Subiektywnie o teatrze

warszawski blog teatralny

Kategoria: Teatry spoza Warszawy (strona 1 z 3)

„Car Samozwaniec, czyli polskie na Moskwie gody” Teatru Modrzejewskiej w Legnicy

„Car Samozwaniec, czyli polskie na Moskwie gody” prezentowany był w Warszawskim ATM Studio, przyznam, że lepszego miejsca na pokaz spektaklu nie można było wybrać. Surowe wnętrze hali, wyłożone cegłą perforowaną, doskonale współgra z monumentalną metalową scenografią (Małgorzata Bulanda). Konstrukcja wykonana z blachy trapezowej i siatki wypełnia niemal całą przestrzeń. Niepokoi, ale też intryguje widza. Zwisające z sufitu haki, łomot zamykanych i otwieranych drzwi, wnętrze przywodzące na myśl skojarzenie z rzeźnią – robią wrażenie. W przytłumionym świetle dostrzegamy spływającą po ścianach krew, scena zaczyna płonąć tak intensywnie, że czujemy żar ognia na policzkach i zapach palonej parafiny, a rockowa muzyka, wykonywana na żywo przez zespół Kormorany, atakuje widza agresywnym brzmieniem. Czujemy się przytłoczeni ilością i intensywnością bodźców działających na nasze zmysły. Zaskakujące są także kostiumy (Małgorzata Bulanda) bowiem aktorzy paradują po scenie ubrani w rzeźnickie fartuchy, uzbrojeni w tasaki i noże. W tej niezwykle efektownej scenerii Jacek Głomb opowiada historię Dimitra Samozwańca I, sięgając po tekst Adolfa Nowaczyńskiego „Car Samozwaniec czyli Polskie na Moskwie gody”. Tekst stary, wydany ponad 100 lat temu, zdaje się być niemożliwy do przełożenia na język teatralny – bo zbyt długi, przestarzały, przedziwny językowo, polsko-rosyjski. Jednak Robertowi Urbańskiemu udaje się to doskonale. Tworzy adaptację wciągającą niczym thriller polityczny, która okazuje się być także niezwykle aktualna.

Carewicz Dimitr (Albert Pyśk), rzekomo cudownie ocalały syn Iwana Groźnego, przybywa do Polski z planem zdobycia carskiego tronu. Popierają go polscy magnaci liczący na to, iż uda się podbić Rosję, co umożliwi im czerpanie korzyści materialnych oraz realizację prywatnych interesów. Walka o władzę toczy się pod przykrywką walki o wolność, a co za tym idzie wprowadzenia rządów liberalnych. Mimo, iż Car Samozwaniec okazuje się być władcą realizującym idee wolności, to „nowa, lepsza rzeczywistość” nie odpowiada skostniałemu rosyjskiemu ludowi, bowiem uderza w dawne obyczaje i tradycję. W związku z tym lud zaczyna knuć przeciw władcy. Dymitr, początkowo jawiący się nam jako „car doskonały” okazuje się nie być odporny na demoralizujący wpływ władzy. Zaczyna prowadzić hulaszczy tryb życia – bawi się, pije do nieprzytomności i nawiązuje kolejne romanse. Odnosimy wrażenie, że jest to sposób na odreagowanie, na zrzucenie psychicznego napięcia powstałego w efekcie podejmowania kolejnych, coraz bardziej surowych i bezwzględnych decyzji wobec swoich poddanych oraz stopniowego uświadamiania sobie utopijności wyznawanych przekonań. Rządy Cara Samozwańca I trwają jedynie 11 miesięcy. Dimitr zostaje brutalnie zamordowany przez bojarzy rosyjskich walczących pod wodzą Wasyla Szujskiego, który przejmuje władzę po Samozwańcu I.

Spektakl Jacka Głąba jest opowieścią o władzy, która była, jest i będzie obiektem pożądania. O władzy, która niemal zawsze ulega demoralizacji i destrukcyjnemu wpływowi towarzyszących jej intryg, spisków, zdrad, prywaty, chciwości, bezwzględności i brutalności. Narzucające się skojarzenia ze współczesną sytuacją polityczną w Polsce doprowadzają nas do niezwykle pesymistycznego wniosku – uchronienie władzy przed zepsuciem nie jest możliwe, a historia niczego nas nie uczy. Może dlatego pod koniec spektaklu na widowni zalega tak straszliwa cisza? A może i przerażenie?

Spektakl prezentowany podczas 36. Warszawskich Spotkań Teatralnych.

Ocena:

„Śmierć i dziewczyna” Teatr Polski we Wrocławiu


O spektaklu „Śmierć i dziewczyna” było głośno jeszcze przed premierą. Umieszczony na fanpage teatru plakat został ocenzurowany, a wiadomość o zatrudnieniu aktorów porno z Czech, którzy odgrywać będą sceny seksu na deskach teatru wywołała ogromne poruszenie i sprzeciw części społeczeństwa. Aktorzy biorący udział w spektaklu doświadczyli ataków agresji słownej, dom matki dyrektora teatru został obrzucony jajkami. W dniu premiery protestujący utrudniali widzom wejście na spektakl. Wszyscy z zapartym tchem śledzili wydarzenia zastanawiając się czy spektakl zostanie zdjęty z afisza. Zamieszanie wokół „Śmierci i dziewczyny” sprawiło, że o spektaklu mówiło się w mediach dużo, lecz głównie w kontekście „skandalu” i punktu wyjścia w dyskusji o granicach wolności twórczej artysty, pomijając treść i zapominając o walorach artystycznych dzieła. A szkoda, bo „Śmierć i dziewczyna” to spektakl niezwykły.

