Subiektywnie o teatrze

warszawski blog teatralny

Kategoria: Recenzje wg kategorii (strona 2 z 17)

Gabinet


Natalia Fijewska – Zdanowska, reżyserka i dramatopisarka, specjalistka od teatru „blisko życia”, poruszającego ważne społecznie tematy, tym razem poddaje analizie współczesne macierzyństwo. Spektakl wystawiany jest na niewielkiej scenie Stołecznego Centrum Edukacji Kulturalnej, która daje możliwość bliskiego obcowania z aktorem, co jest wspaniałą nagrodą za wysiłek jaki trzeba włożyć wdrapując się na trzecie piętro, by zająć miejsce na widowni. Scena jest tu zwykle odsłonięta, więc zanim spektakl się rozpocznie widzowie mają możliwość przyjrzenia się scenografii. Uwagę w „Gabinecie” zwraca organizacja przestrzeni, przywodząca na myśl skojarzenie z „Dogville” Larsa von Triera – prowizoryczna i umowna. Gabinet lekarski, w którym rozgrywa się akcja spektaklu, z powierzchni sceny wydziela przyklejona do podłogi biała taśma, włączając w sceniczny obszar drzwi wychodzące na foyer. Okno, które uchylają i zamykają bohaterowie, by wywietrzyć zapach dymu papierosowego, umieszczone jest natomiast na metalowym stelażu, a aby nadać pomieszczeniu charakter gabinetu lekarskiego wyposażono go w to, co z tym specyficznym miejscem się kojarzy: leżankę, parawan i biurko. Przy biurku siedzi lekarz (Rafał Kosecki), ubrany w biały fartuch, niespokojnie zerka na zegarek, jakby na kogoś czekał, albo odliczał minuty pozostałe do końca dyżuru. Po chwili wstaje, zdejmuje fartuch i zaczyna pakować znajdujące się na biurku przedmioty – horyzontalnie ułożone i posegregowane pod względem wielkości kalendarze i długopisy. Czynność tą wykonuje z ogromną dokładnością, niemal schematycznie, biorąc każdy z nich, w odpowiedniej kolejności i umieszczając w wyznaczonym miejscu w teczce. Widać, że jest ogromnym miłośnikiem porządku, a każdą czynność dokładnie rozplanowuje w czasie. W jego uporządkowany świat nagle, z impetem wkracza spóźniona pacjentka (Paulina Holtz), stanowczo prosząc by badanie się odbyło i zaczyna opowiadać o swoim problemie zdrowotnym. Zaskoczony zachowaniem kobiety i co gorsza, już spóźniony na autobus lekarz, próbuje odmówić, lecz kobieta jest nieustępliwa. Wywiązuje się kłótnia. Zdenerwowana pacjentka chce wyjść z gabinetu, lecz okazuje się to niemożliwe. Recepcjonistka, myśląc, że wszyscy opuścili przychodnię, zamknęła drzwi i wyszła do domu. Telefony nie działają, więc lekarz i pacjentka uwięzieni w gabinecie, muszą czekać na powrót Pani Jadzi do rana. Sytuacja, w której się znaleźli niejako zmusza do nawiązania kontaktu z drugą osobą, chociażby w formie grzecznościowej pogawędki, bo cóż innego może robić dwoje obcych sobie ludzi przez całą noc? Rozmowa początkowo sprowadzona do luźnej wymiany myśli, obaw, lęków związanych z nieobecnością w domu, stopniowo staje się coraz bardziej intymna, tak jakby noc sprzyjała zwierzeniom. Bohaterowie opowiadają o sobie i swoim życiu, decydują się na osobiste wyznania wrzucając z siebie strumień swobodnie płynących myśli, nazywają przeżywane stany emocjonalne, a to umożliwia im głębsze wejrzenie w siebie, przeanalizowanie dotychczasowego życia, a co za tym idzie wyciągnięcie wniosków. Gdy rano wyjdą z gabinetu, nie będą już tymi samymi ludźmi…

„Gabinet” jest opowieścią o współczesnej, młodej matce. Kobiecie próbującej odnaleźć się w nowej dla niej i trudnej sytuacji, bowiem wymagającej pogodzenia różnych ról: niańki, gospodyni domowej, kochanki i kobiety sukcesu. Chociaż jest to możliwe, to na pewno nie jest łatwe, natłok obowiązków sprawia, że zaczyna brakować czasu na odpoczynek, na pasję, na hobby, czasu dla męża, dla siebie, na to, by po prostu pobyć samemu ze sobą, z własnymi myślami. Jaki wpływ ma permanentne życie w biegu, zmęczenie, brak snu na kondycję psychofizyczną kobiety? Co stałoby się gdyby dać młodej matce, tę odrobinę wytchnienia? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć Natalia Fijewska-Zdanowska z jednej strony niejako zmuszając swoją bohaterkę do oderwania się na kilka godzin od codziennych spraw i obowiązków i obserwując jej reakcje, z drugiej strony w licznych scenach wracając do dawnych wydarzeń, by pokazać postać holistycznie, ale też z wyczuwalną w tekście sympatią. Nie da się ukryć, że Fijewska-Zdanowska swoich bohaterów lubi, choć wyolbrzymia ich negatywne cechy: nadpobudliwość, nerwowość, prostolinijność kobiety, introwertyzm i egocentryzm mężczyzny to pokazuje też pozytywy – otwartość na drugiego człowieka, empatię. Tworzy w ten sposób postacie z krwi i kości, zwyczajne, takie, w których cząstkę siebie może odnaleźć każdy z nas. Aktorzy doskonale czują się w swoich rolach. Zachwyca Paulina Holtz w roli zestresowanej młodej matki. Jest niezwykle naturalna, kobieca gdy miota się po scenie, zdenerwowana szuka telefonu wyrzucając wszystkie rzeczy z torebki, ale rozluźnia się gdy zapala papierosa, gdy mówi o dzieciach to z czułością w głosie, z uśmiechem, choć na twarzy dostrzec można cień zmęczenia. Lekarz w wykonaniu Rafała Koseckiego jest „Mistrzem Zen”, emanuje spokojem, budzi podziw gdy z kamienną twarzą obserwuje emocjonalne rozedrganie pacjentki, nie ulegając jej nastrojom. Słucha, ale nie daje rad, nie komentuje, choć czasem zdarza mu się coś „chlapnąć”, rzucić złośliwostkę, która wywołuje uśmiech na twarzach widzów. Natalia Fijewska-Zadanowska tworzy spektakl niezwykle subtelny, ale niepozbawiony humoru, w którym przeszłość przeplata się z teraźniejszością, ale nie daje to poczucia chaosu, spektakl płynie gładko, intryguje i wciąga widza w meandry ludzkich relacji, przeżyć, doświadczeń, gwarantując udany wieczór w teatrze.

