Subiektywnie o teatrze

warszawski blog teatralny

Kategoria: Sztuki zabawne (strona 1 z 6)

Miłość w Saybrook


„Miłość w Saybrook” jest częścią tryptyku (z „Zagraj to jeszcze raz Sam” i „Central Park West”) zrealizowanego na podstawie tekstów Woody’ego Allena przez Eugeniusza Korina. Ten pełen błyskotliwego humoru spektakl jest niezwykle ciekawą mieszaniną stylów: od komedii romantycznej, musicalu, groteski, po kryminał, w którym prawda, miesza się z fikcją. Głównym bohaterem jest Max (Andrzej Poniedzielski)– pisarz w kryzysie twórczym. Obserwujemy jak zmaga się z pochłaniającą go niemocą, kryzysem uniemożliwiający napisanie dalszej części sztuki, a właściwie nawet jednego zdania… Zapisuje kolejne kartki, lecz wciąż nie jest zadowolony z efektu… Nagle w domu zaczynają pojawiać się kolejne osoby… jego mieszkańcy? Goście?… które swoją intensywną obecnością zdają się uniemożliwiać dalszą pracę artysty. Zmęczony zgiełkiem pisarz opuszcza salon, a my pozostajemy w towarzystwie dwóch przeuroczych małżeństw Sheili (Sonia Bohosiewicz) i Normana (Marcin Perchuć) oraz Davida (Wiktor Zborowski) i Jenny (Joanna Liszowska), które spotkały się by uczcić siódmą rocznicę ślubu Shelli i Normana. Rodzinną uroczystość przerywa wizyta Hala (Szymon Bobrowski) i Sandy (Barbara Kurdej-Szatan) dawnych mieszkańców tegoż domu, pragnących odwiedzić „stare kąty”, by przywołać związane z nimi wspomnienia. W trakcie grzecznościowej pogawędki Norman wspomina o tajemniczej skrytce znajdującej się w domu, o której istnieniu, jak się okazuje, wiedzą nie wszyscy mieszkańcy… a jej otwarcie ujawni głęboko skrywany sekret… miły wieczór zmieni się w koszmarną awanturę… a protagoniści, okażą się być postaciami sztuki pisanej właśnie przez Maxa i co ciekawe doskonale zdają sobie z tego sprawę…

Akcja „Miłości w Saybrook” rozgrywa się w eleganckim domu na obrzeżach urokliwego malutkiego miasteczka Old Saybrook, które przywodzi na myśl skojarzenie z miasteczkiem wykreowanym w filmie Tima Burtona „Edward Nożycoręki” – cukierkowym i kiczowatym. Naszą uwagę zwracają intensywne kolory scenografii (Maciej Chojnacki) turkusowe ściany, żółty dywan, czerwone obicia mebli, musztardowa zasłona i wybijająca się biel obłożonego cegłą kominka. Na niemal całej długości sceny jest okno, gdy zostaje odsłonięte, widzimy przez nie rajski krajobraz, z którego słynie Old Saybrook. Tłem widoku zza okna jest fototapeta przedstawiająca jezioro otoczone lasem, a jego brzeg został na scenie zbudowany. Mamy tu trawnik obrośnięty rozmaitymi roślinami i drzewami, których gałęzie wprawia w ruch delikatny wietrzyk, drewniana ławeczka zachęca, by na niej usiąść i podziwiać widoki… i tylko jelenia brak w tej uroczej okolicy… chociaż jest designerski karmnik dla ptaków i kaczki w materiale video…

Warstwa muzyczna spektaklu (Tomasz Szymuś) ograniczona jest do fragmentów popularnych utworów o tematyce miłosnej między innymi „All you need is love” The Beatles, „All by myself” Celine Dion, które śpiewane przez Joannę Liszowską pełnią rolę ironicznego komentarza do sytuacji scenicznej. Charakter bohaterów podkreślają kostiumy: sensualna Jenny ubrana jest w seksowną sukienkę, nieśmiała Sandy w powyciągane spodnie i skromny sweterek, miłośnik golfa David w koszulkę polo, a ekscentryczny ortodonta Norman w modne kolorowe spodnie i marynarkę. Postacie są mocno przerysowane, zdają się być niemal żywcem wyciągnięte z sitcomów. Odniosłam wrażenie, że aktorzy nie do końca odnajdują się w tej konwencji, jakby ten specyficzny rodzaj ekspresji nie był ich, jakby nie w pełni czuli swoje role… Wyjątkiem jest Szymon Bobrowski, który gestem, ruchem, energią wypełnia przestrzeń sceny i koncentruje na sobie uwagę widza. Ciekawym pomysłem jest powierzenie roli Maxa – Andrzejowi Poniedzielskiemu. Roli, w której, gdyby Woody Allen swój tekst reżyserował, zapewne obsadziłby siebie. Andrzej Poniedzielski gra, jakby w ogóle nie grał, trochę przypadkowo, tak jakoś „od niechcenia”, ale dzięki temu zabiegowi udaje mu się osiągnąć to, co nieodłącznie kojarzy nam się z rolami Woody’ego Allena – przekonujący obraz „miejskiego, nieśmiałego, neurotyka”.