Ewelina Marciniak wzięła na warsztat „Pianistkę” oraz cykl scenicznych miniatur Elfriede Jelinek „Śmierć i dziewczyna I-V. Dramaty księżniczek” („Królewna Śnieżka”, „Śpiąca Królewna”, „Rosamunde”), by opowiedzieć o kobiecie pogubionej, próbującej poradzić sobie ze skutkami niewydolności wychowawczej rodziców: zaborczej miłości matki, nieobecności ojca, intensywnej „tresury” jaką przeszła, by stać się wybitną pianistką.

Zaskakująca jest pierwsza scena. W przyciemnionym, migającym świetle dostrzegamy sylwetki kilku nagich postaci – obserwatorów i parę uprawiającą seks. Głośna muzyka ziejąca z głośników i blask stroboskopu przytłaczają nas, a intymna sytuacja, której jesteśmy świadkami sprawia, że czujemy się lekko zażenowani i niepewni. Emocje te wywołuje nie tyle sama scena seksu, ale odarcie zbliżenia z tego z czym powinno być w swojej istocie: bliskością, miłością, czułością. To co widzimy na scenie to czynność mechaniczna, z której zieje emocjonalną pustką… Po chwili kurtyna opada, na widowni zapala się światło… a widzowie, którzy przyszli do teatru jedynie na „seks” mają możliwość opuścić widownię… nikt jednak nie korzysta z możliwości jaką daje reżyserka.

Gdy ponownie podnosi się kurtyna, spektakl zaczyna płynąć wolniej. Uwagę przykuwa scenografia (Katarzyna Borkowska), pomieszczenie o białych ścianach, na których wiszą wielkoformatowe czarne płótna, przywodząca na myśl skojarzenie z Kaplicą Rothko. Ta wielowyznaniowa świątynia jest obrazem stanu emocjonalnego autora – jego przygnębienia, pogłębiającej się melancholii, która sprawiła, że jego prace stawały się coraz ciemniejsze, mroczniejsze, pesymistyczne. Jest to wizualizacja pustki i rozpaczy, wieczności i nieskończoności, która przytłacza i nie daje nadziei. Scenografia narzuca interpretację „Śmierci i dziewczynie” podkreślając samotność i jałowość egzystencji postaci. Bohaterowie bowiem tkwią w toksycznych relacjach interpersonalnych. Nadopiekuńcza matka (Ewa Skibińska) terroryzuje córkę emocjonalnie. Wpędzając ją stale w poczucie winy, permanentnie umniejszając jej wartość w efekcie doprowadza do zaburzeń psychicznych córki, objawiających się skłonnością do masochizmu i niezdolności do nawiązywania prawidłowych więzi emocjonalnych. Brak ojca w wychowaniu, także rzuca się cieniem na jej życie. Córka (Małgorzata Gorol) łaknie miłości i bliskości, ale nawiązanie relacji z partnerem okazuje się być ponad jej siły. Z biegiem lat staje się kopią matki, ze wszystkimi jej wadami i niedoskonałościami.

Drugim ważnym tematem spektaklu Eweliny Marciniak jest ciało poddawane szaleńczemu treningowi, niemal tresurze. Słuchamy zwierzeń pianistki (Katarzyna Strączek) o poddawaniu się zabiegom mającym na celu „wydłużenie” palców u rąk, widzimy jej mordercze ćwiczenia, po których z jej dłoni spływa krew, jesteśmy świadkami psychicznego terroru jakiemu jest poddawana by stać się wirtuozem. Oglądamy także efekt intensywnego treningu fizycznego, któremu musieli poddać się aktorzy – niezwykłą choreografię imitującą jazdę figurową na lodzie oraz pokaz gimnastyki artystycznej. Jesteśmy świadkami tresury uczniów w szkole i w domu. Tego typu działania zdają się być powszechne we współczesnym świecie, musimy być lepsi od innych, by osiągnąć sukces. Może tu należy upatrywać przyczyny wyścigu szczurów, tej chorej rywalizacji prowadzącej do osiągnięcia wyznaczonego celu bez względu na wszystko? Jaką cenę za to zapłacimy?
Ewelina Marciniak zastanawia się też nad problemem postrzegania ciała chorego, niepełnosprawnego. Uwagę przykuwa scena, w której Córka, wraz ze swoim partnerem, odwiedza w szpitalu chorego ojca, który zachowuje się w sposób niekonwencjonalny. Pragnąc pogłaskać córkę po głowie zaczyna ciągnąć ją za włosy. Szarpie jej partnera, chwyta za but, próbuje go lizać. Jego powyginane przez wzmożone napięcie mięśniowe ciało, cieknąca z ust ślina wzbudzają niechęć mężczyzny, a na jego twarzy dostrzegamy grymas obrzydzenia. Opędza się od chorego. Jest to scena niezwykle przejmująca, bo niestety tak bardzo prawdziwa. Czy w naszym wyestetyzowanym świecie jest miejsce dla ludzi chorych i niepełnosprawnych? Czy tolerancja nie jest tylko pustym słowem?

