Subiektywnie o teatrze

warszawski blog teatralny

Kategoria: Recenzje wg kategorii (strona 1 z 17)

Dopalacze. Siedem stopni donikąd


Teatr Kamienica, jest jedynym warszawskim prywatnym teatrem, który poza działalnością komercyjną, ma misję – za cel obrał sobie bowiem produkcję spektakli edukacyjnych dla młodzieży, zapełniając tym samym istniejącą na „rynku” teatralnym niszę. Pierwszym tego typu spektaklem była adaptacja głośnego reportażu Kaia Hermanna i Horsta Riecka opisującego historię narkomanki Christiane F. – „My dzieci z dworca zoo” w reż. Giovanniego Castellanosa. Spektakl z sukcesem grany jest od kilku lat. Dyrektorzy teatru, Emilian Kamiński i Justyna Sieńczyłło, temat uzależnienia młodzieży od substancji psychoaktywnych postanowili kontynuować, tym razem przyglądając się dopalaczom, najpopularniejszych obecnie narkotykom. Zaprosili do współpracy Wawrzyńca Kostrzewskiego i Justynę Bargielską, którzy na zamówienie sztukę napisali.

„Dopalacze. Siedem stopni donikąd” prezentowany jest na dużej scenie teatru Kamienica. Minimalistyczna scenografia (Maria Matylda Wojciechowska) przyciąga wzrok, intryguje widza. Ograniczona do ustawionych na scenie płyt i trzech sześcianów pełniących funkcję siedzisk, wykonana w bieli, ma być jedynie ekranem. Ekranem, na którym przez cały spektakl wyświetlane są przyciągające wzrok wizualizacje, bombardujące intensywnością mozaiki, zlepki popularnych memów i filmików. W tle dudni elektroniczna muzyka, nadającą rytm poruszającym się na scenie postaciom, wprowadzająca w trans.

Bohaterami spektaklu Wawrzyńca Kostrzewskiego są współcześni młodzi ludzie, przedstawiciele pokolenia C – wychowani w rzeczywistości cyfrowej, w której Internet i social media są nieodłączną częścią życia. Stale podłączeni do sieci, ale nie w celu zdobywania informacji, ale tworzeniu nowych treści. Nabyte w sieci wzorce zachowań przenoszą do realnego życia, chcą zastaną rzeczywistość kreować, chcą być aktywni, chcą tworzyć, chcą budować, mieć kontrolę, a nie podporządkowywać się obowiązującym normom, hierarchii i autorytetom. Ciągle potrzebują nowych wrażeń, doświadczeń, przeżyć. Chcą żyć intensywnie, a dopalacze mogą w tym pomóc, zwłaszcza, że są łatwo dostępne w istniejących legalnie sklepach „kolekcjonerskich”. Asia (Olga Sarzyńska) dealera dopalaczy poznaje przypadkiem, czekając na nocny autobus w centrum miasta. Zaciekawiona, łaknąca eksperymentów, sięga po tabletkę, potem po kolejną i tak wpada w nałóg. Dopalacze doprowadzają ją do śmierci. Historia Asi, jest historią jedną z wielu, uniwersalną, mogącą przytrafić się każdemu młodemu człowiekowi, który po dopalacze sięgnie. Ale czy spektakl faktycznie może młodego widza poruszyć? Ustrzec przed zgubnym wpływem dopalaczy na jego organizm? Nie wiem.

Odniosłam wrażenie, że „Dopalacze. Siedem stopni donikąd” w reżyserii Wawrzyńca Kostrzewskiego są spektaklem – eksperymentem, zlepkiem różnych form, bowiem mamy tu odniesienia do debaty, eksperymentu medycznego, spektaklu obyczajowego, tak jakby twórcy szukali języka, formy, która trafi do młodego widza i przyniesie pożądany efekt – refleksję. Scena rozmowy Asi z jej chłopakiem o relacjach międzyludzkich, która kończy się łyknięciem tabletki, czy powtarzana jak mantra opowieść Asi, o doświadczeniach z dopalaczami kończąca się „złotym strzałem”, to sceny „perełki”, niezwykle poruszające, piękne. Szkoda, że stanowią jedynie wyjątek. Dominuje tu bowiem pedagogiczny bełkot rodem z nielubianych przez uczniów moralizatorskich pogadanek na godzinach wychowawczych. Pogadanek, które bombardują informacjami, nieprzekładalne na emocje, doświadczenia młodzieży, nie przynoszą pożądanego efektu. I tak trochę z „Dopalaczami. Siedem stopni donikąd” Kostrzewskiego jest. Przeładowany dydaktyzmem, emocji dotyka tylko chwilami, nie porusza, a szkoda, bo idea słuszna i reżyser zdolny…

Plakat źródło: http://teatrkamienica.pl/pl/

Ocena:

Smutki tropików


29 listopada w Teatrze Collegium Nobilium odbyło się czytanie performatywne „Smutków tropików” Mateusza Pakuły, tekstu znanego teatralnej publiczności z inscenizacji Pawła Świątka (2013) w Teatrze Łaźnia Nowa w Krakowie.

Pakuła pisząc dramat inspirował się tekstem Claude Levi-Straussa („Smutek tropiku”), w którym słynny etnograf stwierdza – „Nienawidzę podróży i podróżników.” – dając wyraz temu, że nie czuje się dobrze na Zachodzie, ani w swoim stuleciu. Podobne odczucia towarzyszą bohaterom dramatu Pakuły, współczesnym młodym ludziom, przyzwyczajonym do europejskiego standardu życia, znużonym i rozkapryszonym, potrzebującym bodźców do działania, łaknących ekstremalnych doznań i silnych emocji, które wybiją ich z marazmu popkulturowo-medialnej sieczki, pozwolą odkryć istotę „prawdziwego” życia. Środkiem umożliwiającym spojrzenie na świat z innej perspektywy stają się podróże, coraz tańsze i łatwiej dostępne. Amatorzy wypraw za cel swych wyjazdów obierają nie kraje „popularne” jak Egipt czy Tunezję, ale te „trudniejsze” gwarantujące zetknięcie się z tym wszystkim, czego w Europie doświadczyć się nie da – z ekstremalną biedą, przemocą, wojną, okrucieństwem. Doświadczenie Orientu właściwie nic w amatorach-podróżnikach nie zmienia, nie zmusza do refleksji, nie rozwija, bowiem nie pragną „uczestniczyć”, dogłębnie poznawać „innego” lecz ogarnięci znieczulicą, skoncentrowani wyłącznie na sobie, karmią własne ego – pstrykając kolejne „ekstra foty” i mechanicznie kolekcjonując ekstremalne doznania. Podróż mająca być sposobem na oderwanie się od zepsutej cywilizacji europejskiej, w efekcie okazuje się czysto konsumpcyjną, pustą rozrywką.

