Subiektywnie o teatrze

warszawski blog teatralny

Kategoria: DZIKA strona WISŁY

Bur.Sa


W Dzikiej stronie Wisły nie czuję się jak w teatrze, nastrój panujący w klubokawiarni przywodzi na myśl skojarzenie z obrazami „The last crumb (In The Restaurant La Mie)” i „Monsieur Boileau at the Café” Henriego de Toulouse-Lautrec’a. Z zakupioną w barze kawą siadam przy okrągłym stoliku tuż pod sceną, obok mnie miejsca zajmują kolejni widzowie, sala stopniowo się zapełnia. W oczy bije intensywna czerwień kurtyny, spod której wydobywają się smugi dymu, z zaplecza dobiega dźwięk strojonej gitary. Gdzieś za plecami słyszę strzępki prowadzonych ściszonym głosem rozmów. Atmosfera jest swobodna, sprzyjająca relaksowi po ciężkim dniu pracy, bowiem spektakl prezentowany jest w środku tygodnia. W tle rozbrzmiewa spokojny męski głos, który każe zamknąć oczy, wyciszyć się, a następnie odnaleźć w sobie i utulić „wewnętrzne dziecko”. Czuję się jakbym właśnie rozpoczęła grupową psychoterapię, ale to nie my-widzowie będziemy poddawani analizie, nie bezpośrednio. Nasz udział w sesji, w tym momencie się kończy. Za kurtyny wyłania się Andrzej Bursa (Miron Jagniewski), ubrany w szary szlafrok i skarpety frote, siada na skraju sceny. Układając budowlę z rozłożonych na scenie drewnianych klocków i animując gumowe kaczuszki recytuje „Bajkę” – utwór o mężczyźnie, który podpadł cesarzowi i został skazany na ścięcie, mówi jakby opowiadał dziecku historyjkę na dobranoc. Do kogo właściwie protagonista kieruje opowieść? Do swojego 3-letniego syna? Tuląc kukłę – wykonaną z dziecięcego kombinezonu, zdaje się być przepełniony ojcowskimi uczuciami. Syn i życie rodzinne są dla Bursy bardzo ważne, chronią go przed światem zewnętrznym przepełnionym cierpieniem. Lecz gdy rozbija zawieszoną tuż nad sceną papierową kulę wypełnioną cukierkami, czy opisuje dziecięcą zabawę w aniołka i staruszka, odnoszę wrażenie, że osłaniać przed okrucieństwem zewnętrznego świata ma poetę jego „dziecięca” część psychiki, to „wewnętrzne dziecko”, które każdy z nas ma, a z którym nie zawsze potrafimy się skomunikować. Zawieszony gdzieś pomiędzy „muszę” a „chcę”, Bursa ten kontakt z pierwotną twórczą energią próbuje nawiązać, od pierwszej sceny.

W spektaklu Agaty Biziuk, motyw „wewnętrznego dziecka” powraca jak bumerang, ośmieszając zinfantylizowane społeczeństwo. Współczesnych Piotrusiów Panów, skoncentrowanych na sobie, biegających na konsultację do psychologów i trenerów rozwoju osobistego, by na nowo odkryć w sobie ciekawość świata, kreatywność, spontaniczność, umiejętność cieszenia się życiem. Relaksujących się przy grach planszowych, kolorowankach, czy podczas jazdy na hulajnodze (w Nowym Yorku otworzono specjalne przedszkole dla dorosłych pomagające w walce ze stresem i radzeniu sobie z problemami). Niesamodzielnych, nieodpowiedzialnych wiecznych dzieci, które może powinny, jak mówi ze sceny Bursa, dostać od Państwa 500+ na swoje „wewnętrzne dziecko”? Ale czy pozytywnego nastawienia, kipienia pomysłami, dyspozycyjności nie wymaga od nas współczesny świat? Czy da się od tego uciec, od świata zabijającego w nas młodzieńczy zapał i energię? Od świata, w którym rozpadowi ulegają więzi międzyludzkie, w którym przestajemy interesować się drugim człowiekiem, jego emocjami, uczuciami, a kontakty interpersonalne stają się środkiem do osiągnięcia własnych celów? Może na taki świat jesteśmy skazani, na konformizm, biurokrację, okazjonalny patriotyzm, konsumpcjonizm, ateizm?