„Śmierć i dziewczyna” jest spektaklem przepięknym wizualnie wspaniała scenografia, kostiumy i światło. Cudowna, niezwykle sensualna choreografia Dominiki Knapik, przywodząca na myśl skojarzenie z body art Zofii Kulik. A wszystko okraszone przejmującą muzyką Piota Kubiaka przeplatającą grane na żywo utwory Jana Sebastiana Bacha i Érica Alfreda Lesliea Satie. „Śmierć i dziewczyna” zachwyca ale jednocześnie przytłacza widza, bowiem jest opowieścią o dojmującej egzystencjalnej pustce, przerażającej samotności – samotności wśród ludzi. To obraz śmierci za życia, pogrzebu życia… człowieczeństwa…

Spektakl prezentowany podczas 36. Warszawskich Spotkań Teatralnych.

(plakat – źródło: Teatr Polski we Wrocławiu: / http://www.teatrpolski.wroc.pl/)

Ocena:

„Płatonow” Narodowy Stary Teatr w Krakowie


Konstantin Bogomołow zaprasza widzów do niewielkiej kawalerki. Na pierwszy rzut oka widać, że mieszkanie jest mocno zniszczone. Uwagę przykuwają obdrapane ściany i stare wyposażenie – mamy tu i lodówkę i kuchenkę, gdzieś z boku stoi pralka, szafy, łóżka, biurko, stół – wszystko to, co niezbędne jest w codziennym życiu. Górna część sceny obwieszona jest niewielkim lampkami, które przywodzą na myśl skojarzenie z rozgwieżdżonym niebem, gdy dobrze się przyjrzymy możemy znaleźć konstelację „wielkiej niedźwiedzicy”. Na niebie lata statek kosmiczny, a w tle słyszymy delikatną muzykę. Bogomołow konstruuje swoisty mikrokosmos, mikrokosmos relacji międzyludzkich, by zdemaskować ludzką małość, słabość i przyjrzeć się społecznemu funkcjonowaniu człowieka oraz roli kobiecej i męskiej we współczesnym świecie.

Intryga w „Płatonowie” jest dość prosta, można streścić ją w kilku słowach. Znudzony życiem na prowincji Płatonow pragnie urozmaicenia, a sposobem na nudę są liczne romanse. Zawraca w głowie kolejnym kobietom, gdyż jak lep przyciąga je swym urokiem osobistym i niezwykle interesującą osobowością. W rzeczywistości jednak okazuje się obłudnikiem, pozerem i egocentrykiem wykorzystującym naiwność kobiet.

Bogomołow w „Płatonowie” zamienił płeć bohaterów sztuki, to znaczy, że kobiety grają role męskie, a mężczyźni – kobiece. Lecz nie ucharakteryzował swoich bohaterów na płeć przeciwną, aktorzy występują w kostiumach typowych dla swojej płci. Wiek bohaterów także nie ma w spektaklu znaczenia, starsze wiekiem postacie grają młodzi aktorzy. To odarcie postaci z wieku i płci sprawia, że aktorzy nie wchodzą w dobrze im znane schematy, nie próbują na siłę grać kobiety czy mężczyzny, a właściwie tego czym ich zdaniem jest „kobiecość” i „męskość”. Aktorzy po prostu wchodzą na scenę i recytują tekst. Tekst jest tu najważniejszy, mimo iż podawany na chłodno, pozbawiany emocji i interpretacji aktorskiej. Ta surowa forma inscenizacji pozwala, wbrew pozorom, doskonale wybrzmieć tekstowi Czechowa. Uwypukla jego istotę, bowiem „Płatonow” jest niezwykle ciekawym studium manipulacji. Jednocześnie Bogomołow nadaje dramatowi Czechowa nowy sens, bowiem przez zamianę płci bohaterów „Płatonow” staje się opowieścią o roli kobiety i mężczyzny we współczesnym świecie. Jak wiadomo emancypacja kobiet oraz prężnie działający ruch feministyczny wpłynęły na zmianę modelu funkcjonowania rodziny oraz postrzeganie roli kobiecej i męskiej w społeczeństwie. Współczesne kobiety mimo, iż są żonami i matkami realizują się w życiu zawodowym, często odnosząc sukcesy i zarabiają więcej od swoich partnerów, a co za tym idzie nie są zależne finansowo. Są silne, niezależne, można rzec, że „założyły spodnie” i stały się głowami rodzin. Od swoich partnerów wymagają już nie tylko zarabiania na utrzymanie rodziny, bo to przestało być tak istotne, ale czynnego udziału w wychowaniu dzieci (urlopy tacierzyńskie) i wykonywaniu obowiązków domowych. Można powiedzieć, że role się odwróciły. Mężczyźni teraz jawią się jako słabsi, zależni i zdominowani. Można zaryzykować stwierdzenie, że kobiety same wręcz sprowadzają mężczyzn do roli, którą same dawniej pełniły. W spektaklu Bogomołowa to mężczyźni stają się ofiarami kobiecych manipulacji. Są podporządkowani i uzależnieni od kobiet, oczywiście próbują się przeciwstawiać, buntować, lecz to się nie udaje. Może brak im pomysłu? Odwagi? Sprzeciw sprowadza się jedynie do krzyku rozpaczy. Bo co innego mogą zrobić? Sytuacja i tak nie ulegnie zmianie, bo zmiana nastąpiła już dawno i to co było już nie wróci. Można jedynie krzyczeć… z żalu, niezgody, rozczarowania. Bogomołow podkreśla to swoiste zakończenie „dawnych porządków” wplatając w tekst „Płatonowa” fragment „Wiśniowego sadu”. Uwagę widza przykuwa postać żyda, którą Bogomołow przedstawia jako kosmitę podkreślając jego „inność” przedziwną fryzurą i spiczastymi uszami. Przybysz na spotkanie z bohaterami spektaklu przylatuje statkiem kosmicznym. Scena ta wywołuje uśmiech na twarzach widzów. Co oznacza żyd-kosmita? Czy celem reżysera było ukazanie religii jako czegoś „obcego”, niezrozumiałego i tak odległego współczesnemu człowiekowi? A może jest to symbol wartości? A może oznacza coś zupełnie innego?