(plakat źródło: Teatr Młyn / http://mlyn.org/)

Ocena:

Miłość w Saybrook


„Miłość w Saybrook” jest częścią tryptyku (z „Zagraj to jeszcze raz Sam” i „Central Park West”) zrealizowanego na podstawie tekstów Woody’ego Allena przez Eugeniusza Korina. Ten pełen błyskotliwego humoru spektakl jest niezwykle ciekawą mieszaniną stylów: od komedii romantycznej, musicalu, groteski, po kryminał, w którym prawda, miesza się z fikcją. Głównym bohaterem jest Max (Andrzej Poniedzielski)– pisarz w kryzysie twórczym. Obserwujemy jak zmaga się z pochłaniającą go niemocą, kryzysem uniemożliwiający napisanie dalszej części sztuki, a właściwie nawet jednego zdania… Zapisuje kolejne kartki, lecz wciąż nie jest zadowolony z efektu… Nagle w domu zaczynają pojawiać się kolejne osoby… jego mieszkańcy? Goście?… które swoją intensywną obecnością zdają się uniemożliwiać dalszą pracę artysty. Zmęczony zgiełkiem pisarz opuszcza salon, a my pozostajemy w towarzystwie dwóch przeuroczych małżeństw Sheili (Sonia Bohosiewicz) i Normana (Marcin Perchuć) oraz Davida (Wiktor Zborowski) i Jenny (Joanna Liszowska), które spotkały się by uczcić siódmą rocznicę ślubu Shelli i Normana. Rodzinną uroczystość przerywa wizyta Hala (Szymon Bobrowski) i Sandy (Barbara Kurdej-Szatan) dawnych mieszkańców tegoż domu, pragnących odwiedzić „stare kąty”, by przywołać związane z nimi wspomnienia. W trakcie grzecznościowej pogawędki Norman wspomina o tajemniczej skrytce znajdującej się w domu, o której istnieniu, jak się okazuje, wiedzą nie wszyscy mieszkańcy… a jej otwarcie ujawni głęboko skrywany sekret… miły wieczór zmieni się w koszmarną awanturę… a protagoniści, okażą się być postaciami sztuki pisanej właśnie przez Maxa i co ciekawe doskonale zdają sobie z tego sprawę…

Akcja „Miłości w Saybrook” rozgrywa się w eleganckim domu na obrzeżach urokliwego malutkiego miasteczka Old Saybrook, które przywodzi na myśl skojarzenie z miasteczkiem wykreowanym w filmie Tima Burtona „Edward Nożycoręki” – cukierkowym i kiczowatym. Naszą uwagę zwracają intensywne kolory scenografii (Maciej Chojnacki) turkusowe ściany, żółty dywan, czerwone obicia mebli, musztardowa zasłona i wybijająca się biel obłożonego cegłą kominka. Na niemal całej długości sceny jest okno, gdy zostaje odsłonięte, widzimy przez nie rajski krajobraz, z którego słynie Old Saybrook. Tłem widoku zza okna jest fototapeta przedstawiająca jezioro otoczone lasem, a jego brzeg został na scenie zbudowany. Mamy tu trawnik obrośnięty rozmaitymi roślinami i drzewami, których gałęzie wprawia w ruch delikatny wietrzyk, drewniana ławeczka zachęca, by na niej usiąść i podziwiać widoki… i tylko jelenia brak w tej uroczej okolicy… chociaż jest designerski karmnik dla ptaków i kaczki w materiale video…

Warstwa muzyczna spektaklu (Tomasz Szymuś) ograniczona jest do fragmentów popularnych utworów o tematyce miłosnej między innymi „All you need is love” The Beatles, „All by myself” Celine Dion, które śpiewane przez Joannę Liszowską pełnią rolę ironicznego komentarza do sytuacji scenicznej. Charakter bohaterów podkreślają kostiumy: sensualna Jenny ubrana jest w seksowną sukienkę, nieśmiała Sandy w powyciągane spodnie i skromny sweterek, miłośnik golfa David w koszulkę polo, a ekscentryczny ortodonta Norman w modne kolorowe spodnie i marynarkę. Postacie są mocno przerysowane, zdają się być niemal żywcem wyciągnięte z sitcomów. Odniosłam wrażenie, że aktorzy nie do końca odnajdują się w tej konwencji, jakby ten specyficzny rodzaj ekspresji nie był ich, jakby nie w pełni czuli swoje role… Wyjątkiem jest Szymon Bobrowski, który gestem, ruchem, energią wypełnia przestrzeń sceny i koncentruje na sobie uwagę widza. Ciekawym pomysłem jest powierzenie roli Maxa – Andrzejowi Poniedzielskiemu. Roli, w której, gdyby Woody Allen swój tekst reżyserował, zapewne obsadziłby siebie. Andrzej Poniedzielski gra, jakby w ogóle nie grał, trochę przypadkowo, tak jakoś „od niechcenia”, ale dzięki temu zabiegowi udaje mu się osiągnąć to, co nieodłącznie kojarzy nam się z rolami Woody’ego Allena – przekonujący obraz „miejskiego, nieśmiałego, neurotyka”.