Miron Jagniewski bardzo dobrze wpisuje się w przestrzeń sceniczną spektaklu, doskonale ogrywając każdy jej element od szafek meblościanki, stosów gazet po kurtynę, a co więcej w – koncepcję przedstawienia rozgrywaną z ironicznym dystansem. W lekko zadymionej scenografii, inspirowanej wystrojem wnętrz lat siedemdziesiątych, z meblościanką obstawioną donicami z paprotkami, biurkiem obłożonym stosami gazet i dokumentów, Bursa zdaje się być uwięziony, skazany na rzeczywistość, w której przyszło mu żyć, z której nie ma ucieczki. Rzeczywistość, która przeraża, bowiem okazuje się tak bardzo prawdziwa. Agata Biziuk z wierszy Andrzeja Bursy wyciąga to, co jest nadal żywe i aktualne, nie dopisując do tekstu prawie nic, jedynie fragment zaczerpnięty z Pisma Świętego i prolog. Choć w spektaklu znajdziemy wiele odniesień do biografii poety – małżeństwa, rodzicielstwa, buntu przeciw porządkowi społecznemu, pracy dziennikarskiej, w efekcie otrzymujemy uniwersalną opowieść o człowieku – współczesnym obywatelu świata. Opowieść, okraszoną doskonałą muzyką (Robert Matera), która wciąga widza bez reszty.

„Bur.Sa” to drugi, po znakomitym „Wo(ja)czku”, spektakl, w którym Agata Biziuk na warsztat bierze twórczość poetów wyklętych, wyciągając na światło dzienne zapomniane dawno utwory. I można rzec spektakl – równie udany.

Ocena:

Słodka Fibi


Spektakl Iwo Verdala „Słodka Fibi” oparty jest na „Febe wróć” Michaela Gowa, tekście na dwóch aktorów, znanym stołecznej publiczności z inscenizacji Adama Guzińskiego w Teatrze Powszechnym (2008) czy Anny Augustynowicz w Teatrze TVP (2005). W nowej odsłonie, prezentowany jest w Dzikiej stronie Wisły, idealnym miejscu dla kameralnych produkcji, bowiem dającym możliwość bliskiego obcowania z aktorem, niemal wejścia w sceniczną rzeczywistość, co jako widz bardzo lubię. „Słodka Fibi” choć została napisana ponad 20 lat temu, zaskakuje aktualnością, doskonale opisując problemy współczesnych, młodych ludzi.

Helen (Małgorzata Klara) i Frazer (Adam Kuzycz-Berezowski) są przedstawicielami „aspirującej” klasy średniej – młodzi, zdolni, wykształceni. Rytm dnia wyznaczają im zawodowe obowiązki, bowiem kariera zdaje się być dla nich najważniejsza, lecz nie w pracy jest nam dane ich oglądać. Helen i Frazera poznajemy w czasie wolnym, gdy zmęczeni zasiadają w fotelach, w salonie, gdy nawzajem zdają sobie relację z tego, co wydarzyło się w pracy, gdy prowadzą grzecznościową pogawędkę, gdy uprawiają seks. Niby są razem, ale jakby żyli osobno. Skoncentrowani na sobie, swojej karierze, żyjący w swoim własnym świecie, jakby szklanej kuli, w której nie ma miejsca na bliskość, czułość, otwartość. Nawet seks jest automatyczny, nie wynika z potrzeby emocjonalnej i fizycznej bliskości, wyzuty z namiętności, jest raczej codzienną gimnastyką służącą rozładowaniu napięcia. W ten ich zorganizowany, egocentryczny, ziejący egzystencjalną pustką świat wkracza Fibi, suczka przyjaciółki, którą zgodziła zaopiekować się Helen, wywracając do góry nogami ich dotychczasowe życie. Pies zapełnia powstałą w ich związku lukę, staje się katalizatorem głęboko skrywanych emocji, uczuć, substytutem dziecka. Małżonkowie zaczynają odkrywać siebie na nowo, stają się bardziej spontaniczni, swobodni, otwarci. Niesforna suczka uświadamia im, że w życie to coś więcej niż pogoń za pieniądzem i wspinanie się po kolejnych szczeblach kariery, pozwala znaleźć w życiu nowy cel, nadać sens…