„Płatonow” Bogomołowa zdecydowanie wyróżnia się spośród przedstawień, które na co dzień możemy oglądać w teatrach. Pozwala odkryć na nowo, tak dobrze nam znany tekst. Jest jedną z najciekawszych inscenizacji Czechowa, jakie miałam przyjemność oglądać.

Spektakl prezentowany podczas 36. Warszawskich Spotkań Teatralnych.

(plakat – źródło: Narodowy Stary Teatr: / http://www.stary-teatr.krakow.pl/)

Ocena:

„Historyja o Chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim” Teatr „Wierszalin” w Supraślu


„Historyja o Chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim” autorstwa Mikołaja z Wilkowiecka wydana została w XVI wieku. Tekst misterium wielkanocnego był powszechnie znany i wystawiany, aż do końca XVIII wieku, a w odświeżonej przez Jana Karola Dachnowskiego wersji znanej pt.”Historia o Zmartwychwstaniu Pańskim” grany był we wsiach, w okolicach Tarnowa, do połowy XIX wieku. Do oryginalnego tekstu „Historyji…” powrócił w swojej inscenizacji Kazimierz Dejmek w 1961 roku. W teatrze Studio w ramach Festiwalu Gorzkie Żale mieliśmy możliwość obcowania ze staropolskim tekstem w nieco unowocześnionej inscenizacji, która jak mówi o niej sam reżyser Piotr Tomaszuk „łączący przeciwstawne kategorie estetyczne – wzniosłość i banalność, religijną mistykę i rustykalna prostotę”. „Hisoryja…” obejmuje wydarzenia od złożenia Chrystusa do grobu, do chwili, spotkania niewiernego Tomasza ze zmartwychwstałym Chrystusem.

Reżyser przeniósł akcję dramatu do współczesnej, podlaskiej wsi. Mieszkańcy wsi pod czujnym okiem proboszcza wystawiają misterium. Scenografia imituje wnętrze drewnianego kościoła. W centrum znajdują się drzwi do kaplicy, z lewej strony ambona, z której kapłan czyta tekst Prologusa. Na licznych drewnianych konstrukcjach aktorzy wieszają obrazy malowane na wyprawionej skórze przedstawiające sceny, o których jest mowa w tekście. Światło jest delikatne, takie, jakie zwykle spotykamy w kościołach, gdy po skończonej Mszy Św. zostajemy na chwilę modlitwy. Jest to światło sprzyjające wyciszeniu i skupieniu. Oparta na rytmie muzyka, wprowadza widza w trans, a wykonywane przez artystów pieśni (między innymi „Chrystus Zmartwychwstan jest” wydaną w 1838 roku) budują podniosły nastrój misterium. Aktorzy ubrani są w stroje odzwierciedlające charakter mieszkańców wsi jest tu strażak, urzędnik, dziewczyna z walizką, wdowa. Przed rozpoczęciem każdej sceny aktorzy wwożeni są wózkiem, stoją na nim nieruchomo, są jak wyrzeźbione w drewnie figury. Ich ruch jest kanciasty, imituje sposób poruszania się mechanicznych dziecięcych zabawek. Postacie wydają się być zaprogramowane, jakby z góry sterowane, odnosi się wrażenie, ze ma tu miejsca na improwizację. Spektakl jest zlepkiem pięknych scen-obrazów, płynnie następujących po sobie. Wzniosłych, choć nie pozbawionych elementów humorystycznych. Zachwyca staropolski język, który mimo licznych archaizmów jest wciąż zrozumiały, a tekst dramatu wciąga. Mimo, iż został napisany kilka wieków temu jest wciąż aktualny, bowiem zawiera prawdę o człowieku, demaskuje nasze wady, słabości i niedoskonałości. Widz pozostaje z rodzącym się w głowie pytaniem: czym jest wiara dla współczesnego człowieka?

Znakomity spektakl, polecam :)

Spektakl prezentowany w Teatrze Studio w ramach Festiwalu Gorzkie Żale.