„Miłości w Saybrook” jest opowieścią o zdradzie i przebaczeniu, o tym jak trudna potrafi być miłość, że może być cierpieniem, ale tylko ona daje nam szczęście… tylko dla niej warto żyć… Jest także pytaniem o rolę teatru we współczesnym świecie, bo czyż teatr nie jest zwierciadłem życia? …a może to życie jest teatrem inspirującym twórców? Plusem spektaklu jest niewątpliwie doskonały tekst Woody’ego Allena, lecz wyestetyzowana, balansująca na granicy kiczu forma, nie do końca mnie przekonuje…

(plakat – źródło: https://teatr6pietro.pl/)

Ocena:

Naga Praga


Warszawska Praga jest miejscem szczególnym, nie tylko dlatego, że nie została zniszczona podczas drugiej wojny światowej, ale też jako jedyna dzielnica ma muzeum poświęcone własnej historii. To tu znajduje się często odwiedzany przez warszawskie dzieci Ogród Zoologiczny, monumentalny Stadion Narodowy, rozsiewająca zapach czekolady fabryka Wedla, przepiękny budynek dawnej wytwórni wódek Koneser, najsłynniejszy bazar w Warszawie – Bazar Różyckiego, choć już trochę zapomniany jednak wciąż istniejących w miejskich opowieściach. Tu artyści tworzą prace nawiązujące do specyficznego praskiego folkloru np. Pomnik Kapeli Praskiej, upamiętniający krążące po podwórkach kapele. To tu Paweł Althamer prezentował rzeźbę poświęconą pamięci „Gumy” – praskiego pijaczka i opryszka o złotym sercu. Pracę, która u jednych wzbudzała zachwyt, u inni sprzeciw, bowiem odbierana była jako podkreślająca negatywny obraz dzielnicy. Niestety od tego negatywnego obrazu Praga uwolnić się nie może, wciąż postrzegana jest jako dzielnica niebezpieczna, po której lepiej wieczorem nie spacerować, a obszar między ulicami Stalową, 11 listopada i Szwedzką nadal nazywany jest „Trójkątem Bermudzkim”. Praga jawi się także, jako dzielnica patologii i biedy, bowiem tu wydaje się być najwięcej mieszkań komunalnych, rozpadających się kamienic, ciuchlandów i sklepów monopolowych. Chociaż na Pradze wiele się zmieniło, miejskie legendy wciąż żyją, tkwią w głowach warszawiaków, a specyficzny klimat Pragi pociąga, intryguje i fascynuje.

„Naga Praga” jest spektaklem kameralnym, minimalistycznym. Scenografii właściwie nie ma, reżyserka wykorzystuje trzepak i wielkie okno, znajdujące się na tylnej ścianie sceny, zwykle niewidoczne dla widzów, bowiem zasłonięte czarną kurtyną. Spektakl jest ciekawie oświetlony, znakomity pomysł z wykorzystaniem żarówki, którą trzyma aktorka w dłoni, nad głową, by być widoczną na zaciemnionej scenie. Uwagę przykuwa muzyka przypominająca zlepek klubowych rytmów i disco polo, wykonywana na żywo przez Macieja Rozwadowskiego, doskonale korespondująca z tematem spektaklu. Znakomite teksty Natalii Fijewskiej-Zdanowskiej, wywołujące uśmiech na twarzach widzów, świetnie zaśpiewane przez Agatę Fijewską gwarantują miły wieczór w teatrze, a właściwie na warszawskiej Pradze. Natalia Fijewska-Zdanowska w swoim musicalu mierzy się ze stereotypowym postrzeganiem Pragi, Pragi jako dzielnicy biedy i patologii. Spektakl jest zlepkiem scenek rozgrywających się na praskim podwórku, pod trzepakiem, odgrywanych i wyśpiewywanych przez trójkę aktorów, ucharakteryzowanych na dresiarzy – Agatę Fijewską, Adama Krawczuka i Sławomira Packa. Co ciekawe Pragę widzimy oczami, nie jej mieszkańców, ale hipsterów z Placu Zbawiciela, żyjących jakby w innej rzeczywistości, świecie nastawionym na sukces i pieniądze.

W „Nagiej Pradze” Fijewska-Zdanowska z jednej strony ironicznie przedstawiając nasze wyobrażenia o Pradze, uświadamia nam ich błędność. Podkreśla, że Praga, jak inne dzielnice prężnie się rozwija i zmienia, a my mówiąc o Pradze wciąż tkwimy w myślowych schematach. Z drugiej strony porusza temat Pragi jako ulubionej dzielnicy fotografów – amatorów, hipsterów którzy przejeżdżając przez most przenoszą się do innej, niezrozumiałej dla nich rzeczywistości. Zachowują się jakby byli na wycieczce, obserwują „folklorystyczne” zjawiska… panią sprzedającą czosnek, pana pod budką z piwem… na tle starych przedwojennych kamienic… czy jest to zwykła ciekawość, wynikająca z chęci poznania drugiego człowieka? A może wyraz podziału jaki nastąpił w polskim społeczeństwie?

(plakat źródło: Teatr Młyn / http://mlyn.org/)

Ocena:

Holzwege


„Holzwege” jest próbą opowieści o życiu i twórczości Tomasza Sikorskiego (1939-1988) polskiego kompozytora i pianisty, którego muzyka przekraczała gatunkowe klasyfikacje . Tomasz Sikorski był synem wybitnego kompozytora Kazimierza Sikorskiego. Już od najmłodszych lat był zafascynowany muzyką i słuchał niemal wszystkiego. Pierwsze utwory, inspirowane muzyką elektroniczną „Echa II” i „Antyfony” skomponował jeszcze w czasie studiów, na początku lat 60-tych. Eksperymentował z czasem muzycznym, z dźwiękiem – z barwą dźwięku, sposobem jej wydobywania, z łączeniem dźwięków nagranych i wykonywanych na żywo. Z biegiem lat jego muzyka stawała się coraz bardziej minimalistyczna skoncentrowana na dążeniu do prostoty materiału melodycznego, harmonii, eksponująca zmiany rytmu i natężenia dźwięku, bogata w powtórzenia fraz . Dla Sikorskiego jednak nie tyle sposób gry był ważny, co emocje, które miała na celu wywołać u słuchacza jego muzyka – wprowadzić w stan niepokoju, poczucia zagubienia i dyskomfortu. Słuchacz miał także doświadczyć swego rodzaju zawieszenia w czasie – istnienia poza czasem. Muzyka Sikorskiego była trudna i nie do końca zrozumiała dla publiczności, a przez to niedoceniana. Została odkryta na nowo dopiero niedawno, w ostatnich latach.

Tytuł spektaklu „Holzwege” przywołuje słynną kompozycję Tomasza Sikorskiego z 1972 roku, której tytuł nawiązuje do metafory Heideggera – holzwege, to nietrwałe ślady, które zostawiają w lesie (na śniegu, czy wśród liści) transportowane drzewa. Życie jest takim „błąkaniem się”, w którym tylko na chwilę doznajemy olśnienia. Holzwege, w języku niemieckim, oznacza błądzenie, co można interpretować jako trudności jakie niesie za sobą próba opowiedzenia o postaci wybitnej i intrygującej, postaci której twórczość wyprzedziła swój czas, jednocześnie postaci powszechnie nieznanej. Spektakl jest próbą złożenia portretu Tomasza Sikorskiego ze strzępków dostępnych materiałów: utworów muzycznych, dokumentów, fragmentów wywiadów, listów oraz wspomnień bliskich artyście osób. Idąc na spektakl zastanawiałam się, czy o twórcy, którego muzyka przerosła percepcję współczesnych mu słuchaczy, można opowiedzieć nie popadając w banał? Katarzynie Kawalt to się udało. Stworzyła spektakl niezwykły, w którym najważniejsze jest to co nieuchwytne, nieznane i niedopowiedziane – te ponadprzeciętne zdolności Sikorskiego, wyjątkowa artystyczna wrażliwość, które są tak niezwykle fascynujące, bo dla większości z nas niedostępne.

Spektakl intryguje już od samego początku, naszą uwagę zwraca scenografia (Anna Tomczyńska), ten dominujący na scenie chaos. Na środku sceny stoi ogromny stół zawalony stosami papierów i kubeczków po kawie, wśród nich walające się książki i komputer. Wokół stołu stoją krzesła, z lewej strony dwie wanny, z prawej fortepian i wieszaki z kostiumami, lustra i drewniane płyty. Tył sceny zasłania foliowa kurtyna. W tej przedziwnej przestrzeni obserwujemy krzątających się aktorów. Inspicjentka podaje jednemu z nich tekst sztuki, Tomasz Tyndyk i Jan Dravnel wynoszą stojące pod sceną schodki, które nie będą im potrzebne. Widzowie nie są pewni czy spektakl już się zaczął? Czy może aktorzy czynią ostatnie przygotowania korzystając z zamieszania, które wywołują widzowie zajmując miejsca na widowni? Szybko jednak orientujemy się, że działania na scenie nie są przypadkowe, bowiem Katarzyna Kalwat postanowiła opowiedzieć o Tomaszu Sikorskim realizując spektakl w konwencji próby. Aktorzy sięgają do tekstu sztuki, improwizują, dyskutują i zmieniają kostiumy. Reżyserka nadaje swoim bohaterom imiona aktorów, nawiązuje do rzeczywistych wydarzeń z ich życia np. wspominając o tym, że Sandra grała Merlin. Obserwujemy proces twórczy artystów, którzy ze strzępków informacji próbują zrekonstruować postać. Fakty z życia Tomasza Sikorskiego przepuszczają przez siatkę własnych zawodowych i życiowych doświadczeń tworząc totalnie inne portrety artysty, od doskonałego, romantyka, do życiowego nieudacznika i neurotyka. Tworzą hipotezy, alternatywne wersje wydarzeń, gdyż na wiele pytań dotyczących artysty nie znajdują odpowiedzi, a jego śmierć wciąż pozostaje zagadką. Aktorskie działania przeplatają się z niezwykle ciepłymi opowieściami Zygmunta Krauze przyjaciela Sikorskiego. W spektaklu fikcja miesza się z prawdą. Sceny z prób splatają się z odgrywanymi przez Tomasza Tyndyka rzeczywistymi wydarzeniami z życia artysty. Scena, w której Tomasz Tyndyk jako Sikorski krytykuje utwór grany przez Zygmunta Krauzego „Widok z okna oglądany w roztargnieniu” przywodzi na myśl skojarzenie z koncertem utworów artysty odbywającym się w Piwnicy Wandy Warskiej w 1988r. Aktorzy próbując opowiedzieć Sikorskiego, analizują siebie, siebie w procesie twórczym, wzajemnie się inspirując i motywując do działania. Bo o twórczości nie da się opowiedzieć inaczej, niż przez twórczość. Dzieło jest zapisem stanu duszy i umysłu artysty, dlatego muzyka Sikorskiego najwięcej nam powie o nim samym i cisza, która tak bardzo go inspirowała…

„Holzwege” Katarzyny Kawalt jest nie tylko spektaklem biograficznym, ale też uniwersalną opowieścią o artyście i procesie twórczym. Jest także pytaniem o kondycję współczesnego teatru. Teatru, w którym wszystkie środki zostały już wykorzystane, a przekraczalne granice zostały już dawno przekroczone. Czy zdecydujemy się pójść o krok dalej, gdy to czym dysponujemy przestanie nam wystarczać?