„Miłości w Saybrook” jest opowieścią o zdradzie i przebaczeniu, o tym jak trudna potrafi być miłość, że może być cierpieniem, ale tylko ona daje nam szczęście… tylko dla niej warto żyć… Jest także pytaniem o rolę teatru we współczesnym świecie, bo czyż teatr nie jest zwierciadłem życia? …a może to życie jest teatrem inspirującym twórców? Plusem spektaklu jest niewątpliwie doskonały tekst Woody’ego Allena, lecz wyestetyzowana, balansująca na granicy kiczu forma, nie do końca mnie przekonuje…

(plakat – źródło: https://teatr6pietro.pl/)

Ocena:

Naga Praga


Warszawska Praga jest miejscem szczególnym, nie tylko dlatego, że nie została zniszczona podczas drugiej wojny światowej, ale też jako jedyna dzielnica ma muzeum poświęcone własnej historii. To tu znajduje się często odwiedzany przez warszawskie dzieci Ogród Zoologiczny, monumentalny Stadion Narodowy, rozsiewająca zapach czekolady fabryka Wedla, przepiękny budynek dawnej wytwórni wódek Koneser, najsłynniejszy bazar w Warszawie – Bazar Różyckiego, choć już trochę zapomniany jednak wciąż istniejących w miejskich opowieściach. Tu artyści tworzą prace nawiązujące do specyficznego praskiego folkloru np. Pomnik Kapeli Praskiej, upamiętniający krążące po podwórkach kapele. To tu Paweł Althamer prezentował rzeźbę poświęconą pamięci „Gumy” – praskiego pijaczka i opryszka o złotym sercu. Pracę, która u jednych wzbudzała zachwyt, u inni sprzeciw, bowiem odbierana była jako podkreślająca negatywny obraz dzielnicy. Niestety od tego negatywnego obrazu Praga uwolnić się nie może, wciąż postrzegana jest jako dzielnica niebezpieczna, po której lepiej wieczorem nie spacerować, a obszar między ulicami Stalową, 11 listopada i Szwedzką nadal nazywany jest „Trójkątem Bermudzkim”. Praga jawi się także, jako dzielnica patologii i biedy, bowiem tu wydaje się być najwięcej mieszkań komunalnych, rozpadających się kamienic, ciuchlandów i sklepów monopolowych. Chociaż na Pradze wiele się zmieniło, miejskie legendy wciąż żyją, tkwią w głowach warszawiaków, a specyficzny klimat Pragi pociąga, intryguje i fascynuje.

„Naga Praga” jest spektaklem kameralnym, minimalistycznym. Scenografii właściwie nie ma, reżyserka wykorzystuje trzepak i wielkie okno, znajdujące się na tylnej ścianie sceny, zwykle niewidoczne dla widzów, bowiem zasłonięte czarną kurtyną. Spektakl jest ciekawie oświetlony, znakomity pomysł z wykorzystaniem żarówki, którą trzyma aktorka w dłoni, nad głową, by być widoczną na zaciemnionej scenie. Uwagę przykuwa muzyka przypominająca zlepek klubowych rytmów i disco polo, wykonywana na żywo przez Macieja Rozwadowskiego, doskonale korespondująca z tematem spektaklu. Znakomite teksty Natalii Fijewskiej-Zdanowskiej, wywołujące uśmiech na twarzach widzów, świetnie zaśpiewane przez Agatę Fijewską gwarantują miły wieczór w teatrze, a właściwie na warszawskiej Pradze. Natalia Fijewska-Zdanowska w swoim musicalu mierzy się ze stereotypowym postrzeganiem Pragi, Pragi jako dzielnicy biedy i patologii. Spektakl jest zlepkiem scenek rozgrywających się na praskim podwórku, pod trzepakiem, odgrywanych i wyśpiewywanych przez trójkę aktorów, ucharakteryzowanych na dresiarzy – Agatę Fijewską, Adama Krawczuka i Sławomira Packa. Co ciekawe Pragę widzimy oczami, nie jej mieszkańców, ale hipsterów z Placu Zbawiciela, żyjących jakby w innej rzeczywistości, świecie nastawionym na sukces i pieniądze.