(plakat – źródło: Teatr „Wierszalin: / http://www.wierszalin.pl/)

Ocena:

„Projekt dekalog czyli folwarczne imaginarium” Dom Polski w Zakrzewiu


„Projekt dekalog czyli folwarczne imaginarium” jest czwartym projektem reżysera i choreografa Mikołaja Mikołajczyka zrealizowanym w Domu Polskim w Zakrzewiu. Spektakl był prezentowany 27 lutego w Teatrze Imka w ramach Festiwalu Gorzkie Żale.

Założeniem spektaklu było spotkanie dwóch różnych światów gdzieś daleko na wsi, na tzw. „kulturalnej pustyni”. W projekcie spotkali się artyści i amatorzy – seniorzy, działający wcześniej jako Chór Wrzosy i młodzież, by wspólnie przyjrzeć się wierze katolickiej i odpowiedzieć na pytanie czym ona jest dla nas dzisiaj? W Katolicyzmie zostaliśmy wychowani, wiara określa naszą tożsamość, stanowi znaczącą część naszej kultury. Dekalog wyznacza zasady moralne, którymi jako wyznawcy Chrystusa powinniśmy się w życiu kierować. Lecz czy tak rzeczywiście jest? Mikołajczyk swój spektakl nie bez przyczyny osadza na polskiej wsi, bowiem wieś szczególnie kojarzy się z kultywowaniem chrześcijańskiej tradycji i obrzędowości. W scenie recytowania „Dziesięciu przykazań” uświadamia naszą religijną hipokryzję. Mikołajczyk ze swoimi religijnymi rozważaniami idzie dalej. Przygląda się zagadnieniu relacji Bóg – człowiek, której podstawą jest miłość. Zmusza publiczność do odpowiedzenia sobie na pytanie – czym jest miłość w dzisiejszych czasach? Pustym, nadużywanym słowem? Czy wyrazem szacunku, prawdy, poświęcenia, bezinteresowności czyli tym, czym powinna być w swojej istocie? Mikołajczyk bierze na plecy szubienicę i niesie ją przez scenę w taki sposób, w jaki Chrystus niósł krzyż. Na szubienicy wiesza ogromne czerwone serce – symbol miłości, które niszczy siekierą na oczach widzów. Z serca wypadają krwistoczerwone kwiaty… a aktorzy opowiadają nam o namiętności, pożądaniu i miłości do życia… Bo co może stanowić większą wartość niż życie, gdy z upływem lat nabieramy coraz większej świadomości naszej skończoności? Może wtedy pozostaje nam jedynie czerpanie radości z naszego istnienia na tyle na ile się da i puki się da? Aktorzy – Seniorzy mówią o tym, że radość sprawia im sam fakt, że jeszcze mogą się poruszać, grać, że jeszcze mogą kochać, być z drugim człowiekiem… i częstują widzów wódeczką i chlebem…

Aktorzy – Seniorzy zachwycają urokiem osobistym, zarażają niezwykłą energią, wigorem, radością życia. Muzycy grający w spektaklu, świetni technicznie, niestety sprawiają wrażenie jakby nie do końca mogli odnaleźć się w proponowanej przez reżysera koncepcji spektaklu. Bardzo ciekawe są materiały video (zwłaszcza wizualizacje), nie podobał mi się natomiast tekst monologu Grażyny Misiorowskiej prezentowany jako swoiste zakończenie spektaklu. Uważam, że był przeładowany dydaktyzmem i zupełnie niepotrzebny, bowiem spektakl obronił by się bez „nachalnego” podsumowania.

„Projekt dekalog czyli folwarczne imaginarium” to moje drugie spotkanie z seniorami z Zakrzewa i mam nadzieję, że nie ostatnie, bo są wspaniali :)

(fot. P. Brzeziński)

Ocena:

„Loser” i „Przeklęty niech będzie zdrajca swej ojczyzny” w Teatrze Powszechnym

21-22 listopada w Teatrze Powszechnym w ramach bloku tematycznego „Krzyczcie!” prezentowane były spektakle polityczne artystów – buntowników Árpáda Schillinga i Olivera Friljica, odbyła się także debata „Europejski teatr w obliczu konserwatywnej rewolucji” z ich udziałem. Weekendowe wydarzenie w Teatrze Powszechnym nabrało szczególnego znaczenia zwłaszcza w kontekście wydarzeń związanych z premierą spektaklu Eweliny Marciniak „Śmierć i dziewczyna” w Teatrze Polskim we Wrocławiu oraz działań mających na celu odwołanie Jana Klaty z funkcji dyrektora Starego Teatru w Krakowie.


Árpád Schilling w „Loserze” (węg. przegrany) odwołuje się do autorytarnych rządów Viktora Orbana. Spektakl zaczyna się jak performance. Schilling stoi na pustej scenie (scena i widownia są oświetlone) i zaczyna opowiadać o trudnej sytuacji społeczno–politycznej na Węgrzech. Mówi, że konstytucja i system edukacyjny zostały zmienione, promowany jest konserwatyzm religijny, a co za tym idzie zmniejsza się tolerancja wobec mniejszości seksualnych, a prawa kobiet są ograniczane. Wolność słowa nie istnieje, wypowiedzi artystyczne i media są cenzurowane. Sztuka niezależna przestaje być finansowana przez państwo, w związku z tym Teatr Kretakor zostaje zamknięty, a reżyser niejako zmuszony, by swoje niezależne projekty realizować za granicą. Te wydarzenia skłoniły Schillinga do walki w obronie wolności. Staje na scenie nagi, by stać się żywym pomnikiem symbolizującym wstyd narodu węgierskiego. Prosi publiczność, by na jego ciele zapisała wiadomości skierowane do narodu węgierskiego.