(plakat – źródło: TR Warszawa: / http://trwarszawa.pl/)

Ocena:

Wo(ja)czek


Pańską twierdzą i wygnaniem jest ten pokój
Wieżą ponad dobrem złem i społeczeństwem
Czy pan czasem nie próbuje z niego uciec?
Z rozpaczliwych czterech kątów Piąty: śmierć

(Rafał Wojaczek „List do nieznanego poety”)

Przyznam, że na hasło Wojaczek stają mi przed oczami obrazy z filmu Lecha Majewskiego, przepełnione niepokojem, swoistym mrokiem. Bowiem jak inaczej można opowiedzieć o poecie kojarzącym się z licznymi bójkami, alkoholizmem, wieloma próbami samobójczymi, w tym ostatnią udaną po przedawkowaniu leków? Tylko w sposób depresyjny i przygnębiający. Takiego „klimatu” spodziewałam się idąc na monodram Michała Karczewskiego. Przez myśl mi nie przeszło, że o „poecie wyklętym” można opowiedzieć inaczej, tak lekko, z młodzieńczą energią. Zaskoczenie było duże.

Podstawę monodramu stanowią wiersze Wojaczka, bardzo zgrabnie wplecione w tekst Agaty Biziuk. Momentami trudno jest odróżnić, czy Michał Karczewski recytuje Wojaczka, czy dopisany tekst. Patrzymy na Wojaczka, na targające nim emocje przez pryzmat sztuki, którą tworzył. Jednocześnie analizując zachowanie poety, przyglądając się jego osobowości, bowiem to ona stanowi klucz do zrozumienia twórczości.

Poeta, jest sam w wynajętym pokoju. W pokoju w stylu retro: z „persem” na podłodze, starym fotelem, lampą z abażurem z frędzlami, stosami książek… i komputerem, z którego między innymi czyta recenzje swoich wierszy. Poeta przebywając z dala od czujnych spojrzeń ludzi zachowuje się swobodnie: śpiewa, tańczy, komentuje rzeczywistość. Z jednej strony wydaje się być zwykłym chłopakiem, który wkraczając w dorosłość zastanawia się nad sensem życia, a powracające wspomnienia skłaniają go do weryfikacji wyznaczonych sobie celów, planów, marzeń, a także refleksji nad niewykorzystanymi szansami, zmarnowanymi możliwościami. Z drugiej strony Wojaczek jest rozbity emocjonalnie. Wydaje się być przytłoczony otaczającą go rzeczywistością, w której nie potrafi się odnaleźć, w której czuje się niepewnie. Szuka sposobów by świat zewnętrzny „oswoić”, by wreszcie przestać cierpieć. Chwile ukojenia daje alkohol, erotyczne uniesienia, lecz ból istnienia może ostatecznie uleczyć tylko śmierć… śmierć go pociąga, fascynuje… jest stale obecna w jego myślach i poezji… a także na scenie, bo jej przedziwny taniec oglądamy na początku i na końcu spektaklu. Jednak w kreacji Karczewskiego, Wojaczek pozbawiony jest tego swoistego „mroku”, mroku czyhającej śmierci. Choroba poety natomiast zasygnalizowana jest przez twórców spektaklu już we wstępie. Prezentowany jest bowiem fragment „Schizofrenii” Antoniego Kępińskiego opisujący symptomy choroby. Zabieg ten sprawia, że na Wojaczka patrzymy przez pryzmat determinującej jego życie choroby. Choroby, która wpływa na jego zachowanie, osobowość, percepcję świata. W głowach widzów pojawia się pytanie czy gdyby nie choroba to Wojaczek żył by i tworzył przez kolejne lata? czy jego poezja byłaby taka sama?

„Wo(ja)czek” jest spektaklem doskonale zagranym. Michał Karczewski ma ogromną świadomość ciała, jego postać jest przemyślana – moją uwagę zwróciło ogromne napięcie ciała w pierwszych scenach, trzęsące się nerwowo ręce gdy ukryty pod folią palił papierosa, oraz precyzja z jaką w zachowaniu swojego bohatera ukazuje symptomy choroby. W sposób niezwykle zaskakujący i zabawny animuje części własnego ciała, tworząc z nich niemal równorzędnych „aktorów”. Z niezwykłą fantazją wykonuje przedziwny układ choreograficzny ze sztucznym lisem. Michał Karczewski gra niezwykle lekko, naturalnie, widać, że doskonale czuje się w roli. Na scenie obserwujemy współczesnego Wojaczka – młodego chłopaka, którego wewnętrzne rozterki wydaja się być powszechne, gdyż bez względu na czasy podobne pytania o sens bytu, przyszłość zadają sobie, przekraczając próg dorosłości, młodzi ludzie. W Wojaczku kreowanym przez Michała Karczewskiego, każdy z nas może odnaleźć cząstkę siebie, siebie z przeszłości.