W „Nagiej Pradze” Fijewska-Zdanowska z jednej strony ironicznie przedstawiając nasze wyobrażenia o Pradze, uświadamia nam ich błędność. Podkreśla, że Praga, jak inne dzielnice prężnie się rozwija i zmienia, a my mówiąc o Pradze wciąż tkwimy w myślowych schematach. Z drugiej strony porusza temat Pragi jako ulubionej dzielnicy fotografów – amatorów, hipsterów którzy przejeżdżając przez most przenoszą się do innej, niezrozumiałej dla nich rzeczywistości. Zachowują się jakby byli na wycieczce, obserwują „folklorystyczne” zjawiska… panią sprzedającą czosnek, pana pod budką z piwem… na tle starych przedwojennych kamienic… czy jest to zwykła ciekawość, wynikająca z chęci poznania drugiego człowieka? A może wyraz podziału jaki nastąpił w polskim społeczeństwie?

(plakat źródło: Teatr Młyn / http://mlyn.org/)

Ocena:

Diabelski młyn


Starszy majętny mężczyzna, pod nieobecność żony i syna, zaprasza do domu poznaną w barze młodą dziewczynę. Z pozoru banalna historia, z przewidywalnym zakończeniem (bo do czego może prowadzić spotkanie podstarzałego dyrektora firmy optycznej z pociągającą go fizycznie dziewczyną?) zaskakuje widza. Okazuje się przedziwną grą pozorów, którą zaczynają prowadzić ze sobą bohaterowie spektaklu, by zrealizować własne cele motywowane nie do końca czystymi intencjami. W efekcie obnażają własne kłamstwa, hipokryzję i mierzą się z prawdą o sobie.

Akcja spektaklu rozgrywa się we wnętrzu eleganckiego apartamentu. Co ciekawe Agata Uchman wykorzystała w scenografii piękne, drewniane drzwi oddzielające scenę od zaplecza teatru. Oświetlenie imituje naturalne światło, a w tle słyszymy nastrojową muzykę. W tej dość neutralnej estetycznie przestrzeni podziwiamy dwie niezwykle wyraziste aktorskie osobowości. Roma Gąsiorowska-Żurawska, gra niby przypadkowo, od niechcenia, lecz jej kreacja jest doskonale przemyślana, każdy gest, ruch, mimika są dopracowane w każdym szczególe, w każdym kolejnym „wcieleniu”. Jej postać jest niezwykle ciekawa, owiana nutą tajemnicy, a przy tym zagrana lekko i naturalnie. Przemysław Bluszcz zachwyca w roli podstarzałego bawidamka i hipokryty. Swojego bohatera, o paskudnym charakterze, gra w taki sposób, że darzy się go sympatią i z pobłażliwością traktuje jego negatywne zachowanie, a wręcz wybacza wszystkie winy.

„Diabelski młyn” w reżyserii Marka Pasiecznego jest spektaklem mocno wyważonym. Elementy humorystyczne tekstu są mocno stonowane, co sprawia, ze uwypuklony zostaje dramat pełnego niedomówień spotkania pozornie obcych sobie ludzi. Spektakl jest analizą relacji damsko – męskich. Próbą odpowiedzi na pytanie dlaczego mężczyźni zdradzają? Jak widzą siebie w kontaktach z kobietami? I czego pragną od życia?

„Diabelski młyn” bawi, wzrusza i na długo pozostaje w myślach. Polecamy!