Bohaterów spektaklu Katarzyny Łęckiej, bowiem nie jest to klasyczne czytanie „z kartek przy stoliku”, poznajemy w ich „naturalnym środowisku”, miejscu nieodłącznie kojarzącym się z amatorami podróży – na polu namiotowym. Gdy zajmujemy miejsca na widowni, aktorzy już są na scenie, lecz na pierwszy rzut oka niewidoczni. Zamknięci w niewielkich namiotach, delikatnie oświetlonych turystycznymi lampkami, nieruchomi, samotni. Ich obecność zdradzają jedynie majaczące na ściankach cienie. W tle słychać wywołująca na plecach ciarki muzykę (Iza Szoszkiewicz), tajemniczą, niepokojącą. Tył sceny jest ekranem, na którym w zbliżeniu będziemy obserwowali twarze bohaterów, kolejno opowiadających nam doświadczenia z odbytych podróży. Katarzyna Łęcka do współpracy zaprosiła młodych, zdolnych aktorów: Karolinę Bacię, Martynę Dudek, Justynę Kowalską, Michała Karczewskiego, Macieja Łagodzińskiego i Piotra Tołoczkę. Aktorów z pokolenia Z. Pokolenia, dla którego nowe technologie zdają się być wyssane z mlekiem matki, a potrzeba dostarczania ciągle nowych wrażeń, eksperymentowania zdaje się być dominująca. Amatorzy podróży u Łęckiej wygłaszają monologi ze wzrokiem wbitym w ekrany telefonów komórkowych i komputerów, choć domyślamy się, że z tych urządzeń aktorzy czytają tekst dramatu, nie zmienia to faktu, że efekt jest piorunujący. Bohaterowie zdają się być totalnie zamknięci na świat zewnętrzny, pogrążeni jedynie w swoich własnych myślach, wirtualnej rzeczywistości, zdają się być wyzbyci naturalnych spontanicznych odruchów, puści. Emocje można dostrzec jedynie w zbliżeniach, rejestrowane czujnym okiem kamery podążającym za kolejnymi postaciami dramatu, śledzącym każdy gest, grymas twarzy. „Smutki tropików” w inscenizacji Katarzyny Łęckiej są krytyką współczesnego podłączonego do sieci świata. Świata, w którym budujemy swój wizerunek nie przez zbieranie doświadczeń, autentyczne przeżywanie tego co dzieje się wokół, poznawanie drugiego człowieka, ale świata, w którym życie upubliczniamy w mediach społecznościowych, kreujemy wrzucając tysiące zdjęć z podróży i nic nieznaczących informacji.

Świetne :)

Dogville


„Dogville” w reżyserii Marka Kaility i Aleksandry Popławskiej jest teatralną adaptacją głośnego filmu Larsa von Triera z 2003 roku, pod tym samym tytułem. Tekst sztuki bazuje na scenariuszu filmowym. Christian Lollike uzupełnił go fragmentami, które w filmie zostały wycięte lub zmienione, a dostępne były w pierwszych wersjach scenariusza. Zabieg ten miał na celu oderwanie tekstu od filmu, stworzenie uniwersalnego dramatu poddającego się reżyserskim interpretacjom. Oglądając spektakl od skojarzeń z wersją filmową jednak nie mogłam się uwolnić, ale też i duet reżyserski nie miał łatwego zadania mierząc się dziełem uznanego reżysera i scenarzysty. Dziełem inspirowanym nurtującym ludzkość od zawsze pytaniem: czy człowiek jest z natury dobry czy zły?

„Dogville” Kality i Popławskiej jest psychologicznym eksperymentem. Mamy wyselekcjonowaną grupę badawczą – mieszkańców niewielkiego, odciętego od świata miasteczka Dogville. Społeczność hermetyczną, żyjącą w spokoju i harmonii dzięki zasadom demokracji i konserwatywnym wartościom. Równowagę w miasteczku zaburza przybycie „obcego” – kobiety proszącej o azyl. Mieszkańcy decydują się udzielić jej pomocy w zamian za drobne prace wykonywane na rzecz społeczności. Poczucie władzy nad bezbronną Grace (Aleksandra Popławska) wyzwala negatywne cechy w mieszkańcach Dogville. Oczekiwania wobec kobiety stale rosną, pomoc w drobnych pracach staje się wyzyskiem. Zmienia się także stosunek mieszkańców do Grace, stopniowo zaczynają odzierać kobietę z godności, szacunku i wolności – dehumanizując swoją ofiarę. Na myśl przychodzi skojarzenie ze Stanfordzkim eksperymentem więziennym Philipa Zimbardo, w którym udowodnił, że w specyficznych warunkach ludzie zdrowi psychicznie wcielają się w rolę oprawców i ofiar. To okoliczności wyzwalają więc w ludziach określone zachowania. A może uwalniają prawdziwą naturę człowieka, spętaną przez obowiązujące normy moralne i społeczne? W eksperymencie Zimbardo przyglądał się relacji więzień-strażnik, Kalitę i Popławską, też ta zależność intryguje, chcą przyjrzeć jej się głębiej, zrozumieć mechanizmy powstawania zła, opowiadając o człowieku współczesnym, ale też nawiązując do wydarzeń z II wojny światowej. Historyczne odniesienia są przez reżyserów tylko delikatnie zasygnalizowane w scenie egzekucji mieszkańców miasteczka nawiązującej do serii „Rozstrzelań” Wróblewskiego, czy w scenografii (Joanna Kuś). Miasteczko Dogville, jest tu bowiem sztucznym tworem, przestrzenią eksperymentalną. Ciasnym, przytłaczającym miejscem otoczonym wysoką siatką, z budynkami, ściśle przylegającymi do siebie, których przestrzeń wyznacza narysowana na podłodze biała linia. Do miasta prowadzi tylko jedna droga, by się do niego dostać trzeba przekroczyć monumentalną półokrągłą bramę z wykutą na górze nazwą miasta przypominającą bramę Auschwitz. Mieszkańcy Dogville doskonale opisani przez narratora, którego głos dobiega do nas z głośników, na scenie zdają się być nijacy, neutralni, uniwersalni – można by rzec za Musilem „bez właściwości”, ekspresja aktorów ograniczona bowiem została do niezbędnego minimum, do chłodnego podawania tekstu.