„Wo(ja)czek” jest spektaklem przepełnionym młodzieńczą energią i świeżością, który pozwala na nowo odkryć poezję Wojaczka. Polecam gorąco, bo to jeden z ciekawszych spektakli, jakie miałam przyjemność ostatnio oglądać :)

„Wo(ja)czek” powstał w Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza, na Wydziale Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku. Opieka merytoryczna i reżyserska – Agata Biziuk.

fot. Lucjusz Sawicki

Ocena:

I będą święta


Na pustej scenie stoi niewielka ławka, taka jakie często widzimy przy grobach na cmentarzach. Na ławce siedzi kobieta – ubrana na czarno, opatulona w wełniany płaszcz, bez makijażu, z niedbale związanymi włosami. Zasmucona obserwuje zasiadającą na widowni publiczność… czeka, aż wszyscy zajmą miejsca… by za chwilę przy dźwiękach muzyki wykonać przedziwną choreografię imitującą wykonywane kompulsywnie czynności. Z jej zachowania, ruchu, mimiki emanuje ogromny smutek i ból. Jesteśmy świadkami jej cierpienia, po stracie męża – znanego polityka, który zginął w katastrofie lotniczej. Kobieta na naszych oczach przeżywa kolejne stadia żałoby – szok, tęsknotę, następnie rozpacz… powoli próbuje pogodzić się ze śmiercią męża… ale czy to jest w ogóle możliwe? Czy uda jej się powrócić do „normalnego” życia?

Monodram Agnieszki Przepiórskiej jest przejmującym studium cierpienia po stracie bliskiej osoby. Jest także pytaniem o sens życia – pytaniem kobiety, która całe swoje życie poświęciła mężowi, by ten mógł się rozwijać, robić karierę. Swoją wartość zapośredniczyła od męża, więc kim pozostaje bez niego?

Agnieszka Przepiórska doskonale odnajduje się w roli cierpiącej kobiety. Jej każde słowo, gest, mimika są dokładnie przemyślane i niezwykle przekonujące. U Przepiórskiej rozpacz przeplata się ze smutkiem, wściekłością, rozżaleniem, rozczarowaniem, a momentami z radością… jesteśmy świadkami huśtawki nastrojów, totalnie skrajnych emocji… bowiem takie towarzyszą nam, gdy przeżywamy silny wstrząs, gdy próbujemy poradzić sobie z traumą i pragniemy na nowo zafunkcjonować w otaczającej nas rzeczywistości.

„I będą święta” to moim zdaniem najlepszy monodram Agnieszki Przepiórskiej i Piotra Ratajczaka. Polecam.

(plakat – źródło: Teatr WARSawy / http://teatrwarsawy.pl/)

Ocena:

Diabelski młyn


Starszy majętny mężczyzna, pod nieobecność żony i syna, zaprasza do domu poznaną w barze młodą dziewczynę. Z pozoru banalna historia, z przewidywalnym zakończeniem (bo do czego może prowadzić spotkanie podstarzałego dyrektora firmy optycznej z pociągającą go fizycznie dziewczyną?) zaskakuje widza. Okazuje się przedziwną grą pozorów, którą zaczynają prowadzić ze sobą bohaterowie spektaklu, by zrealizować własne cele motywowane nie do końca czystymi intencjami. W efekcie obnażają własne kłamstwa, hipokryzję i mierzą się z prawdą o sobie.

Akcja spektaklu rozgrywa się we wnętrzu eleganckiego apartamentu. Co ciekawe Agata Uchman wykorzystała w scenografii piękne, drewniane drzwi oddzielające scenę od zaplecza teatru. Oświetlenie imituje naturalne światło, a w tle słyszymy nastrojową muzykę. W tej dość neutralnej estetycznie przestrzeni podziwiamy dwie niezwykle wyraziste aktorskie osobowości. Roma Gąsiorowska-Żurawska, gra niby przypadkowo, od niechcenia, lecz jej kreacja jest doskonale przemyślana, każdy gest, ruch, mimika są dopracowane w każdym szczególe, w każdym kolejnym „wcieleniu”. Jej postać jest niezwykle ciekawa, owiana nutą tajemnicy, a przy tym zagrana lekko i naturalnie. Przemysław Bluszcz zachwyca w roli podstarzałego bawidamka i hipokryty. Swojego bohatera, o paskudnym charakterze, gra w taki sposób, że darzy się go sympatią i z pobłażliwością traktuje jego negatywne zachowanie, a wręcz wybacza wszystkie winy.

„Diabelski młyn” w reżyserii Marka Pasiecznego jest spektaklem mocno wyważonym. Elementy humorystyczne tekstu są mocno stonowane, co sprawia, ze uwypuklony zostaje dramat pełnego niedomówień spotkania pozornie obcych sobie ludzi. Spektakl jest analizą relacji damsko – męskich. Próbą odpowiedzi na pytanie dlaczego mężczyźni zdradzają? Jak widzą siebie w kontaktach z kobietami? I czego pragną od życia?

„Diabelski młyn” bawi, wzrusza i na długo pozostaje w myślach. Polecamy!

(plakat – źródło: Teatr Mazowiecki / http://www.teatrmazowiecki.pl/)

Ocena:

Tato nie wraca


Tato nie wraca; ranki i wieczory
We łzach go czekam i trwodze;
Rozlały rzeki, pełne zwierza bory
I pełno zbójców na drodze.

(Adam Mickiewicz „Powrót taty”)

Przypadkowe spotkanie dorosłej córki z niewidzianym od ponad dwudziestu lat ojcem staje się pretekstem do opowiedzenia bardzo bolesnej rodzinnej historii. Historii o braku ojca w życiu dziecka. Ojciec nie dorósł do rodzicielskich obowiązków i zrezygnował z nich porzucając rodzinę. Jako lekarz ratuje ludzkie życie, zdrowie, jest bardzo oddany pacjentom, lubiany przez nich, ceniony przez środowisko. Tym bardziej zaskakujące i przykre jest, że tak wspaniały człowiek, zapomniał o własnym dziecku. Lecz nie postać ojca jest w spektaklu najważniejsza, w centrum jest dziecko i jego emocje. Ta potworna „nieobecność”, która rzuca się cieniem na całe jego życie i z którą usilnie próbuje „oswoić”.

W „Tato nie wraca” jak przez lupę przyglądamy się zachowaniu dziecka. Dziecka, które pozbawione silnych, opiekuńczych ramion ojca, musiało tę siłę znaleźć w sobie, by samodzielnie stawiać czoło przeciwnościom losu. Dziecka łaknącego ojcowskiego autorytetu i miłości, które tuli się do obcych, siedzących na widowni mężczyzn i opowiada o kolejnych nieudanych związkach. Dziecka, które konsekwentnie, niemal kompulsywnie, realizuje plan rozwoju zawodowego, by osiągnąć sukces, aby świat o nim usłyszał… ojciec usłyszał… zauważył… docenił…

Spektakl jest minimalistyczny. Scenografia, imitująca wnętrze biura, zredukowana jest do kilku ceramicznych płyt ułożonych na środku sceny i zawieszonej na specjalnej konstrukcji białej żaluzji, która pełni funkcję ekranu. Sceny odgrywane przez Agnieszkę Przepiórską przeplatają bowiem materiały video, prezentujące fragmenty wypowiedzi członków rodziny o ojcu bohaterki. Muzyka i światło podkreślają nastrój prezentowanych scen-obrazów. Zachwyca Agnieszka Przepiórska, która w tej roli jest niezwykle naturalna i wiarygodna. W jednej chwili z dystyngowanej pracownicy banku, staje się małą dziewczynką uczącą się jeździć na rowerze, grać w piłkę, by zaraz potem zmienić się w kobietę łaknącą miłości i bliskości. Moim zdaniem, to jedna z najlepszych ról Agnieszki Przepiórskiej. Jednak to tekst autorstwa Piotra Rowickiego jest w spektaklu najważniejszy – zachwyca konstrukcją i uderza realizmem, bowiem powstał na kanwie osobistych doświadczeń aktorki.

„Tato nie wraca” to opowieść o tym jaki wpływ na życie dziecka ma brak udziału ojca w jego wychowaniu. Spektakl przejmujący, bo tak bardzo prawdziwy… Polecamy!

(plakat – źródło: Teatr WARSawy / http://teatrwarsawy.pl/)

Ocena:

Artysta


Nie Ty mnie wychowałeś. Nie miałeś czasu. Sama się wychowałam.

Starszy mężczyzna i młoda kobieta. On – ekscentryczny artysta. Ona – studentka, zafascynowana jego twórczością. On – całe lato spędza w pracowni w Bieszczadach. Ona – przyjeżdża do niego i zostaje jego asystentką, by zdobyć materiały do pracy magisterskiej. Rozpoczynają pracę nad wspólnym projektem. Ona – staje się jego Muzą, on- jej mentorem. Ich relacja, oparta na fizycznej i intelektualnej fascynacji, stopniowo staje się coraz bardziej intymna… a spokojne życie na łonie natury przerywa wizyta ojca dziewczyny, będącego przyjacielem artysty…

„Artysta” to kolejny spektakl, w którym Natalia Fijewska-Zdanowska przygląda się życiu i interakcjom społecznym, tym razem na warsztat biorąc relację ojciec – córka. Jak wiadomo więź łącząca ojca z dzieckiem znacznie różni się od więzi z matką, ale jest ona bardzo ważna dla prawidłowego rozwoju społeczno-emocjonalnego dziecka. Sama obecność ojca w życiu dziecka jest bardzo ważna, czyli uczestnictwo w wychowaniu, zaangażowanie w życie rodzinne, bowiem ojciec staje się wzorem do naśladowania, przewodnikiem po świecie, ale też i przyjacielem. Daje poczucie bezpieczeństwa, bo cóż lepiej uchroni nas przed upadkiem, niż silne ramiona ojca? Prawidłowa relacja z ojcem jest podstawą stabilności emocjonalnej dziecka i samodzielności w dorosłym życiu, a jego wpływ na życie dzieci nie kończy się nigdy, bowiem w dorosłym życiu córki często wybierają partnerów o podobnych do ojca cechach, a synowie przejmują jego cechy. Niestety wielu mężczyzn wycofuje się z życia rodzinnego. Często pełniąc rolę głównego „żywiciela” rodziny koncentrują się na pracy zawodowej, karierze, zostawiając opiekę nad dzieckiem matkom. Wycofują się tym samym z aktywnego uczestnictwa w wychowaniu dziecka – i właśnie o tej „nieobecności” ojca jest „Artysta”.

Pochłonięty pracą naukową profesor sztuki odkłada relacje z córką na drugi plan. Nie uczestniczy w jej życiu, niewiele z nią rozmawia, właściwie jej nie zna. Gdy spotykają się przypadkiem w Bieszczadzkiej chacie Adama, budzi się w nim ojcowskie uczucie. Chce pokierować przyszłością córki, wpłynąć na jej decyzje… ale na wychowanie jest już zdecydowanie za późno… a czy na odbudowę relacji także? Czy da się nadrobić stracony czas? Zapomnieć?
Starszy mężczyzna, z którym związała się Paulina fascynuje ją intelektualnie. Staje się jej mentorem, przewodnikiem po świecie i jej własnej, poranionej duszy. Wreszcie czuje się wysłuchana, zrozumiana, zaopiekowana. Paulina bezwiednie ulega jego wpływom – zaczyna biegać, przechodzi na wegetarianizm, zaczyna interesować się fotografią. Daje się kształtować i „wychowywać”, „lepić” na obraz i podobieństwo jego, bowiem to od Adama dostaje wszystko, czego nigdy nie dał jej ojciec – uwagę i czas, swoją „obecność”. Lecz czy taki związek ma szansę przetrwać?
Fijewska-Zdanowska w swoim spektaklu stereotypowo przedstawia postać Adama. Mężczyzny „w sile wieku”, którego zaczyna fascynować młoda dziewczyna. Pociąga go fizycznie, staje się jego muzą, natchnieniem. Adam zaczyna czerpać z jej witalności, by znów choć przez chwilę poczuć się młodym. Ale czy dziewczyna może pociągać starszego mężczyznę także swoim intelektem? A może jest tylko tworzywem, z którego można „wyrzeźbić” partnerkę idealną?
Fijewska-Zdanowska, w „Artyście” nie daje odpowiedzi, nakreśla problem i zostawia widza z kłębiącymi się w głowie myślami…