Schilling manipuluje widzem stwarzając sytuację, w której nie jesteśmy pewni czy reakcje osób siedzących na widowni są spontaniczne czy wyreżyserowane. Publiczność wzdycha z oburzeniem, gdy niezadowolony widz poddaje w wątpliwość sens prezentowanego przez Schillinga performance’u i żąda zwrotu pieniędzy za bilet. Odnosi się wrażenie, że Schilling kpi z siebie jako artysty niezależnego. Następnie prezentowane są scenki, w których w krzywym zwierciadle przedstawia walkę artysty z systemem. Najpierw jest to bunt, potem próba dostosowania się do obowiązujących zasad za cenę rezygnacji z siebie, swoich przekonań. Schilling w „Loserze” stawia pytanie o to czy człowiek może przeciwstawić się władzy i jaka jest rola artysty w tym procesie.


„Przeklęty niech będzie zdrajca swej ojczyzny” Olivera Friljica odnosi się do wojny w Jugosławii – traumatycznego przeżycia, które do tej pory nie zostało przepracowane. Spektakl jest zbiorem scen-obrazów powstałych z opracowanych dramaturgicznie improwizacji aktorów. Na pustej scenie leżą aktorzy, każdy z nich trzyma instrument, na którym zaczyna grać. Scena ta przywodzi na myśl skojarzenie z usianym w trupy polem bitwy. Następnie każdy z aktorów opowiada, w jaki sposób spektakl „Hej Słowianie!” w reżyserii teatralnego „terrorysty” Olivera Firljicia przyczynił się do jego śmierci, w jakiej sytuacji zastała ich wieść o śmierci Tito, czy jak zareagowali na informację, że jedna z aktorek chce zrezygnować z udziału w spektaklu. Niezwykle przejmująca jest scena dokonywania mordu na tle etnicznym, która przeradza się w pokaz mody – na scenę wchodzą aktorzy z nożami w rękach, ubrani we flagi krajów byłej Jugosławii.

Oliver Friljic zadaje pytania o granice społecznej i artystycznej wolności. Mówi o potrzebie tolerancji i walki ze stereotypami, zmusza do przeanalizowania naszej obywatelskiej odpowiedzialności – indywidualnej i zbiorowej. Zwraca się bezpośrednio do polskiego widza (ta część została napisana specjalnie na warszawski pokaz) odnosząc się do wygranych wyborów przez prawicę, odwołania Jana Klaty ze stanowiska dyrektora Starego Teatru, niechęci wobec przyjmowania uchodźców z Syrii. Jednak ten fragment tekstu nie dotyka polskiego widza, wywołuje uśmiech, jest swego rodzaju „ciekawostką”. Niestety przywołuje krążący w świecie stereotyp „polskich obozów koncentracyjnych”, bowiem ze sceny padają słowa „zrobiliście w swoim kraju czystkę etniczną…”. Szkoda, że artyści nie pokusili się o zagranie oryginalnej wersji spektaklu, ponieważ tak naładowane emocjami dzieło obroniłoby się.

„Przeklęty niech będzie zdrajca swej ojczyzny” jest majstersztykiem reżyserskim. Friljic zmienia sceny bardzo szybko, genialnie żongluje emocjami widza, miażdży go psychicznie, by za chwilę wywołać uśmiech, a właściwie nerwowy grymas na jego twarzy. Ten niezwykle brutalny, przeładowany przemocą, skierowaną bezpośrednio do publiczności, spektakl ma na celu zmuszenie widza refleksji. Jest także pytaniem o rolę publiczności w teatrze.

(zdjęcia – źródło: Teatr Powszechny / www.powszechny.com)

Ocena:

„Pelcia, czyli jak żyć, żeby nie odnieść sukcesu” Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie

W centrum zaciemnionej sceny siedzi Marta Morska (Joanna Szczepkowska) i z niezwykłym wyczuciem gra na fortepianie. Gdy zapalają się światła okazuje się, że ta wybitna pianistka gra na blacie stołu w obskurnym mieszkaniu. Fortepian właśnie zabrał komornik. Mieszkanie jest własnością Pelci – przyjaciółki Marty. Pelcia zaopiekowała się Martą po tragicznej śmierci rodziców. Kupiła fortepian, by wychowanka mogła rozwijać talent muzyczny. Marta Morska zrobiła światową karierę i okrzyknięta została cudownym dzieckiem PRL-u. Niestety dzisiaj nikt już o niej nie pamięta. Rozczarowana własnym życiem i światem, zamyka się w mieszkaniu staruszki. Rozdygotana emocjonalnie balansuje między życiem a pragnieniem śmierci – próbuje powiesić się na żyrandolu. Wydaje się być szalona, pali wyimaginowane papierosy, pije nieistniejący alkohol, wierzy, że w kuchni powiesił się jej anioł stróż, a tatuś po śmierci zamienił się w pajączka. Już samo ubranie Marty jest dziwne – na czerwoną wieczorową suknię zarzucony ma turkusowy szlafrok. W świat Marty niespodziewanie wkracza Piotr (Jan Jurkowski). Puka do drzwi i prosi o umożliwienie naładowania baterii telefonu, gdyż czeka na telefon w sprawie pracy. Wychowany w krwiożerczym kapitalizmie dwudziestokilkulatek ima się różnych zajęć, by zarobić na życie.