„Dogville” Kality i Popławskiej wciąga widza od pierwszej sceny, intryguje. Rozmywa złudzenie o naturalnej dobroci człowieka, bowiem nawet Tom (Bartosz Porczyk) piewca moralności, nie potrafi przeciwstawić się społeczności i uratować Grace, a Grace odpłaca mieszkańcom, za doznane krzywdy. „Dogville” nie daje nadziei, bowiem co nam pozostaje gdy przestajemy wierzyć w człowieka?

Plakat źródło: http://www.teatrsyrena.pl/

Ocena:

Orestes


Michał Zadara, specjalista od „odgruzowywania” klasyki, tym razem sięga po tekst sprzed ponad dwóch tysięcy lat – „Orestesa” Eurypidesa, opowieść o synu Agamemnona, który wraz z siostrą Elektrą, chcąc pomścić śmierć ojca zabija własną matkę i jej kochanka – wspólnika zbrodni. Za zabójstwo, decyzją zgromadzenia ludowego w Argos, zostaje skazany na śmierć, lecz kary próbuje uniknąć, planując kolejną zbrodnię.

Tekst Eurypidesa, jeszcze nigdy nie gościł na deskach Polskich teatrów, lecz historia Orestesa jest dobrze znana miłośnikom teatralnym z inscenizacji „Oresteji” wg Ajschylosa: Jana Klaty (2007 Narodowy Stary Teatr w Krakowie), Mai Kleczewskiej (2012 Teatr Narodowy w Warszawie), czy Michała Zadary (2010 Teatr Wielki – Opera Narodowa w Warszawie), który akcję opery I. Xenakisa przenosi do czasu Polski powojennej: 1945, 1956 i 1971 roku, tworząc spektakl o wyraźnej politycznej wymowie. Dramat Eurypidesa w reżyserii Zadary, także od politycznych odniesień nie stroni, lecz nie bezpośrednio na scenie. W nowym tłumaczeniu, wykonanym przez zespół Centrali, przepisanym, dostosowanym do współczesnego, potocznego języka rodem z telenoweli, brzmi niezwykle świeżo, aktualnie, zwłaszcza stawiając pytania o demokrację, o państwo, w którym dochodzi do politycznych zbrodni. Miejsce prezentacji spektaklu jest bowiem nieprzypadkowe. Michał Zadara zdecydował się pokazać „Orestesa” w Narodowej Galerii Sztuki „Zachęta”, gdzie został zastrzelony pierwszy prezydent Polski – Gabriel Narutowicz.

Sala galeryjna wymusza minimalistyczny, „warsztatowy” styl spektaklu. Scenografia ograniczona jest do białej, płóciennej kurtyny ukośnie dzielącej pomieszczenie, na której wyświetlane są imiona postaci pojawiających się na scenie oraz fragmenty tekstów śpiewanych przez Chór. Na bocznej ścianie widzimy drzewo genealogiczne postaci z greckiej mitologii, które stopniowo, po każdym kliknięciu rzutnika, pokrywa się krwawymi plamami. Prezentowane są także zdjęcia postaci (w pełnej charakteryzacji) które w danej scenie są najbardziej istotne. Chór ustawiony jest z boku sceny, za kotarą, więc nie zawsze jest świadkiem wydarzeń dziejących się na scenie. Czasami wchodzi w dialog z postaciami, lecz nie z własnej inicjatywy, nie decyduje, kiedy skomentować, podsumować dziejące się na scenie wydarzenia. Momenty jego obecności na scenie wyznaczają bohaterowie odsłaniający i zasłaniający kurtynę. Chór w inscenizacji Zadary jest kapelą garażową niemal żywcem przeniesioną z sali prób, zerkającą na teksty piosenek, którymi wyklejone są ściany i próbującą zagrać przed chwilą skomponowane piosenki (autorem muzyki jest Budyń, lider zespołu Pogodno). Efekt „nieprofesjonalizmu” muzyków, surowość wykonywanych utworów, doskonale wpisują się w koncepcję przedstawienia. Uwagę zwraca także oświetlenie (kierowane z boku, z rzutników oraz z dołu z ustawionych na podłodze kilkunastu reflektorów) wydobywające aktorów z mroków galeryjnej sali i wprowadzające nastrój niedosłowności.

Postaci w „Orestesie” jest kilka, lecz w spektaklu gra jedynie trzech aktorów, jak to zwykle bywało w teatrze antycznym. Barbara Wysocka, Mariusz Kiljan i Bartosz Porczyk ubrani w proste kostiumy: białe koszule i czarny dół: spódnicę/czarne długie spodnie, z modnie podwiniętymi do kostek nogawkami, wyglądają jak pracownicy banku – zunifikowani, jednakowi. Grają po kilka ról, wcielają się zarówno w postacie kobiece jak i męskie. Swoje role rozgrywają z ironicznym dystansem, momentami przerysowując bohaterów do granic możliwości (Hermiona Bartka Porczyka, maszerująca w rozchełstanej koszuli, jest parodią kobiecości), a czasem po prostu relacjonując wydarzenia.

Przepełniony absurdalnym poczuciem humoru „Orestes” w reż. Michała Zadary nie napawa jednak optymizmem. Pokazuje problemy demokracji, która nie spełniając oczekiwanej roli pcha ludzi w objęcia władzy autorytarnej. Władzy zarówno skutecznej jak i niebezpiecznej. U Zadary bowiem postać Apolla uosabia Władimir Putin, z który przez Skype’a kontaktuje się z bohaterami i załatwia „sprawy” swoimi metodami.

Polecam!!!

Plakat źródło: materiały promocyjne spektaklu

Ocena:

Tata wiesza się w lesie


Przyznam, że premiera monodramu „Tata wiesza się w lesie” w reżyserii Moniki Rejtner (debiutującej w tej roli teatrolożki) odbywająca się w ramach 14. OPMW, jest jednym z najbardziej oczekiwanych przeze mnie wydarzeń tegorocznego przeglądu. Nagrodzony w Ogólnopolskim Konkursie na Kameralną Sztukę Współczesną Słowo/Aktor/Spotkanie tekst Przemysława Pilarskiego intryguje, a zwracający uwagę tytuł zachęca widzów do rezerwacji biletów – na pokazie premierowym scena Malarnia teatru Studio wypełniona jest po brzegi.