(plakat – źródło: Teatr Mazowiecki / http://www.teatrmazowiecki.pl/)

Ocena:

Calineczka dla dorosłych


Życie nie jest bajką, a bajka nie jest życiem. Gdy w życiu odetniemy komuś rękę, to nie odrośnie jak kaktus, tylko tryśnie krew…

„Calineczka” nie jest bajką, która kończy się dobrze. W ogóle nie jest bajką. Jest opowieścią o życiu. A życie jak wiadomo, często nie jest „usłane różami”. Jest, jak kiedyś ktoś napisał, „długie, szare i do d…”. I takie jest właśnie życie Calineczki – córki uzależnionej od alkoholu, niewydolnej wychowawczo prostytutki. Zaniedbana przez matkę Calineczka staje się łatwym łupem dla niecnej Ropuchy, która uprowadza dziewczynkę. A potem? A potem jest źle… jak to w życiu bywa…

„Calineczka dla dorosłych” Teatru Montownia i Teatru Papahema, wbrew temu co mogłoby się wydawać, nie jest „spektaklem grozy”, lecz czarną komedią przywodzącą na myśl filmy Tima Burtona i „Nosferatu – symfonię grozy” Friedrich Wilhelm Murnau. Łączy teatr lalek z teatrem aktora, swoją formą wyróżniając się spośród spektakli, które zwykle możemy oglądać w teatrze. Doskonale animowana Lalka – Calineczka daje złudzenie żywej istoty. Ta mała dziewczynka, z wielkimi, przerażonymi, szklanymi od łez oczami wzbudza naszą sympatię, wręcz czułość, a widz łapie się na tym, że z zapartym tchem śledzi historię, którą przecież tak dobrze zna z dzieciństwa. „Calineczka” daje aktorom okazję do wirtuozerskich popisów techniki – przerysowanymi gestami, lekko przesadzoną mimiką, z nutką ironii i humoru tworzą osobliwą galerię postaci. Oczarowują publiczność, wywołują na twarzach widzów uśmiech, który nie znika przez cały spektakl, a postać Motylka (świetny Mateusz Trzmiel) bawi do łez.

Twórcy spektaklu nadają baśni Andersena nową interpretację doszukując się podtekstów i dwuznaczności. „Calineczka dla dorosłych” staje się opowieścią o samotności, wyuczonej uległości wobec najbardziej paskudnych osób, które oferują złudne poczucie bezpieczeństwa. Wprowadza widzów w świat pełen zła, czających się wokół zwyrodnialców, zaburzonych emocjonalnie potworów czyhających na „niewinność” bezbronnej dziewczynki. Polecamy!

fot. M. Żelazowska

Ocena:

Dożywocie


Świecie, ty krętoszu stary!
Świecie, świecie bez czci, wiary,
Obyś w jednej dziś osobie
Mógł stanąć tutaj przede mną;
Tak bym cię tym skropił raźnie,
Ażbyś pięty pogryzł sobie;
Potem rzekłbym: «Mów wyraźnie!
Co u ciebie w większej cenie,
Czy pieniądze, czy sumienie?»

(Aleksander Fredro „Dożywocie”)

Oś intrygi, w komedii Aleksandra Fredry, stanowi sprzedaż dożywocia – stałej renty, jaką dostaje spadkobierca z odziedziczonego, ale pozostającego w depozycie majątku. Korzyści finansowe może czerpać z niego tylko za swojego życia. Rozwiązanie to miało na celu uchronienie rozrzutnych spadkobierców przed roztrwonieniem majątku. Lecz każde zabezpieczenie prawne da się ominąć. Leon Birbancki, młody hulaka, by zdobyć pieniądze na zabawę, decyduje się odsprzedać swoje dożywocie lichwiarzowi Łatce. Niestety rozrywkowe życie chłopaka zaczyna odbijać się na zdrowiu, a co gorsze może znacznie skrócić jego życie. Zaniepokojony możliwą utratą dochodów lichwiarz stara się otoczyć „opieką” hulakę nasyłając na niego doktorów. Próby zmiany stylu życia Leona spełzają jednak na niczym. Zdesperowany Łatka postanawia odsprzedać „żywą lokatę” innemu lichwiarzowi – Twardoszowi. W tym samym czasie Łatka stara się o rękę Róży – córki swojego dłużnika. Ojciec, chcąc ratować swój majątek, decyduje się „sprzedać” córkę, lecz serce Róży należy do Leona Birbanckiego.

„Dożywocie” w reżyserii Filipa Bajona jest opowieścią o pieniądzach, które stanowią centralny punkt w życiu współczesnego człowieka. Są motywem działań, stają się celem i sensem życia – naszym „złotym cielcem”. Nie powinniśmy jednak dać się uwieść ich mocy, by nie przesłoniły nam tego, co w życiu najważniejsze – moralności i otwartości na drugiego człowieka.

Reżyser bawi się tekstem, traktując go z lekką ironią, dystansem, lecz nie wpadając w utarte schematy „spektaklu w kostiumie”. Filip Bajon miesza konwencje. Świat XIX-wieczny splata się ze współczesnością. Podziwiamy kostiumy i scenografię z epoki Fredry, a jednocześnie obserwujemy maklerów, ubranych w czarne garnitury, śledzących wyświetlane z tyłu sceny notowania giełdowe. Scenę zdobi byk – „złoty cielec”, a po bokach stoją automaty do gry. To swoiste pomieszanie stylów, co jest zaskakujące, w ogóle nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, jest swego rodzaju powiewem świeżości w inscenizacji klasycznego tekstu. Aktorzy Teatru Polskiego świetnie wpisują się w koncepcję przedstawienia. Swoje role odgrywają nieco z dystansem i odrobiną przesady, ale też z subtelnym humorem. Dzięki temu kreowane postacie wydają się wiarygodne. Zachwyca Jarosław Gajewski, brawurowo wykonujący rolę Łatka i Krzysztof Kwiatkowski z pasją wcielający się w Leona Birbanckiego. „Dożywocie” to spektakl, który pozwala miło spędzić wieczór w teatrze. Polecamy!

(plakat – źródło: Teatr Polski /www.teatrpolski.waw.pl/)

Ocena:

Lekarz mimo woli


„Lekarza mimo woli” Molier napisał w 1666 roku, po tym jak popularność ambitnego „Mizantropa” zaczęła słabnąć. Pisząc klasyczną farsę chciał podreperować budżet teatru. Intryga w „Lekarzu mimo woli” jest dość prosta. Córka możnego pana Geronta zachorowała na przedziwną chorobę – nagle przestała mówić. Wielu lekarzy próbowało jej pomoc, lecz żadnemu z nich się nie udało. Zdesperowany pan Grenot wysyła więc swoich służących na poszukiwania nowego specjalisty. Dowiaduje się o tym Marcyna i namawia męża, by podał się za lekarza. Sganarel nie chce ulec namowom żony. Kobieta postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i przekonuje służących pana Grenota, że Sganarel jest lekarzem-dziwakiem, u którego tylko porcją batów można obudzić drzemiące zdolności medyczne. Niejako zmuszony przemocą fizyczną Sganarel wciela się w lekarza i trafia do domu pana Grenota, by wyleczyć jego córkę…

W spektaklu uwagę przykuwa bardzo pomysłowa, minimalistyczna scenografia. Składa się z pięciu drewnianych konstrukcji, które stawiane pionowo lub poziomo, przestawiane w przestrzeni, stają się domem Marcyny i Sganarela, pałacem pana Grenota lub lasem. Odnosi się wrażenie, że oświetlenie jest prowizoryczne (zapewne wynika z warunków lokalowych). Reflektory ustawione są na statywach po bokach sceny, co sprawia, że wyżsi aktorzy nie zawsze „mieszczą się” w słupie światła. Uwagę zwraca muzyka (Sergei Timofeev) wykorzystana w spektaklu. Inspirowana średniowiecznymi utworami, jest swego rodzaju nawiązaniem do założonej przez Moliera wędrownej trupy – Illustre Théâtre, wystawiającej zapomniane farsy średniowieczne. Słabą stroną spektaklu jest reżyseria. Odniosłam wrażenie, że Sergeiowi Timofeevowi zabrakło pomysłu. Spektakl jest chaotyczny, momentami brak w nim spójności (w pierwszej scenie Sganarel wychodzi ubrany w bluzę dresową i zaczyna się rozbierać w takt muzyki, a za chwilę pojawia się w kostiumie „z epoki” i wciela w molierowską postać). Pewne frazy aktorzy powtarzają kilkakrotnie, niemal do znudzenia. Zabawne teksty podkreślane są przesadną mimiką postaci, tak jakby twórca spektaklu bał się, że widz nie będzie wiedział kiedy ma się śmiać, wątpił w jego inteligencję. Postacie są przerysowane, momentami wręcz karykaturalne. Emocje nie są zagrane, ale często wykrzyczane, „wybiegane” (koszmarna scena rozmowy Marcyny i Sganarela, która sprowadzona została do ganiania się pary po scenie i okładaniu miotłą). Przykre, że reżyser nie wykorzystał potencjału aktorów, którzy potrafią zagrać, czemu wyraz dali zwłaszcza Diana Karamon (uwodzicielska Jagusia) i Grzegorz Jarek (Walery).

