistością, w której nie potrafi się odnaleźć, w której czuje się niepewnie. Szuka sposobów by świat zewnętrzny „oswoić”, by wreszcie przestać cierpieć. Chwile ukojenia daje alkohol, erotyczne uniesienia, lecz ból istnienia może ostatecznie uleczyć tylko śmierć… śmierć go pociąga, fascynuje… jest stale obecna w jego myślach i poezji… a także na scenie, bo jej przedziwny taniec oglądamy na początku i na końcu spektaklu. Jednak w kreacji Karczewskiego, Wojaczek pozbawiony jest tego swoistego „mroku”, mroku czyhającej śmierci. Choroba poety natomiast zasygnalizowana jest przez twórców spektaklu już we wstępie. Prezentowany jest bowiem fragment „Schizofrenii” Antoniego Kępińskiego opisujący symptomy choroby. Zabieg ten sprawia, że na Wojaczka patrzymy przez pryzmat determinującej jego życie choroby. Choroby, która wpływa na jego zachowanie, osobowość, percepcję świata. W głowach widzów pojawia się pytanie czy gdyby nie choroba to Wojaczek żył by i tworzył przez kolejne lata? czy jego poezja byłaby taka sama?

„Wo(ja)czek” jest spektaklem doskonale zagranym. Michał Karczewski ma ogromną świadomość ciała, jego postać jest przemyślana – moją uwagę zwróciło ogromne napięcie ciała w pierwszych scenach, trzęsące się nerwowo ręce gdy ukryty pod folią palił papierosa, oraz precyzja z jaką w zachowaniu swojego bohatera ukazuje symptomy choroby. W sposób niezwykle zaskakujący i zabawny animuje części własnego ciała, tworząc z nich niemal równorzędnych „aktorów”. Z niezwykłą fantazją wykonuje przedziwny układ choreograficzny ze sztucznym lisem. Michał Karczewski gra niezwykle lekko, naturalnie, widać, że doskonale czuje się w roli. Na scenie obserwujemy współczesnego Wojaczka – młodego chłopaka, którego wewnętrzne rozterki wydaja się być powszechne, gdyż bez względu na czasy podobne pytania o sens bytu, przyszłość zadają sobie, przekraczając próg dorosłości, młodzi ludzie. W Wojaczku kreowanym przez Michała Karczewskiego, każdy z nas może odnaleźć cząstkę siebie, siebie z przeszłości.

„Wo(ja)czek” jest spektaklem przepełnionym młodzieńczą energią i świeżością, który pozwala na nowo odkryć poezję Wojaczka. Polecam gorąco, bo to jeden z ciekawszych spektakli, jakie miałam przyjemność ostatnio oglądać :)

„Wo(ja)czek” powstał w Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza, na Wydziale Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku. Opieka merytoryczna i reżyserska – Agata Biziuk.

fot. Lucjusz Sawicki

Ocena:

I będą święta


Na pustej scenie stoi niewielka ławka, taka jakie często widzimy przy grobach na cmentarzach. Na ławce siedzi kobieta – ubrana na czarno, opatulona w wełniany płaszcz, bez makijażu, z niedbale związanymi włosami. Zasmucona obserwuje zasiadającą na widowni publiczność… czeka, aż wszyscy zajmą miejsca… by za chwilę przy dźwiękach muzyki wykonać przedziwną choreografię imitującą wykonywane kompulsywnie czynności. Z jej zachowania, ruchu, mimiki emanuje ogromny smutek i ból. Jesteśmy świadkami jej cierpienia, po stracie męża – znanego polityka, który zginął w katastrofie lotniczej. Kobieta na naszych oczach przeżywa kolejne stadia żałoby – szok, tęsknotę, następnie rozpacz… powoli próbuje pogodzić się ze śmiercią męża… ale czy to jest w ogóle możliwe? Czy uda jej się powrócić do „normalnego” życia?

Monodram Agnieszki Przepiórskiej jest przejmującym studium cierpienia po stracie bliskiej osoby. Jest także pytaniem o sens życia – pytaniem kobiety, która całe swoje życie poświęciła mężowi, by ten mógł się rozwijać, robić karierę. Swoją wartość zapośredniczyła od męża, więc kim pozostaje bez niego?

Agnieszka Przepiórska doskonale odnajduje się w roli cierpiącej kobiety. Jej każde słowo, gest, mimika są dokładnie przemyślane i niezwykle przekonujące. U Przepiórskiej rozpacz przeplata się ze smutkiem, wściekłością, rozżaleniem, rozczarowaniem, a momentami z radością… jesteśmy świadkami huśtawki nastrojów, totalnie skrajnych emocji… bowiem takie towarzyszą nam, gdy przeżywamy silny wstrząs, gdy próbujemy poradzić sobie z traumą i pragniemy na nowo zafunkcjonować w otaczającej nas rzeczywistości.

„I będą święta” to moim zdaniem najlepszy monodram Agnieszki Przepiórskiej i Piotra Ratajczaka. Polecam.

(plakat – źródło: Teatr WARSawy / http://teatrwarsawy.pl/)

Ocena:

Starsze wpisy Nowsze wpisy