Spektakl Joanny Szczepkowskiej zrobiony jest w konwencji klasycznego teatru. Plusem jest znakomite aktorstwo. Świetny jest Jan Jurkowski w roli żyjącego w ciągłym pędzie, uzależnionego od telefonu komórkowego młodego muzyka. Zachwyca Joanna Szczepkowska w roli wyalienowanej, bezradnej Marty. Genialnej pianistki i jednocześnie niezrównoważonej kobiety mierzącej się z traumami dzieciństwa. Uwagę przykuwa scenografia – wielki banner reklamowy zarabiający na remont kamienicy, w której mieszka Pelcia. Wystrój mieszkania inspirowany jest estetyką PRL-u.

„Pelcia…” jest opowieścią o spotkaniu dwóch pokoleń. Czasy, w których dorastali bohaterowie (PRL i kapitalizm) ukształtowały ich w zupełnie inny sposób. Z jednej strony mamy permanentny pośpiech, kontakty międzyludzkie ograniczone do rozmów telefonicznych i smsów, pogoń za karierą. Z drugiej strony rozpamiętywanie przeszłości, wspomnienia, szczerą rozmowę, rezygnację z sukcesu i sławy. Marta i Piotr są totalnie różni, nie ma między nimi nici porozumienia. Nawet wspólna pasja, jaką jest muzyka, nie łączy ich. Z tego spotkania nic nie wynika, bowiem nic w nich nie zmienia. Oglądając spektakl odniosłam wrażenie, że jest on gorzką krytyką współczesnych młodych ludzi. Wyrazem braku nadziei na zrozumienie i porozumienie międzypokoleniowe.

Spektakl był prezentowany w Teatrze Studio 9-11 października 2015.

Ocena:

„Joplin” Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu

And I know how you feel,
And I know you ain’t got no reason to go on
And I know you feel that you must be through.

(Janis Joplin „Little girl blue”)

Lata sześćdziesiąte XX wieku, subkultura hippisowska, kojarzą się z muzyką, wolną miłością, alkoholem i narkotykami. W tych realiach Tomasz Gawron osadził akcję spektaklu. Bohaterowie piją, rzygają, ćpają, w narkotycznym transie prowadzą pseudo filozoficzne dysputy o Bogu, muzyce i narządach płciowych kobiety. W scenach tych uderza ograniczająca bohaterów bezsilność, marazm, barak poczucia sensu, zagubienie. Do takiego świata należy Janis Joplin. Uzależniona od alkoholu i narkotyków, niezwykle zdolna wokalistka. Jej kariera trwała zaledwie kilka lat, ale mimo to stała się ikoną muzyki, jej utwory weszły na trwałe do kanonu rocka. Artystka zmarła z przedawkowania w wieku 27 lat.

Tomasz Gawron w swoim spektaklu zwraca uwagę na wydarzenia, które zdeterminowały życie i karierę Joplin, między innymi: bezpłodność, brak akceptacji rówieśników. Pokazuje „wewnętrzne rozedrganie” wokalistki, które jest nie tylko efektem działania środków psychoaktywnych (znakomita scena wywiadu). Jednak to muzyka jest najważniejsza w „Joplin”, a rekonstrukcja koncertu stanowi najlepszą część spektaklu.

Zachwyca Natalia Sikora, która w roli sławnej artystki jest niezwykle przekonująca. Fenomenalnie naśladuje sposób poruszania się, śmiech i „skrzeczący” wokal Joplin.

Spektakl Teatru Muzycznego Capitol we Wrocławiu, prezentowany podczas Niecodziennego Festiwalu Teatralnego „Polska w Imce”.

Ocena:

„Wielcy inni: Jezus, Gombrowicz, Osiecka” – Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu


Monodram autorstwa Jacka Kozłowskiego zdobiony jest w konwencji stand-up comedy.