„Lekarza mimo woli” nie polecam, ale kibicuję zespołowi aktorskiemu i mam nadzieję zobaczyć ich w kolejnych produkcjach, mam nadzieję bardziej udanych.

(plakat – źródło: http://teatrxl.com)

Ocena:

Happy Now?


- Chcę być szczęśliwa.
– To bądź szczęśliwa i nie zawracaj dupy!

Kitty, pochłonięta robieniem kariery zawodowej, żona i matka dwójki dzieci, podczas służbowego wyjazdu poznaje Michaela. Mężczyzna proponuje jej niezobowiązujący seks. Oburzona Kitty odmawia. Wraca do domu, lecz powoli zaczyna kiełkować w niej myśl o zdradzie…

„Happy Now?” w reżyserii Adama Sajnuka jest opowieścią o współczesnych 40-latkach, którzy są nieszczęśliwi. Żyją w małżeństwach, w których namiętność i miłość dawno wygasły. Ranią bliskich, a ich relacje z przyjaciółmi są powierzchowne – ograniczają się do wymiany grzeczności i pogadanek „o niczym”. Pochłonięci pracą zawodową marzą o dużych pieniądzach, ale jednocześnie są pracą zmęczeni, sfrustrowani. Zadają sobie pytanie, co sprawiło, że ich życie tak wygląda? Że są tu, gdzie są? Próbują być szczęśliwi, ale są to tylko pozory, a przecież prawdziwe szczęście jest tak blisko, niemal na wyciągnięcie ręki…

Kitty szuka równowagi między byciem matką, żoną i troskliwą córką dla rozwiedzionych rodziców. Jej relacje z rodzicami są zaburzone, czuje się samotna. Zapomnienia szuka w pracy, robi karierę ale to nie przynosi zadowolenia. W ostatniej scenie, gdy Michael mówi: To bądź szczęśliwa i nie zawracaj dupy! Kitty uświadamia sobie, że jej małżeństwo da się naprawić, a jej życie może być szczęśliwe. Johnny (Bartłomiej Topa) zrezygnował z pracy w prywatnej firmie, na rzecz pracy w szkole, lecz to nie przyniosło mu zadowolenia. Zawód nauczyciela traktuje jako misję, kształtowanie kompetencji językowych uczniów, staje się dla niego ważniejsze niż spędzanie czasu z żoną. Wycofany z życia rodzinnego, sfrustrowany, podporządkowuje się Kitty. Egocentryczny Miles (Bartosz Opania) ucieka w alkohol. Lekceważy żonę, szydzi z niej publicznie. Docenia Beę dopiero, gdy ta decyduje się go opuścić. Bea (Katarzyna Kwiatkowska) nie pracuje zawodowo, zajmuje się domem i wychowaniem dzieci. Finansowo zależna od męża totalnie mu się podporządkowała. Wycofana, zastraszona kobieta, powoli dojrzewa do decyzji o rozwodzie. Wreszcie znajduje w sobie siłę, by zmienić dotychczasowe życie. Carl (Rafał Mohr) spotyka się z dużo młodszym chłopakiem. Marzy o miłości, próbuje udowodnić, że homoseksualiści są w stanie stworzyć trwały związek. Ciekawą postacią jest matka Kitty (Małgorzata Rożniatowska), której życie sprowadza się jedynie do oczekiwania na telefon z przeprosinami od byłego męża. Nie potrafi rozmawiać z córką, jest zazdrosna o jej kontakty ojcem. Jedyną zadowoloną z życia postacią jest Michael (Adam Sajnuk), który prowadzi szczęśliwe życie małżeńskie. Kocha nie tylko żonę i dzieci, ale wszystkie kobiety i chce każdej z nich dać dowód swojej miłości.