Gdy publiczność zajmuje miejsca na widowni, spektakl już trwa. Z głośników wydobywa się spokojna, relaksacyjna muzyka, kobiecy głos instruuje jakie czynności wykonać, by się zrelaksować, a niebieskie światło bijące ze sceny sprzyja odprężeniu. Bohaterowi spektaklu (Piotr Żurawski) wypocząć się jednak nie udaje. Jakby istniała w nim jakaś silna blokada, utrudniająca realizację pragnienia. Wywołująca złość i frustrację, pchająca go w odmęty natrętnych myśli, psychodelicznej imaginacji, której wizualizacje (Hanna Maciąg) wyświetlane są na ścianach scenografii. Osacza go i przytłacza, a jej intensywność sprawia, że bohater przestaje być na scenie dominujący. Rozmywa się w tej przedziwnej mieszaninie jawy i imaginacji. Odgrodzony od świata. Zamknięty w białym kubie, bezpiecznej, pustej, niewielkiej przestrzeni, przywodzącej na myśl salę szpitala psychiatrycznego, której wyposażenie ogranicza się jedynie do szarego siedziska i nawilżacza powietrza ułatwiającego oddychanie w chwilach ataku paniki.

„Tata wiesz się w lesie” jest opowieścią o Dorosłym Dziecku Alkoholika, które niejako na taki los skazane zostało – urodziło się na wsi, gdzie wszyscy pili, bo jak można było nie pić? Ojciec powtarzał wzorce zachowania przejęte, od swojego niewydolnego wychowawczo ojca. Pił i bił, bo tak było przyjęte? inaczej nie potrafił? nie było psychologów, terapeutów, specjalistów, którzy by zareagowali, wsparli, pomogli? Dorosły syn w traumatycznej przeszłości się zamyka. Nie potrafi się od niej uwolnić. Jak bumerang wracają wspomnienia – gdy ze wstydem holował pijanego ojca do domu, słuchał wygłaszanych w alkoholowym upojeniu moralizatorskich wywodów rodziciela, gdy śnił o jego śmierci, by się wreszcie od kata uwolnić. O ojcowskiej miłości mówi niewiele, to jedynie miłe chwile – duma ojca, gdy syn dostaje się na studia. Te przebłyski normalności nie rekompensują dziecku doznanych krzywd. Brak ciepła emocjonalnego i sprowadzenie go do roli „dziecka odpowiedzialnego” (przejmującego ster, opiekującego się bezradnymi rodzicami), kładzie się cieniem na jego dorosłym życiu. On właściwie nigdy nie dorasta, zakotwiczony w roli zagubionego dziecka (kuca w kącie z tubką skondensowanego mleka) łaknie pochwał i aprobaty. Marzy o czułości i bliskości, ale nie potrafi zbudować prawidłowych relacji interpersonalnych, by otrzymać chociaż namiastkę tego, czego tak bardzo potrzebuje, zatraca się w e-relacjach. Jego wirtualna znajoma (Karolina Staniec) przez cały czas jest e-obecna, wmontowana w świat z wizualizowanych wewnętrznych stanów emocjonalnych bohatera. Jej twarz widzimy w ogromnym zbliżeniu, mimika, emocje są bardzo wyraźne, wyolbrzymione, niemal przerysowane co sprawia, że przestaje być postrzegana jako rzeczywista osoba, jest jak Sylwia z „Sali samobójców” Jana Komasy czy Samantha z „Her” Spikea Jonzena. Przyjaciółka? Terapeutka? Fantazja? Osoba, z którą bohater czuje się bezpiecznie, bowiem po raz pierwszy w życiu ma pełną kontrolę nad relacją, nad drugim człowiekiem, w każdej chwili może się wycofać, gdy np. padnie zbyt trudne pytanie, gdy przyjaciółka będzie oczekiwała intymnych zwierzeń, gdy będzie próbowała pomóc w uporaniu się z traumami przeszłości, terapeutyzować, może po prostu ją „wyłączyć”. I zatracić się, w fantasmagorii… wewnętrznym bezpiecznym świecie…

„Tata wiesza się w lesie” w reżyserii Moniki Rejtner jest przedziwnym multimedialnym tworem, od którego nie mogłam oderwać oczu. Intryguje, wciąga, hipnotyzuje. Osacza widza ilością i intensywnością wizualnych bodźców, co niestety przytłacza aktora i momentami zaciera wyrazistość tekstu. A szkoda, bo tekst Przemysława Pilarskiego jest bardzo dobry, a Piotr Żurawski gra najlepszą scenę gdy wyeksponowany w monologu ojca (wygłasza go bowiem z boku sceny, gdzie nie sięgają „optyczne smaczki”) może pochwalić się swoją techniką aktorską.

Plakat źródło: http://www.przegladmonodramu.pl

Ocena:

Alicja po drugiej stronie lustra


Wszystko jest możliwe, trzeba tylko wiedzieć o sposobach
(Lewis Carroll „Alicja w Krainie Czarów”)

„Alicja po drugiej stronie lustra” Teatru Papahema jest kompilacją „Alicji w krainie czarów” i „Po drugiej stronie lustra” Lewisa Carrolla, książek uwielbianych przez dzieci i dorosłych, które na stałe weszły do kanonu literatury dziecięcej. Opowieść o przygodach Alicji została napisana ponad 150 lat temu i wciąż stanowi inspirację dla reżyserów filmowych i teatralnych (w Warszawie możemy oglądać dwie inscenizacje „Alicji..”), bowiem pociąga swoją absurdalną logiką, matematyczno-lingwistycznymi odniesieniami, niejednoznacznością i wysublimowanym humorem. Autorem adaptacji i reżyserem spektaklu jest Przemysław Jaszczak, który z ogromną lekkością i wyczuciem kreuje przedziwny świat Krainy Czarów, oddając nastrój powieści Carolla.

Na zaciemnionej małej scenie Teatru Polonia dostrzegamy lustro, w eleganckiej rzeźbionej ramie. Przed lustrem stoi dziewczynka (Paulina Moś). Wpatruje się w nie intensywnie próbując dostrzec własne odbicie, lecz okazuje się to niemożliwe. Zaintrygowana niecodzienną sytuacją chce sprawdzić, co kryje się po drugiej stronie zwierciadła. Przekracza ramy i… jeansy i czarna kurtka Alicji zmieniają się w przepiękną, wyszywaną cekinami suknię. W miejscu, w którym się znalazła wszystko okazuje się być możliwe, można porozmawiać z kwiatami, a jedzenie i napoje zmieniają wymiary dziewczynki. Wędrując przez Krainę Czarów Alicja poznaje jej dziwacznych mieszkańców: „uśmiechniętego” Kota, białego zalęknionego królika, pana Gąsienicę palącego fajkę. Uczestniczy w wyimaginowanej herbatce z Szalonym Kapelusznikiem i Susłem. Filozoficzno-kpiarskie pogawędki, które prowadzi dziewczynka z każdą napotkaną postacią pozwalają jej odkryć własne „ja”, nauczyć się mówić o swoich potrzebach i wyrażać własne poglądy. Alicja ulega wewnętrznej przemianie, dojrzewa, staje się niezależną, autonomiczną jednostką.