Małgorzata Klara i Adam Kuzycz-Berezowski, zachwycają kunsztem aktorskim, grają bardzo równo, naturalnie. Scenografia jest minimalistyczna. Z tyłu stoją cztery podłużne ekrany, na których wyświetlane są nazwy kolejnych dni tygodnia, z jednej strony obrazują upływający czas, z drugiej strony są designerską dekoracją stylowego apartamentu, który zamieszkują bohaterowie. Podłoga przykryta jest białym, puchatym dywanem, bo bokach stoją nowoczesne fotele, lampa i przepiękny, stary, czerwony telefon. Kostiumy (Agnieszka Miluniec) nawiązują do stylu retro. Swoją formą zdają się wpływać na zachowanie bohaterów, wymuszając określone pozy, usztywniając ruchy, są wizualizacją konwenansów, których zmuszeni zostali przestrzegać, w które zostali wtłoczeni jako przedstawiciele prężnie rozwijającej się, współczesnej klasy średniej, by ze społeczeństwa się nie wyróżniać. Gdy protagoniści ubrania zdejmują zmienia się ich zachowanie, stają się bardziej swobodni, otwarci, szczerzy, spod sztucznej kreacji wyłaniają się ich prawdziwe oblicza, emocje, bardzo dobrze widać to w scenie wyznaczania ubraniami drogi do domu dla Fibi. Zdejmowanie i zakładanie ubrań ma więc symboliczne znaczenie.

„Słodka Fibi” jest spektaklem niezwykle ciepłym, dowcipnym, ale też refleksyjnym. Jest diagnozą współczesnego świata. Świata, w którym pogoń za pieniądzem determinuje życie. Świata, który wymaga od nas dyspozycyjności. Świata, zdominowanego przez konsumpcję, w którym przedmioty, którymi się otaczamy stają się wyznacznikiem pozycji społecznej. Świata, który wymaga od nas koncentracji na sobie, na własnym rozwoju, karierze. Świata pozorów, złudzeń. Zabiegani, zmęczeni zapominamy o tym, co najważniejsze – otwartości na drugiego człowieka. Bohaterowie spektaklu dzięki Fibi zmienili swoje życie. Może warto więc zastanowić się nad przygarnięciem psa?

(fot. źródło: https://www.facebook.com/dzikastronawisly/)

Ocena:

Wo(ja)czek


Pańską twierdzą i wygnaniem jest ten pokój
Wieżą ponad dobrem złem i społeczeństwem
Czy pan czasem nie próbuje z niego uciec?
Z rozpaczliwych czterech kątów Piąty: śmierć

(Rafał Wojaczek „List do nieznanego poety”)

Przyznam, że na hasło Wojaczek stają mi przed oczami obrazy z filmu Lecha Majewskiego, przepełnione niepokojem, swoistym mrokiem. Bowiem jak inaczej można opowiedzieć o poecie kojarzącym się z licznymi bójkami, alkoholizmem, wieloma próbami samobójczymi, w tym ostatnią udaną po przedawkowaniu leków? Tylko w sposób depresyjny i przygnębiający. Takiego „klimatu” spodziewałam się idąc na monodram Michała Karczewskiego. Przez myśl mi nie przeszło, że o „poecie wyklętym” można opowiedzieć inaczej, tak lekko, z młodzieńczą energią. Zaskoczenie było duże.