Spektakl ogląda się bardzo dobrze. Postacie są ciekawe psychologicznie, znakomicie zagrane. Zachwyca Maria Seweryn – niezwykle wyrazista, z emocjami na wierzchu, momentami z ironią przedstawia wewnętrzne rozterki bohaterki. Z burzą loków na głowie, w szarym kostiumie, wygląda zjawiskowo. Świetny jest Bartosz Opania – silny i agresywny, momentami bezradny, zagubiony, jego postać zdobywa sympatię widza. Śmieszy w scenie tańca w stanie upojenia alkoholowego. Ciekawa jest scenografia, autorstwa Katarzyny Adamczyk, składająca się z półokrągłych sof, którymi podczas spektaklu manipulują aktorzy zmieniając przestrzeń. Atmosferę spektaklu tworzy świetna muzyka Michała Lamża oraz znakomite oświetlenie. „Happy Now?” bawi i zmusza do refleksji. Polecamy :)

(plakat – źródło: materiały promocyjne Teatru Polonia / http://teatrpolonia.pl)

Ocena:

Ćwiczenia stylistyczne


„Ćwiczenia stylistyczne” autorstwa Raymonda Queneaua są wariacjami językowymi, których nie da się przyporządkować do żadnego gatunku literackiego.

W autobusie linii S, w godzinie szczytu, pasażer około 26-letni, w kapeluszu, z przydługą szyją, wchodzi w konflikt z innym pasażerem. Zarzuca mu, iż umyślnie go potrącił po czym widząc wolne miejsce, rzuca się by je zająć. Dwie godziny później, tego samego pasażera spotykamy przed dworcem Saint-Lazare. Stoi w towarzystwie kolegi, który radzi mu by doszył do płaszcza dodatkowy guzik. To błahe wydarzenie Queneau opisuje na 99 sposobów, z różnych perspektyw, w rozmaitej stylistyce. Reżyserka, Maria Żynel, zdecydowała się na pokazanie jedynie czterdziestu kilku wersji, między innymi: medycznej, secesyjnej, sprawozdawczej, telegraficznej, tęczowej, prostackiej, wzrokowej i z poślizgiem.

Kostiumy oraz początek spektaklu grany w języku francuskim wprowadzają widza w klimat Paryża lat 40. Scenografia w pierwszych scenach ograniczona do stojącej na środku drabiny wraz z kolejnymi opowieściami wzbogacana jest o kolejne elementy, rekwizyty (collage ze zdjęciami twarzy znanych osób, walizki, krzesła). Aktorzy (Marcin Bikowski, Marcin Bartnikowski – Malabar Hotel oraz Łukasz Lewandowski) animują lalki, zakładają maski by w sposób coraz bardziej surrealistyczny poddawać stylistycznej obróbce incydent w autobusie. Spektakl jest swego rodzaju zabawą, grą którą prowadzą między sobą aktorzy – za pomocą emocji, słów, mimiki, gestów chcą jak najlepiej przedstawić dany rodzaj „ćwiczenia”. „Ćwiczenia stylistyczne” w reżyserii Marii Żynel są refleksją nad komunikacją i możliwościami jakie daje język.

Opowiadana wciąż na nowo ta sama historia za każdym razem zaskakuje, z niecierpliwością oczekujemy na kolejne pomysły. Spektakl bawi i pochłania widza bez reszty. Świetne!!!

(fot. Bartek Warzecha / www.teatrstudio.pl)

Ocena:

Zaklęte rewiry

Człowiek może być skromnym tylko wtenczas, gdy naprawdę czuje się wartościowym i ma się czym chlubić.
(Henryk Worcell „Zaklęte rewiry”)

Spektakl, w reżyserii Adama Sajnuka, powstał na podstawie powieści Henryka Worcella pod tym samym tytułem. Autor wykorzystał w niej osobiste doświadczenia z okresu pracy w restauracji Hotelu Grand w Krakowie.

Roman Boryczko, młody, naiwny chłopak dostaje pracę w luksusowej restauracji hotelu Pacyfik. Restauracyjna rzeczywistość rządzi się jednak specyficznymi zasadami, pełno tu dziwnych nakazów, zakazów, kar. Trzeba nauczyć się znosić upokorzenia, przemoc fizyczną i psychiczną stosowaną przez „starszych” kolegów. Roman dostosowuje się do warunków pracy, przechodzi przez kolejne szczeble „kariery” – od pomywacza, do dyplomowanego kelnera. Mateusz Banasiuk świetnie pokazuje przemianę głównego bohatera, który wraz z nabywaniem doświadczenia w pracy staje się cyniczny, zaczyna akceptować niemoralne sposoby postępowania środowiska. Traci swoją młodzieńczą niewinność, szantażuje Fornalskiego, by wreszcie upodobnić się do znienawidzonego szefa. Jednak w porę orientuje się co się z nim stało, porzuca pracę, by obronić swoją godność. Znakomity jest Mariusz Drężek w roli Fornalskiego. Znęca się nad Romanem, nie może znieść, że chłopak robi karierę. Jego zachowanie jest sposobem na radzenie sobie z frustracją, wypaleniem zawodowym.

Tekst Henryka Worcella w interpretacji Adama Sajnuka jest niezwykle aktualny, pokazuje jak mobbing może zmienić pracownika. Najpierw jest strach przed utratą pracy, potem człowiek zaczyna dostosowywać się do sytuacji, co prowadzi do niezadowolenia, stresu, nerwowości, zgorzkniałości, wypalenia. A w efekcie naśladowania zachowań ciemiężyciela. Jedynym ratunkiem jest zmiana pracy. Sajnuk w „Zaklętych rewirach” porusza także problemy osób starszych na rynku pracy.

Widzowie od samego początku wczuwają się w atmosferę miejsca, bowiem wchodzą do restauracji Pacyfik. Siadają przy stolikach umieszczonych na scenie, słuchają muzyki, obserwują zbierających zamówienia i nerwowo przemieszczających się po sali kelnerów. Ciekawa jest scenografia Sylwii Kochaniec, z tyłu sceny znajduje się miejsce do zmywania naczyń, które wraz z kolejnymi awansami Romana zmienia się w bar, a następnie w wejście na salę restauracyjną. Nad zmywakiem jest podest – prywatne pokoje pracowników, nad nim neon z nazwą restauracji. Po bokach sceny umieszczone są drzwi, z lewej strony „wieża”, z której tajemnicza dama obserwuje pracowników restauracji. Znakomita jest muzyka napisana i wykonywana na żywo przez Igora Spolskiego i Michała Lamża. Spektakl zrobiony jest w konwencji kabaretu, przerywany układami choreograficznymi (Jarosław Staniek) wykonywanymi przez kelnerów, piosenkami i dowcipami.

Ocena:

Raj dla opornych

To nasz czas: drugiej szansy nie będzie! To nasze najlepsze lata! Na mojej tablicy rejestracyjnej będzie „Wolność dziś!”.

„Raj dla opornych” jest nie tyle drugą częścią spektaklu „Seks dla opornych”, co spotkaniem po latach z tymi samymi bohaterami – Barbarą i Karolem w innej sytuacji życiowej. Małżeństwo zmaga się z kłopotami finansowymi, gdyż tuż przed emeryturą Karol stracił pracę. Wyjazd na biwak ma być dla pary odpoczynkiem od codziennych zmartwień, chwilą spędzoną we dwoje, a także ekstremalnym doświadczeniem życia bez wygód na łonie natury. Relaks nad jeziorem przerywa wizyta ekscentrycznej siostry Barbary – Diany.

„Raj dla opornych” jest opowieścią o zmaganiu się z upływającym czasem, problemami z akceptacją procesu starzenia się, o trudnościach w przystosowaniu się do nowej sytuacji życiowej. Krystyna Janda (reżyser spektaklu) znakomicie pokazuje dramat egzystencjalny bohaterów – ich strach, zagubienie, brak poczucia bezpieczeństwa, dylematy, gorycz spowodowaną życiem, któremu pozornie nic nie brakuje.

Karol (Mirosław Baka) nie może pogodzić się z utratą pracy. Wydarzenie to zachwiało jego męskim ego, bowiem jako głowa rodziny nie może już zapewnić bliskim bezpieczeństwa finansowego. Jest sfrustrowany, denerwuje się i wybucha z byle powodu. Znakomita jest Dorota Kolak w roli Barbary, która podsumowuje życie. Rezygnuje z pracy zawodowej, by zająć się wychowaniem dzieci i prowadzeniem domu. Teraz czuje, że nie wykorzystała minionego czasu jak należy, a życie ucieka jej między palcami. Aleksandra Konieczna przerysowuje postać Diany. „Pięćdziesięcioletnia nastolatka” – motocyklistka z rozwichrzonym włosem jest wulgarna i obcesowa.

Scenografia Magdaleny Maciejewskiej przedstawia niezbyt urokliwy camping. Scena pokryta jest sztuczną trawą, z tyłu znajduje się baner reklamujący wypoczynek nad jeziorem. Obok stoi przepełniony kosz na śmieci, a po bokach stare latarnie.

„Raj dla opornych” to zabawny, zachęcający do refleksji spektakl dedykowany widzom starszym, o czym świadczą żywiołowe reakcje publiczności bliskiej wiekiem bohaterom.

Ocena:

Starsze wpisy