Scenografia, jak zwykle, u Fijewskiej-Zdanowskiej ograniczona jest do minimum. Przestrzeń, bowiem akcja spektaklu rozgrywa się w trzech różnych miejscach, podzielona jest umownie. Wyznacza ją oświetlenie i symbolizujące podział przedmioty (wnętrze domu – to stół, podwórko – to ławka, uczelnia – biurko). Spektakl składa się ze scen- obrazów prezentowanych w sposób niechronologiczny. W tle słyszymy prostą, graną na keyboardzie muzykę… Lecz nie wizualna i dźwiękowa otoczka jest tu najważniejsza, Fijewska- Zdanowska stawia na tekst i obsadę, ponieważ w „Artyście” możemy oglądać kawał doskonałej roboty aktorskiej. Krzysztof Kiersznowski i Marek Siudym znakomicie wpisują się w koncepcję spektaklu tworząc postacie bardzo charakterystyczne i charyzmatyczne. Towarzyszy im Agata Fijewska, która z niezwykłą precyzją przedstawia targające jej bohaterką emocje. W efekcie dostajemy bardzo przyjemny, kameralny spektakl :) polecamy :)

(plakat źródło: Teatr Młyn / http://mlyn.org/)

Ocena:

Taśma


John, w przerwie od pracy nad promocją swojego filmu, odwiedza w hotelu przyjaciela. Vince właśnie pojawił się w mieście by obejrzeć jego „debiut” prezentowany na lokalnym festiwalu. Początkowo sympatyczne spotkanie przyjaciół ze „szkolnej ławy” zaczyna zmieniać się w pełną wzajemnych pretensji rozmowę, mającą na celu ujawnienie głęboko skrywanych tajemnic przeszłości…

Michał Siegoczyński poddaje analizie zachowanie bohaterów. Najciekawszą postacią jest Vince (Adam Sajnuk), który jawi się jako praworządny człowiek gdy za wszelką cenę chce doprowadzić do tego, by przyjaciel odpowiedział za swój czyn sprzed lat. Przyglądając się jednak bliżej jego zachowaniu odnosi się wrażenie, że motywem działania Vince’a jest chęć zemsty na Jonie, który w liceum odbił mu dziewczynę. Zaczynamy dostrzegać jego hipokryzję, gdy sam nie będąc człowiekiem o krystalicznej moralności, wymusza na przyjacielu przyznanie się do winy i nagrywa je na taśmę. Jon (Krzysztof Prałat) przechodzi wewnętrzną przemianę. Początkowo, kierowany strachem, wypiera się gwałtu. Stopniowo analizując przeszłość dojrzewa do decyzji dobrowolnego zmierzenia się z konsekwencjami „grzechu młodości”. Natomiast Amy (Magdalena Popławska) jest niezwykle silna psychicznie – przepracowała doznaną krzywdę i poradziła sobie z traumą. Zmuszona niejako wbrew swojej woli do konfrontacji z przeszłością, nie pragnie zemsty, ale uświadamia swoim kolegom prawdę o nich samych, która nie jest łatwa do zaakceptowania.

Akcja „Taśmy” rozgrywa się w starym hotelowym pokoju. Scenografia ograniczona do metalowej konstrukcji symbolicznie dzielącej przestrzeń sceny na trzy pomieszczenia: korytarz, pokój i łazienkę. Światło imituje hotelowe oświetlenie, a muzyka jest tłem dla dziejących się na scenie zdarzeń. Wizualna otoczka nie jest w spektaklu najważniejsza. Michał Siegoczyński postawił nacisk na kreacje aktorskie. Magdalena Popławska, Krzysztof Prałat i Adam Sajnuk grają swoje role brawurowo. Tworząc niezmiernie ciekawą galerię postaci wprowadzają widza w świat skomplikowanych relacji międzyludzkich. Uwagę przykuwa zwłaszcza Magdalena Popławska, która w sposób niezwykle precyzyjny przedstawia targające jej bohaterką emocje. Buduje postać przepełnioną wrażliwością, delikatnością, ale też emanującą niezwykłą siłą.

„Taśma” Michała Siegoczyńskiego opowiada o tym jak przeszłość może kłaść się cieniem na nasze życie, lecz nie da się od niej uciec – wraca jak bumerang oczekując rozliczenia. Koszty konfrontacji z przeszłością są wysokie, bowiem możemy odkryć o sobie prawdę, której wolelibyśmy nie znać. Co mamy w zamian? Może po prostu wewnętrzny spokój? Rodzaj katharsis, gdy wina została wyjawiona…? Spektakl ujawnia także prawdę o człowieku: dominujący w naszych działaniach relatywizm moralny; skłonność do oceniania siebie dużo łagodniej niż innych; motywacja naszych działań nie zawsze wynika z altruizmu.

Znakomity spektakl, gorąco polecam :)

(plakat źródło: Teatr WARSawy / http://teatrwarsawy.pl/)

Ocena:

Starsze wpisy Nowsze wpisy