„Alicja po drugiej stronie lustra” to spektakl piękny, magiczny, choć minimalistyczny. Scenografia (Mateusz Mirowski) ograniczona jest do czarnych, przestawianych w trakcie spektaklu kubów, które dzięki niezwykle efektownym projekcjom stają się ogrodem, lasem lub planszą do gry w szachy. Na uwagę zasługują ciekawe kostiumy autorstwa Adama Królikowskiego i przepiękne lalki Mateusza Mirowskiego. Zachwyciły mnie szczególnie te, przedstawiające Królową, pana Gąsienicę i Alicję – łączące twarz i dłonie aktora z tułowiem lalki tzw. tintamareski, które po raz pierwszy miałam przyjemność zobaczyć w teatrze. Doskonała muzyka (Piotr Klimek) nadaje przedstawieniu rytm, a teksty (Magda Żarnecka) śpiewane przez Patrycję Kowalską są komentarzem do tego, co wydarza się na scenie. Paulina Moś, Helena Radzikowska, Paweł Rutkowski i Mateusz Trzmiel bardzo dobrze wpisują się w przestrzeń sceniczną, a co więcej w koncepcję przedstawienia. Swoje postacie rozgrywają trochę z ironicznym dystansem, trochę „na poważnie”, a co najważniejsze z ogromnym zaangażowaniem, młodzieńczą energią (podziwiam Paulinę Moś biegającą na szczudłach). Doskonałe aktorstwo jest największym atutem „Alicji…” i gwarantem sukcesu przedstawienia.

„Alicja po drugiej stronie lustra” teatru Papahema, w reżyserii Przemysława Jaszczaka, oczarowuje i wciąga widzów od pierwszej sceny. Pozwala nam, dorosłym poczuć się znów dzieckiem, a młodym widzom przenieść się w świat tak różny od otaczającej nas rzeczywistości i wraz z Alicją przebyć drogę ku odkryciu własnej autonomii i znalezieniu odpowiedzi na pytanie „Kim jestem?”. Warto wspomnieć, że spektakl został wyprodukowany ze środków uzyskanych z finansowania społecznościowego. Stworzenie tak ciekawego wizualnie dzieła, przy niewielkim budżecie, jest ogromnym wyczynem. Gratuluję!

(plakat źródło: Teatr Polonia / www.teatrpolonia.pl)

Ocena:

Bur.Sa


W Dzikiej stronie Wisły nie czuję się jak w teatrze, nastrój panujący w klubokawiarni przywodzi na myśl skojarzenie z obrazami „The last crumb (In The Restaurant La Mie)” i „Monsieur Boileau at the Café” Henriego de Toulouse-Lautrec’a. Z zakupioną w barze kawą siadam przy okrągłym stoliku tuż pod sceną, obok mnie miejsca zajmują kolejni widzowie, sala stopniowo się zapełnia. W oczy bije intensywna czerwień kurtyny, spod której wydobywają się smugi dymu, z zaplecza dobiega dźwięk strojonej gitary. Gdzieś za plecami słyszę strzępki prowadzonych ściszonym głosem rozmów. Atmosfera jest swobodna, sprzyjająca relaksowi po ciężkim dniu pracy, bowiem spektakl prezentowany jest w środku tygodnia. W tle rozbrzmiewa spokojny męski głos, który każe zamknąć oczy, wyciszyć się, a następnie odnaleźć w sobie i utulić „wewnętrzne dziecko”. Czuję się jakbym właśnie rozpoczęła grupową psychoterapię, ale to nie my-widzowie będziemy poddawani analizie, nie bezpośrednio. Nasz udział w sesji, w tym momencie się kończy. Za kurtyny wyłania się Andrzej Bursa (Miron Jagniewski), ubrany w szary szlafrok i skarpety frote, siada na skraju sceny. Układając budowlę z rozłożonych na scenie drewnianych klocków i animując gumowe kaczuszki recytuje „Bajkę” – utwór o mężczyźnie, który podpadł cesarzowi i został skazany na ścięcie, mówi jakby opowiadał dziecku historyjkę na dobranoc. Do kogo właściwie protagonista kieruje opowieść? Do swojego 3-letniego syna? Tuląc kukłę – wykonaną z dziecięcego kombinezonu, zdaje się być przepełniony ojcowskimi uczuciami. Syn i życie rodzinne są dla Bursy bardzo ważne, chronią go przed światem zewnętrznym przepełnionym cierpieniem. Lecz gdy rozbija zawieszoną tuż nad sceną papierową kulę wypełnioną cukierkami, czy opisuje dziecięcą zabawę w aniołka i staruszka, odnoszę wrażenie, że osłaniać przed okrucieństwem zewnętrznego świata ma poetę jego „dziecięca” część psychiki, to „wewnętrzne dziecko”, które każdy z nas ma, a z którym nie zawsze potrafimy się skomunikować. Zawieszony gdzieś pomiędzy „muszę” a „chcę”, Bursa ten kontakt z pierwotną twórczą energią próbuje nawiązać, od pierwszej sceny.

W spektaklu Agaty Biziuk, motyw „wewnętrznego dziecka” powraca jak bumerang, ośmieszając zinfantylizowane społeczeństwo. Współczesnych Piotrusiów Panów, skoncentrowanych na sobie, biegających na konsultację do psychologów i trenerów rozwoju osobistego, by na nowo odkryć w sobie ciekawość świata, kreatywność, spontaniczność, umiejętność cieszenia się życiem. Relaksujących się przy grach planszowych, kolorowankach, czy podczas jazdy na hulajnodze (w Nowym Yorku otworzono specjalne przedszkole dla dorosłych pomagające w walce ze stresem i radzeniu sobie z problemami). Niesamodzielnych, nieodpowiedzialnych wiecznych dzieci, które może powinny, jak mówi ze sceny Bursa, dostać od Państwa 500+ na swoje „wewnętrzne dziecko”? Ale czy pozytywnego nastawienia, kipienia pomysłami, dyspozycyjności nie wymaga od nas współczesny świat? Czy da się od tego uciec, od świata zabijającego w nas młodzieńczy zapał i energię? Od świata, w którym rozpadowi ulegają więzi międzyludzkie, w którym przestajemy interesować się drugim człowiekiem, jego emocjami, uczuciami, a kontakty interpersonalne stają się środkiem do osiągnięcia własnych celów? Może na taki świat jesteśmy skazani, na konformizm, biurokrację, okazjonalny patriotyzm, konsumpcjonizm, ateizm?

Miron Jagniewski bardzo dobrze wpisuje się w przestrzeń sceniczną spektaklu, doskonale ogrywając każdy jej element od szafek meblościanki, stosów gazet po kurtynę, a co więcej w – koncepcję przedstawienia rozgrywaną z ironicznym dystansem. W lekko zadymionej scenografii, inspirowanej wystrojem wnętrz lat siedemdziesiątych, z meblościanką obstawioną donicami z paprotkami, biurkiem obłożonym stosami gazet i dokumentów, Bursa zdaje się być uwięziony, skazany na rzeczywistość, w której przyszło mu żyć, z której nie ma ucieczki. Rzeczywistość, która przeraża, bowiem okazuje się tak bardzo prawdziwa. Agata Biziuk z wierszy Andrzeja Bursy wyciąga to, co jest nadal żywe i aktualne, nie dopisując do tekstu prawie nic, jedynie fragment zaczerpnięty z Pisma Świętego i prolog. Choć w spektaklu znajdziemy wiele odniesień do biografii poety – małżeństwa, rodzicielstwa, buntu przeciw porządkowi społecznemu, pracy dziennikarskiej, w efekcie otrzymujemy uniwersalną opowieść o człowieku – współczesnym obywatelu świata. Opowieść, okraszoną doskonałą muzyką (Robert Matera), która wciąga widza bez reszty.

„Bur.Sa” to drugi, po znakomitym „Wo(ja)czku”, spektakl, w którym Agata Biziuk na warsztat bierze twórczość poetów wyklętych, wyciągając na światło dzienne zapomniane dawno utwory. I można rzec spektakl – równie udany.

Ocena:

Szczekające psy


O projekcie „Szczekające psy” było głośno na długo przed premierą. Na stronie i facebookowym profilu spektaklu widzowie mogli śledzić kolejne etapy przygotowań: od czytania performatywnego, które odbyło się w listopadzie w kawiarni F30, aż do premiery. Twórcy stale zachęcali fanów do finansowego wsparcia tej, jakże ciekawej, inicjatywy, bowiem projekt wyprodukowany został własnym sumptem. Do współpracy zaproszono młodego reżysera – Macieja Wiktora, a o efektach ponad pięciomiesięcznej pracy mogliśmy przekonać się 28 czerwca w Teatrze TrzyRzecze, gdzie gościnnie prezentowany był spektakl.

„Szczekające psy” są opowieścią o parze trzydziestolatków, których związek rozpadł się, gdyż on zakochał się w swojej szefowej, a ona związała się z jego przyjacielem. On został porzucony przez kochankę i uświadomił sobie, że miłością życia jest jego ex, a ona mimo, że jest z innym nadal go kocha. Spotykają się we wspólnym mieszkaniu, gdyż on nie ma gdzie spać, a ona nadal tam mieszka i spędzają razem noc. Zbliżenie nie zmienia nic w ich relacjach, choć może trochę na to liczą? Może gdyby zaczęli ze sobą rozmawiać udałoby się naprawić związek? A może okazanie słabości poprzez ujawnienie głęboko skrywanych uczuć, wywołałoby przeciwny skutek, a ekshibicjonista stałby się łatwym celem? A może seks był tylko sposobem na „zmiękczenie” przeciwnika i wynegocjowanie korzystnych warunków przejęcia mieszkania? Bowiem w dzisiejszych czasach nie tak łatwo się rozstać i nawet przysięga małżeńska nie łączy ludzi bardziej niż kredyt mieszkaniowy.

Tekst Richarda Zajdlic’a choć napisany 17 lat temu i opisujący brytyjską klasę średnią lat dziewięćdziesiątych okazuje się być niezwykle aktualny i doskonale diagnozujący problemy współczesnego świata. Opisuje młodych ludzi. Ludzi egocentrycznych, realizujących jedynie swoje własne potrzeby i dbających jedynie o siebie, którzy mimo, iż łatwo nawiązują kontakty i otoczeni są mnóstwem znajomych, tak naprawdę są samotni. Jak tytułowe „szczekające psy”, gdy nie mają gdzie uciec, nie wiedzą co zrobić, mogą sobie jedynie poszczekać… a z tego „szczekania” nic nie wynika, utracili bowiem umiejętność nawiązywania bliskich relacji interpersonalnych, przestali interesować się drugim człowiekiem, jego stanami emocjonalnymi, przeżyciami, koncentrując się jedynie na sobie, własnych problemach, odczuciach, dobrach materialnych. W centrum swojej pustej egzystencji stawiając własne ego… zatracając tym samym zdolność otwarcia się na drugiego człowieka i prowadzenia dialogu – stanowiących istotę relacji międzyludzkich.

„Szczekające psy” są bardzo zgrabnie wyreżyserowane, spektakl płynie lekko, wciągając widza od pierwszej sceny. Scenografia jest minimalistyczna – mieszkanie bohaterów wydziela z przestrzeni sceny prowizoryczna konstrukcja z wmontowanym oknem, otoczonym ozdobnymi płachtami materiału i ruchomymi ściankami, które w trakcie spektaklu odwracają aktorzy. Wyposażenie mieszkania ogranicza się do stojącej na środku kanapy, stołu i licznych białych drewnianych skrzynek, wykorzystywanych jako designerskie meble i pudła do pakowania rzeczy. Postacie wydobywa z mroku delikatne światło. Sypiący się brokat, kiczowate rekwizyty np. mieniące się kolorami tęczy lampki-pieski, stylizacja Vicky czy zielona sukienka, w którą ubrana jest Alex w ostatniej scenie, zdają się nawiązywać do baśniowej estetyki. Postacie grane są z przymgleniem niedosłowności, zdają się być lekko rozmyte, mało wyraziste, czasem wręcz nierzeczywiste. Chciałoby się rzec, cytując Musila – bez właściwości. Zagubione, samotne, nieszczęśliwe. Przyparte do muru, jak psy, rzucające się ślepo na przeciwnika, pozbawione empatii i ludzkich odruchów.

„Szczekające psy” w reżyserii Macieja Wiktora, są spektaklem ciekawym, skłaniającym do refleksji, w którym niewątpliwie najważniejszy jest świetny tekst Richarda Zajdlic’a.

Ocena:

Księgi Jakubowe


„Księgi Jakubowe” – lustro, w którym możemy się przejrzeć

„Księgi Jakubowe” w reżyserii Eweliny Marciniak są adaptacją uhonorowanej Nagrodą Literacką Nike powieści Olgi Tokarczuk. Powieści trudnej, ale niezwykle fascynującej, bowiem opowiadającej historię osadzoną w dawnej wielokulturowej Polsce, mało znaną, właściwie nie funkcjonującą w naszej zbiorowej świadomości – historię żyda Jakuba Lejbowicza Franka, który ogłaszając się Mesjaszem założył nowy ruch religijny – frankistów. Jakub Frank odrzucił „Talmud” i tradycję żydowską. Zgodnie z naukami Sabataja Cwiego najpierw przyjął islam, a następnie ochrzcił się, gdyż przejście na katolicyzm było rodzajem obalenia ostatniej przeszkody oddzielającej go od Boga, aktem niezbędnym do osiągnięcia zbawienia. Budował nową religijność łączącą w sobie elementy islamu, chrześcijaństwa i judaizmu. Stał się wzorcem dla swoich wiernych. Zebrał dużą grupę wyznawców, którzy żyli w dość liberalnej wspólnocie, ale w poddańczej zależności wobec swojego guru. Frankistom zarzucano udział w praktykach orgiastycznych, bowiem podstawą ich relacji w grupie był promiskuityzm seksualny. Frankiści byli prześladowani przez społeczność Żydowską, ze względu na swoje poglądy, ale Jakub Frank próbował włączać ich do swojej wspólnoty. Polscy hierarchowie kościelni, dostrzegając życzliwy stosunek frankistów do katolicyzmu liczyli, że uda im się zachęcić frankistów do zmiany wyznania, a co za tym idzie zapoczątkować chrystianizację Żydów. Głoszone przez Jakuba Franka poglądy były sprzeczne z doktryną katolicyzmu, co Kościołowi zaczęło „uwierać”. Frankiści wierzyli, że przyjęcie sakramentu chrztu zapewni im nieśmiertelność, jednak wybuch epidemii, podczas której wielu z nich zmarło, zweryfikował ich poglądy. Poddali w wątpliwość boskość swojego Mesjasza i donieśli na niego do władz kościelnych, te postawiły go przed sądem, a następnie osadziły w klasztorze na Jasnej Górze. Frank urzeczony obrazem Matki Boskiej Jasnogórskiej zmodyfikował swoją doktrynę włączając do niej elementy związane z osobą Maryi. Po śmierci Franka większość z jego wyznawców przeszła na katolicyzm.

Spektakl Eweliny Marciniak jest nie tylko opowieścią o buncie przeciw ortodoksyjnej, bezrefleksyjnej wierze, herezji, która godzi w ustalony porządek, wprowadzając nowy. Jest uniwersalną opowieścią o człowieku, o jego potrzebie wiary w nadprzyrodzony byt – Absolut, będący „Prawdą” i „Miłością” samą w sobie, silniejszy, mądrzejszy, doskonalszy od człowieka, dający mu poczucie bezpieczeństwa, nadający sens istnieniu. Jest także opowieścią o manipulacji i przemocy religijnej będących środkiem do realizacji prywatnych interesów i zmiany rzeczywistości społecznej.

Reżyserka swoich bohaterów sytuuje w okresie szczególnym, okresie przełomu, bohaterowie zdają się niemal podskórnie wyczuwać zbliżającą się zmianę, a my ten nastrój łapiemy, ten niepokój, obawę, rozedrganie… jakby za chwilę coś złego miało się wydarzyć… Choć ludzie żyją normalnie, w pokoju, zajęci codziennymi sprawami, zdają się być uwięzieni gdzieś pomiędzy, jak Jenta (Barbara Derlak) tkwiąca między życiem, a śmiercią. Osadzeni pomiędzy rajem i piekłem? Grzechem i zbawieniem? Jak w „Ogrodzie rozkoszy ziemskich” Boscha, którego fragment widzimy wyświetlony na ekranie umieszczonym z tyłu sceny. Obraz odczytywany może być jako aluzja do głoszonych herezji, upadku ludzkości, ale też interpretowany jako wizja nowego świata opartego na harmonii między duszą, a ciałem, a tym samym swego rodzaju obroną niewinności zmysłowych rozkoszy. Bo czyż ludzkiego życia nie determinującej seksualna przyjemność? Ta pierwotna, życiowa siła, będąca źródłem i początkiem naszych działań… środkiem umożliwiającym osiągnięcie wyznaczonego celu, który wykorzystują Gilta (Julia Wyszyńska) i Ewa (Magdalena Koleśnik). Spektakl Eweliny Marciniak jest przepełniony zmysłowością i cielesnością, a choreografia (Kaya Kołodziejczyk) rozpoczynająca drugą część spektaklu zapiera dech w piersiach.

„Księgi Jakubowe” są przepiękne wizualnie, niezwykle malarskie. Scenografia (Katarzyna Borkowska) przywodzi na myśl skojarzenie z „Kolekcją arcyksięcia Wilhelma Habsburga, namiestnika Holandii” Davida Teniersa Młodczego czy „Galerią dekorowaną widokami współczesnego Rzymu” Giovanniego Paolo Panniniego, lecz zamiast obrazów na ścianach wiszą lustra w pięknych, złoconych ramach, odbijające to co na scenie się wydarza. Lustra, od wieków uznawane za przedmioty magiczne, tu stają się symbolem nagiej prawdy, wejrzenia w głębię, dotarcia do istoty problemu, a także ujawniania tajemnic przeszłości. Scena pokryta jest sypkim, brązowym piaskiem, tworząc jakby morze pyłu, pustynię… miejsce ziejące pustką, potęgujące stan niepokoju, zagubienia bohaterów. Przepiękne rzeźbione fotele zdają się być wyciągnięte z płócien Matejki, protagoniści zasiadają na nich w pozach jak z „Autoportretu” czy „Stańczyka”, a znajdujący się z tyłu sceny materac, z ogromną ilością kolorowych poduszek, wyznacza przestrzeń zamieszkałą przez frankistów. Trzecia część spektaklu rozgrywa się w Kościele i mimo, iż scenografia właściwie się nie zmienia, znika piasek, a pojawia się wielki okrągły żyrandol, Katarzynie Borkowskiej doskonale udało się oddać nastrój monumentalnej świątyni – przytłumione światło, rozchodzący się zapach kadzidła i rozbrzmiewające echem pieśni, przepięknie wykonywane przez Barbarę Derlak. Zachwycają kostiumy przywodzące na myśl skojarzenie z „Amadeuszem” Milosa Formana – eleganckie, ale z nutą nonszalancji, zdają się być inspirowane także malarskimi dziełami „Portretem młodej dziewczyny” Petrusa Christusa i „Safoną” Charlesa Auguste Mengina.

W pierwszej części spektaklu postacie narodowości Żydowskiej grane są za pomocą lalek, bardzo dużych, wielkości niemal dorosłego człowieka. Rysy ich twarzy są karykaturalne, a fryzury i ubiór zdają się bazować na stereotypowym wizerunku Żyda. Lalki animują aktorzy, którzy w dalszej części spektaklu sami wcielą się w te postaci. Mimo, iż lalki są interesujące wizualnie, wprowadzają powiew świeżości do inscenizacji Marciniak, są najsłabszym ogniwem spektaklu. Odniosłam wrażenie, że aktorzy nie do końca dobrze czują się grając lalkami, nie odnajdują się w tym sposobie ekspresji, jakby to nie był „ich” rodzaj teatru. Spektakl jest bardzo równo, dobrze zagrany, choć nie ma tu miejsca na wirtuozerskie popisy aktorskie, to uwagę widza udaje się zawłaszczyć Elizie Borkowskiej, wcielającej się w rolę Elżbiety Drużbackiej, która każdym gestem, ruchem, niezwykłą energią wypełnia całą przestrzeń sceny. Dla Eweliny Marciniak ważna jest cisza, pauzy i ruch – niezwykle sensualny, wysublimowany, momentami spowolniony. Spektakl jednak płynie wartko lecz delikatnie pochłaniając widza bez reszty, a muzyka (Barbara Derlak, Wojtek Urbański) inspirowana etnicznymi brzmieniami wciska widzów w fotele.

„Księgi Jakubowe” Eweliny Marciniak mówią o wydarzeniach ważnych, które w naszej historii zostały zatarte, a które uświadomić sobie powinniśmy. Są jak lustro, w którym możemy się przejrzeć, by poznać prawdę o sobie, bo tak naprawdę niewiele się przez ten czas zmieniliśmy, ciągle popełniamy te same błędy i nadal u podstaw społeczno-politycznych ruchów leży czynnik ideologiczny lub religijny. „Księgi Jakubowe” to spektakl doskonały, zakrojony ambitnie i szeroko, jeden z najciekawszych jakie miałam ostatnio przyjemność oglądać.

(plakat – źródło: Teatr Powszechny / www.powszechny.com)

Ocena:

Słodka Fibi


Spektakl Iwo Verdala „Słodka Fibi” oparty jest na „Febe wróć” Michaela Gowa, tekście na dwóch aktorów, znanym stołecznej publiczności z inscenizacji Adama Guzińskiego w Teatrze Powszechnym (2008) czy Anny Augustynowicz w Teatrze TVP (2005). W nowej odsłonie, prezentowany jest w Dzikiej stronie Wisły, idealnym miejscu dla kameralnych produkcji, bowiem dającym możliwość bliskiego obcowania z aktorem, niemal wejścia w sceniczną rzeczywistość, co jako widz bardzo lubię. „Słodka Fibi” choć została napisana ponad 20 lat temu, zaskakuje aktualnością, doskonale opisując problemy współczesnych, młodych ludzi.

Helen (Małgorzata Klara) i Frazer (Adam Kuzycz-Berezowski) są przedstawicielami „aspirującej” klasy średniej – młodzi, zdolni, wykształceni. Rytm dnia wyznaczają im zawodowe obowiązki, bowiem kariera zdaje się być dla nich najważniejsza, lecz nie w pracy jest nam dane ich oglądać. Helen i Frazera poznajemy w czasie wolnym, gdy zmęczeni zasiadają w fotelach, w salonie, gdy nawzajem zdają sobie relację z tego, co wydarzyło się w pracy, gdy prowadzą grzecznościową pogawędkę, gdy uprawiają seks. Niby są razem, ale jakby żyli osobno. Skoncentrowani na sobie, swojej karierze, żyjący w swoim własnym świecie, jakby szklanej kuli, w której nie ma miejsca na bliskość, czułość, otwartość. Nawet seks jest automatyczny, nie wynika z potrzeby emocjonalnej i fizycznej bliskości, wyzuty z namiętności, jest raczej codzienną gimnastyką służącą rozładowaniu napięcia. W ten ich zorganizowany, egocentryczny, ziejący egzystencjalną pustką świat wkracza Fibi, suczka przyjaciółki, którą zgodziła zaopiekować się Helen, wywracając do góry nogami ich dotychczasowe życie. Pies zapełnia powstałą w ich związku lukę, staje się katalizatorem głęboko skrywanych emocji, uczuć, substytutem dziecka. Małżonkowie zaczynają odkrywać siebie na nowo, stają się bardziej spontaniczni, swobodni, otwarci. Niesforna suczka uświadamia im, że w życie to coś więcej niż pogoń za pieniądzem i wspinanie się po kolejnych szczeblach kariery, pozwala znaleźć w życiu nowy cel, nadać sens…

Małgorzata Klara i Adam Kuzycz-Berezowski, zachwycają kunsztem aktorskim, grają bardzo równo, naturalnie. Scenografia jest minimalistyczna. Z tyłu stoją cztery podłużne ekrany, na których wyświetlane są nazwy kolejnych dni tygodnia, z jednej strony obrazują upływający czas, z drugiej strony są designerską dekoracją stylowego apartamentu, który zamieszkują bohaterowie. Podłoga przykryta jest białym, puchatym dywanem, bo bokach stoją nowoczesne fotele, lampa i przepiękny, stary, czerwony telefon. Kostiumy (Agnieszka Miluniec) nawiązują do stylu retro. Swoją formą zdają się wpływać na zachowanie bohaterów, wymuszając określone pozy, usztywniając ruchy, są wizualizacją konwenansów, których zmuszeni zostali przestrzegać, w które zostali wtłoczeni jako przedstawiciele prężnie rozwijającej się, współczesnej klasy średniej, by ze społeczeństwa się nie wyróżniać. Gdy protagoniści ubrania zdejmują zmienia się ich zachowanie, stają się bardziej swobodni, otwarci, szczerzy, spod sztucznej kreacji wyłaniają się ich prawdziwe oblicza, emocje, bardzo dobrze widać to w scenie wyznaczania ubraniami drogi do domu dla Fibi. Zdejmowanie i zakładanie ubrań ma więc symboliczne znaczenie.

„Słodka Fibi” jest spektaklem niezwykle ciepłym, dowcipnym, ale też refleksyjnym. Jest diagnozą współczesnego świata. Świata, w którym pogoń za pieniądzem determinuje życie. Świata, który wymaga od nas dyspozycyjności. Świata, zdominowanego przez konsumpcję, w którym przedmioty, którymi się otaczamy stają się wyznacznikiem pozycji społecznej. Świata, który wymaga od nas koncentracji na sobie, na własnym rozwoju, karierze. Świata pozorów, złudzeń. Zabiegani, zmęczeni zapominamy o tym, co najważniejsze – otwartości na drugiego człowieka. Bohaterowie spektaklu dzięki Fibi zmienili swoje życie. Może warto więc zastanowić się nad przygarnięciem psa?

(fot. źródło: https://www.facebook.com/dzikastronawisly/)

Ocena:

Starsze wpisy