Mirosława Żak zmieniając uczesanie i buty (sandały, trzewiki za kostkę, pantofle na obcasie) wciela się w Jezusa, Witolda Gombrowicza i Agnieszkę Osiecką. Każda z postaci jest zupełnie inna, ale łączy je jedno – egocentryzm. Jezus jest zafiksowany na trudnych relacjach z ojcem. Zarzuca ojcu brak miłości Tym, którzy klepią od lat „Bóg jest miłością. Bóg jest miłością”, odpowiadam, że osobiście, jako jego syn nic o tym nie wiem. Opowiada, że ojciec nie miał dla niego czasu, wymagał tylko by spełniał jego oczekiwania, wreszcie wysłał go na śmierć. Panicznie boi się krzyży i gwoździ, by poradzić sobie z traumą korzysta z porad psychoterapeuty. Witold Gombrowicz próbuje odnaleźć się między trzema rolami jakie pełni w życiu – męża, pisarza i człowieka. Skoncentrowany na swoim stanie zdrowia: Zapytał mnie raz kolega na wieczorku autorskim: Witold, czy Ty kiedykolwiek byleś zdrowy? Odpowiedziałem, że raz tak, przez trzy minuty i wolałbym tego nie powtarzać. Z dumą opowiada o podbojach seksualnych. „Żarliwie” dziękuję żonie, że zgodziła się na publikacje „Kronosa”, a co za tym idzie – ośmieszyła go publicznie. Agnieszka Osiecka, ze szklaneczką whisky w dłoni, kontempluje swoją twórczość. Uwielbia siebie jako artystkę-poetkę. Opowiada o piciu i mężczyznach, których traktuje przedmiotowo. Wszyscy mężczyźni mojego życia Jeremi Przybora, Daniel, ostatecznie jak już zbierali się do wyjścia zawsze pytali się „Agnieszka, co ja jeszcze mogę dla ciebie zrobić?” – „Zabić się”.

Jezus, Gombrowicz i Osiecka przedstawieni zostali w sposób prześmiewczy, złośliwy, ale spektakl nie oburza, wręcz przeciwnie przedstawione postacie darzy się większą sympatią. Jacek Kozłowski nie strącił „Wielkich” z piedestału ale nadał im bardziej ludzkie oblicze.

Scenografia ogranicza się do potężnego stołu, z którego w różny sposób korzystają postacie (Jezus na nim siada, Osiecka podpiera się w stanie upojenia alkoholowego). Z tyłu sceny wyświetlane są zdjęcia kojarzące się z odgrywanymi przez Mirosławę Żak postaciami (witraż, zdjęcie Rity Gombrowicz). Zachwyca aranżacja i wykonanie utworów, które są swoistym komentarzem do odgrywanych postaci. Mirosława Żak oczarowuje publiczność, chłonie się każde jej słowo, nie spuszcza się z niej wzroku nawet na chwilę.

Spektakl Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu, prezentowany podczas 13. Ogólnopolskiego Przeglądu Monodramu Współczesnego w Teatrze WARSawy.

(plakat – źródło: Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu / http://teatr.walbrzych.pl)

Ocena:

„Spowiedź szaleńca” Teatr Polski w Poznaniu

„Spowiedź szaleńca” to monodram na podstawie autobiograficznej powieści Augusta Strindeberga. Spektakl rozpoczyna się w foyer teatru. Przy drzwiach wejściowych staje, ubrany w suknię ślubną, Przemysław Chojęta. Zaczyna opowiadać o filmie, który zrobił na nim wrażenie- ludzie zamknięci są w pomieszczeniu, mimo, że drzwi są otwarte, nie mogą się z niego wydostać, a może nie chcą? W podobnej sytuacji znajduje się bohater spektaklu, nie może uwolnić się od wspomnień o byłej kobiecie. Przemysław Chojęta zdejmuje suknię. Malując kreski dzieli swoje ciało na części i oznacza je numerami. Zachęca widzów, by wymieniali numery znajdujące się na jego ciele, to staje się pretekstem do opowieści o związku- historii, która zapisała się głęboko w każdej części jego ciała. Następnie widzowie zostają zaproszeni na widownię, czyli do „Muzeum” bohatera, by się tam dostać muszą przejść nad leżącym w drzwiach Przemysławem Chojętą. Scenografia (Kornelia Trawkowska) przywodzi na myśl pokój szaleńca – ogromne tablice pokryte zdjęciami, notatkami, rysunkami. W centrum znajduje się ekran, na którym w zbliżeniu pokazywane jest ciało kobiety, bowiem bohater spektaklu zachwycony jest czysto fizycznym pięknem ukochanej, a nie jej osobowością. Traktuje swoją kobietę niemal jak bóstwo, niestety z czasem dostrzega, że jest zwykłą kobietą, zmieniającą się stopniowo w heterę. Zdradza go z kobietami i mężczyznami, traktuje gorzej niż psa, i w końcu porzuca. Uwielbienie zmienia się w frustrację, złość. Bohater nienawidzi swojej ukochanej, ale nie jest wstanie uwolnić się od wspomnień o niej, próbuje popełnić samobójstwo.

„Spowiedź szaleńca”, w reżyserii Łukasza Zaleskiego, z jednej strony jest studium cierpienia mężczyzny po utracie kobiety. Litujemy się nad mężczyzną –ofiarą kobiecych intryg. Z drugiej strony spektakl jest swego rodzaju próbą wybielenia się bohatera w oczach widzów, usprawiedliwienia szowinizmu.

„Spowiedź szaleńca” ogląda się bardzo dobrze, znakomity jest Przemysław Chojęta. Niestety przechodzenie widzów między foyer a widownią, oglądanie „Muzeum” podczas spektaklu rozprasza uwagę widza.

Spektakl Teatru Polskiego w Poznaniu, prezentowany podczas 13. Ogólnopolskiego Przeglądu Monodramu Współczesnego w Teatrze WARSawy.

Ocena:

Starsze wpisy