Podstawę monodramu stanowią wiersze Wojaczka, bardzo zgrabnie wplecione w tekst Agaty Biziuk. Momentami trudno jest odróżnić, czy Michał Karczewski recytuje Wojaczka, czy dopisany tekst. Patrzymy na Wojaczka, na targające nim emocje przez pryzmat sztuki, którą tworzył. Jednocześnie analizując zachowanie poety, przyglądając się jego osobowości, bowiem to ona stanowi klucz do zrozumienia twórczości.

Poeta, jest sam w wynajętym pokoju. W pokoju w stylu retro: z „persem” na podłodze, starym fotelem, lampą z abażurem z frędzlami, stosami książek… i komputerem, z którego między innymi czyta recenzje swoich wierszy. Poeta przebywając z dala od czujnych spojrzeń ludzi zachowuje się swobodnie: śpiewa, tańczy, komentuje rzeczywistość. Z jednej strony wydaje się być zwykłym chłopakiem, który wkraczając w dorosłość zastanawia się nad sensem życia, a powracające wspomnienia skłaniają go do weryfikacji wyznaczonych sobie celów, planów, marzeń, a także refleksji nad niewykorzystanymi szansami, zmarnowanymi możliwościami. Z drugiej strony Wojaczek jest rozbity emocjonalnie. Wydaje się być przytłoczony otaczającą go rzeczywistością, w której nie potrafi się odnaleźć, w której czuje się niepewnie. Szuka sposobów by świat zewnętrzny „oswoić”, by wreszcie przestać cierpieć. Chwile ukojenia daje alkohol, erotyczne uniesienia, lecz ból istnienia może ostatecznie uleczyć tylko śmierć… śmierć go pociąga, fascynuje… jest stale obecna w jego myślach i poezji… a także na scenie, bo jej przedziwny taniec oglądamy na początku i na końcu spektaklu. Jednak w kreacji Karczewskiego, Wojaczek pozbawiony jest tego swoistego „mroku”, mroku czyhającej śmierci. Choroba poety natomiast zasygnalizowana jest przez twórców spektaklu już we wstępie. Prezentowany jest bowiem fragment „Schizofrenii” Antoniego Kępińskiego opisujący symptomy choroby. Zabieg ten sprawia, że na Wojaczka patrzymy przez pryzmat determinującej jego życie choroby. Choroby, która wpływa na jego zachowanie, osobowość, percepcję świata. W głowach widzów pojawia się pytanie czy gdyby nie choroba to Wojaczek żył by i tworzył przez kolejne lata? czy jego poezja byłaby taka sama?

„Wo(ja)czek” jest spektaklem doskonale zagranym. Michał Karczewski ma ogromną świadomość ciała, jego postać jest przemyślana – moją uwagę zwróciło ogromne napięcie ciała w pierwszych scenach, trzęsące się nerwowo ręce gdy ukryty pod folią palił papierosa, oraz precyzja z jaką w zachowaniu swojego bohatera ukazuje symptomy choroby. W sposób niezwykle zaskakujący i zabawny animuje części własnego ciała, tworząc z nich niemal równorzędnych „aktorów”. Z niezwykłą fantazją wykonuje przedziwny układ choreograficzny ze sztucznym lisem. Michał Karczewski gra niezwykle lekko, naturalnie, widać, że doskonale czuje się w roli. Na scenie obserwujemy współczesnego Wojaczka – młodego chłopaka, którego wewnętrzne rozterki wydaja się być powszechne, gdyż bez względu na czasy podobne pytania o sens bytu, przyszłość zadają sobie, przekraczając próg dorosłości, młodzi ludzie. W Wojaczku kreowanym przez Michała Karczewskiego, każdy z nas może odnaleźć cząstkę siebie, siebie z przeszłości.

„Wo(ja)czek” jest spektaklem przepełnionym młodzieńczą energią i świeżością, który pozwala na nowo odkryć poezję Wojaczka. Polecam gorąco, bo to jeden z ciekawszych spektakli, jakie miałam przyjemność ostatnio oglądać :)

„Wo(ja)czek” powstał w Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza, na Wydziale Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku. Opieka merytoryczna i reżyserska – Agata Biziuk.

fot. Lucjusz Sawicki

Ocena: